Reklama

Reklama

Jose Maria Bakero: Moim nazwiskiem tłumaczono porażki

- Gdybym uznał, że nie jesteśmy w stanie rywalizować o najwyższe cele i klub uznałby, że nie ma wystarczająco pieniędzy, to pierwszą osobą, która poszłaby sobie, byłbym ja. Zostałem, ponieważ uważam, że mam w Lechu dobry skład - mówi o braku rewolucji kadrowej w klubie trener Lecha Poznań Jose Maria Bakero.

Ze szkoleniowcem "Kolejorza" rozmawialiśmy podczas zgrupowania w niemieckim Miesbach. Hiszpan podsumowuje nieudany sezon ligowy swojej drużyny, mówi o zmianach w klubie, w drużynie, broni swoich wyników i tłumaczy, co należy zmienić, by Lech znów walczyć o mistrzostwo Polski.

INTERIA.PL: Po nieudanym poprzednim sezonie w kadrze Lecha nastąpiło niewiele zmian. Za to, poza panem, zmienił się prawie cały sztab szkoleniowy. Czyli zawiódł sztab, a nie piłkarze?

Jose Maria Bakero: - Najważniejsze decyzje podejmują władze klubu, nie ja. Drużyna mocno się nacierpiała w poprzednim sezonie, w znacznej mierze z własnej winy. Jeżeli chcesz łączyć z powodzeniem grę w ekstraklasie i Lidze Europejskiej, musisz być do tego przygotowany. Przygotowany mentalnie, by nie stawiać jednych rozgrywek jako ważniejszych, a drugi pod nimi. Trzeba je traktować jednakowo. Gdy zespół przegrał pięć spotkań w początkowej części sezonu, to dla mnie oczywiste było, że piłkarze chcieli się przede wszystkim pokazać w pucharach. Stąd brały się słabsze wyniki w lidze.

Reklama

Choć nie wygraliśmy Pucharu Polski, to ostatnie miesiące były dobrym okresem. Zabrakło sukcesu, ale praca szła w dobrym kierunku. Uznałem, że piłkarze musza tylko odpocząć mentalnie, a odpowiednio przygotowani fizycznie znów będą mogli walczyć o zwycięstwo w lidze i pucharze. Dlatego nie zdecydowałem się na więcej zmian w kadrze zespołu.

Nie było rewolucji w składzie, bo może klub nie ma na to pieniędzy?

- Gdybym uznał, że nie jesteśmy w stanie rywalizować o te cele i klub uznałby, że nie ma wystarczająco pieniędzy, to pierwszą osobą, która poszłaby sobie, byłbym ja. Zostałem, ponieważ uważam, że mam w Lechu dobry skład.

Panu też zdarzały się pomyłki. Stawiał pan na przykład wiosną na Tomasza Mikołajczaka, którego już dzisiaj nie chce pan mieć w zespole.

- Dlaczego miałaby to być pomyłka? Może mi pan wierzyć lub nie, ale w ubiegłym sezonie Mikołajczak był w znacznie lepszej formie niż wielu z tych sławnych graczy. Inna sprawa jest taka, że jak rozpoczynasz pracę od zera, to musisz dojść właśnie do poziomu tych sławnych. Stąd teraz praca i rywalizacja od początku. Nie uważam, że to był mój błąd. Co więcej, Mikołajczak dał ze swojej strony duże zaangażowanie i dużą wydajność, w pewnym momencie był na maksymalnym pułapie. Kiedy ta wydajność spadła, a stało się to po meczu z Legią Warszawa, to już nie wrócił do tego poziomu.

Nie uwierzył pan, że jest w stanie wrócić do tego punktu maksymalnego?

- To już kwestia równowagi w drużynie. Spójrzmy: mamy w ataku Artjomsa Rudnevsa. Mamy też doświadczonego Bartka Ślusarskiego, choć w zeszłym sezonie kosztowało go trochę wejście do drużyny, ale koniec miał dobry. Bardzo na niego teraz liczę. Mamy również Jacka Kiełba, który miał sporo problemów fizycznych, ale musimy starać się, żeby wrócił na swój najwyższy poziom. Jest Vojo Ubiparipa, który jest typowym środkowym napastnikiem. Ściągnęliśmy Aleksandara Tonewa, a Jakub Wilk zakończył sezon w naprawdę wysokiej formie. Zatem Mikołajczak jest którymś kolejnym. On jest w miarę wszechstronny, ale nie jest specjalistą na żadnej z tych pozycji. Nie jest typowym, rasowym napastnikiem, nie jest skrzydłowym. Byłby opcją numer 5-6 na skrzydle, bo w ustawieniu 1-4-3-3 nawet Siergiej Kriwiec i Semir Stilić mogą grać na bokach.

Po słabym sezonie i zmianie dyrektora sportowego, szefowie Lecha zapowiedzieli, że będą stawiali na młodych piłkarzy. Ilu takich młodych zawodników może grać w drużynie, żeby ona nie ucierpiała pod względem poziomu sportowego?

- Grać będą tylko ci młodzi zawodnicy, którzy już prezentują odpowiedni poziom ligowy i zasługują na to. Nie chodzi o to, żeby wystawiać młodych po to, by pokazać, że się to robi. Ważne jest, żeby zachować równowagę w drużynie. Właśnie dlatego uważam, że Mateusz Możdżeń i Marcin Kamiński są gotowi już w tym momencie. Z kolei Wojciech Golla jest bardzo blisko, bo świetnie pracuje. Kamil Drygas miał natomiast momenty, kiedy widać było zwyżkę możliwości fizycznych, a teraz - co jest normalne - te wartości nieco opadły. Będzie go sporo kosztowało złapanie odpowiedniego rytmu. Jeśli drużyna jednak będzie potrzebowała w którymś ze spotkań jednego z tej czwórki, to wstawienie ich będzie dla mnie zupełnie normalne. Absolutnie nie wygląda to tak, że musi grać Kamiński, bo jest młody. On jest gotowy, żeby tworzyć parę stoperów zarówno z Wołąkiewiczem, Djurdjeviciem, jak i Arboledą. Ale musi sobie wywalczyć miejsce na treningach.

Podczas każdego z meczów na zgrupowaniu w podstawowym składzie wychodził Mateusz Możdżeń. Czy to oznacza, że on jest najbliżej podstawowego składu?

- Oznacza to tyle, że jestem z niego bardzo zadowolony.

Dyrektor sportowy mówi, że młodych piłkarzy można dzielić na dwie grupy: gotowych do gry w Ekstraklasie i tych, dla których jeszcze za wcześnie. Ta czwórka jest już gotowa?

- Tak właśnie jest.

Wie pan już, co trzeba zmienić w grze Lecha, żeby nie powtórzył się taki sezon, jak ten ostatni?

- Po pierwsze, to trzeba dobrze zacząć sezon, ponieważ z pierwszych dziesięciu meczów poprzedniego sezonu drużyna przegrała aż pięć i to później rzutowało na całe rozgrywki. Zarówno jeśli chodzi o stratę punktową, jak i psychikę zawodników. Jestem przekonany, że zawodnicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że dobry początek jest najważniejszy, a ja wiem, że do tych pierwszych kolejek na pewno podejdziemy odpowiednio skoncentrowani i dobrze przygotowani pod względem fizycznym. Drugi problem jest taki, że w zeszłym sezonie niewiele spotkań wygrywaliśmy na wyjazdach. Teraz zaczynamy od trzech meczów wyjazdowych, więc mamy dwa takie cele na dzień dobry: żeby zacząć ostro i zacząć wygrywać mecze wyjazdowe. Kalendarza nie zmienię, więc nie ma się co rozwodzić nad nim.

Zrobił pan pewnie analizę meczów wyjazdowych, jedenaście porażek w piętnastu meczach. Co zrobić, żeby się nie powtórzył taki scenariusz?

- W futbolu bardzo ważny jest aspekt psychologiczny. Jeżeli wygrywasz mecz za meczem, to przyzwyczajasz się do tego i nabierasz nawyków zwycięzcy. Tak samo jest z porażkami. Zaczynasz łapać taki ciąg i nawet twoje sumienie przyzwyczaja się i akceptuje porażki. Jasne, że żaden zawodnik nie chce przegrywać, ale rzeczywistość jest taka, że - jak mi się wydaje, brakowało nam przekonania, pewności siebie i ambicji. Czasami też szczęścia, gdy rywale strzelali nam bramkę. Gdybyśmy my strzelili jako pierwsi, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Brakowało nam siły, ale nie tej fizycznej, tylko mentalnej.

Kiedy dowiedział się pan, że nadal będzie pracował w Lechu? I że będzie trenerem, a nie dyrektorem sportowym?

- Nigdy nie słyszałem, że miałbym być dyrektorem sportowym. W poniedziałek, po ostatnim meczu sezonu z Koroną, było spotkanie zarządu klubu, najważniejszych osób w Lechu. W czwartek zaś rozmawiałem bezpośrednio z właścicielem klubu. Wtedy zapadła decyzja.

Wie pan, że Lech rozmawiał z innymi trenerami. Nie przeszkadzało to panu?

- Nie wiem. Wierzę w to, co działacze mówili mi, a nie w to, co mówili inni na mój temat. Tak czy owak, uważam, że kluby powinny rozmawiać z innymi trenerami. Dla mnie to normalne.

Ale to oznacza, że pana pozycja w Lechu nie była zbyt mocna.

- Jestem tu z Lechem na zgrupowaniu i nie mam wiele więcej do powiedzenia na ten temat. Mam jasno określone zasady pracy. Tłumaczę, dlaczego podejmowałem takie, a nie inne decyzje i to inni oceniali moją robotę.

Czym pan przekonał władze Lecha, że zaufały panu po nieudanym sezonie?

- Nie widzę nic takiego, poza sposobem, w jaki wykonuję swoją pracę. Chyba, że uważa pan, że jakoś przekonałem szefów, rozmawiając z nimi.

Przedstawił pan zarządowi analizę wyników wiosennych. Może więc tą analizą przekonał pan zarząd?

- Po pierwsze: mam swój sposób pracy, czy wygrywam, czy przegrywam i nie zmieniam tego, bo to metodologia mojej pracy. Po drugie: wyniki. Wbrew temu, co się mówi, od przerwy zimowej byliśmy trzecią drużyną ligi. Straciliśmy najmniej bramek. Kiedy przyszedłem, drużyna miała 11 straconych goli w 10 meczach. W kolejnych 20 meczach straciliśmy 12. To są liczby, które się bronią. Doszliśmy do finału Pucharu Polski, na dobrą sprawę zabrakło nam jednego zwycięstwa, by dostać się do europejskich pucharów poprzez ligę. Ze mną nie przegraliśmy żadnego meczu na swoim boisku. Zatem to, co należy zrobić, to wziąć do ręki wyniki i statystyki i wytłumaczyć, dlaczego uważasz, że dzieją się pewne rzeczy. Ja je wytłumaczyłem i klub, albo je rozumie i akceptuje, albo nie.

Wiem, że w tej analizie wskazał pan, iż Lech stracił wiele bramek po błędach Bartosza Bosackiego.

- Nie wiem, co pan wie.

A czy tak faktycznie było?

- To niesprawiedliwe, żeby teraz wskazywać kogoś, kto był winien porażek, szukać kozła ofiarnego. Absolutnie nie. Bartek u mnie grał praktycznie cały czas, dopiero pod koniec trochę mniej. Nie chodzi teraz o to, by wskazywać palcem, kto jest odpowiedzialny za nieudany sezon. Tak owych siedmiu straconych goli, jak i niewykorzystanego karnego w finale PP. Ktoś musiał tego karnego strzelać. Za wszystkie karne, te strzelone i te spudłowane, odpowiedzialny jestem ja. To tak, jakbym mówił napastnikowi, że mogłeś strzelić trzy-cztery bramki, nie strzeliłeś, to jesteś winny porażki.

Jaki miał pan wpływ na zmianę swojego asystenta, trenera bramkarzy, kierownika drużyny?

- Z kierownikiem nie mam nic wspólnego, bo to sprawa dyrektora sportowego. Klub podjął decyzje, że trzeba nieco zmienić kierunek działania. Przyszedł nowy dyrektor sportowy, który znał asystentów, rozmawialiśmy długo i wspólnie doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas, by nieco odświeżyć kadrę trenerską.

Dobrze współpracowało się panu z dyrektorem Markiem Pogorzelczykiem?

- Zupełnie inaczej niż z Andrzejem Dawidziukiem. Marek Pogorzelczyk był człowiekiem zza biurka, a obecny dyrektor to człowiek z boiska i właśnie dlatego nasze relacje są zupełnie inne.

Wiosną co mecz wymieniał pan kilku piłkarzy w podstawowym składzie. Mógłby pan wyjaśnić, dlaczego zdecydował się na koniec rotacji? Może zna pan już lepiej tych piłkarzy?

- To wynika tylko i wyłącznie z tego, że teraz mamy jeden mecz w tygodniu. Gdybyśmy grali w Lidze Europejskiej, wtedy mógłbym i musiałbym rotować. Główną przyczyną takich rotacji jest to, żeby zawodnicy odpoczęli psychicznie i fizycznie. A teraz, mając jeden mecz w tygodniu, jest wystarczająco dużo czasu na regenerację. I z drugiej strony, kiedy jest jeden mecz w tygodniu i kiedy wszystko idzie dobrze, to ci z ławki mają mniej szans, żeby się pokazać. Właśnie dlatego niektórzy zawodnicy, którzy narzekali na wiosnę, że było tyle rotacji, będę w tym sezonie narzekać, że nie ma rotacji, bo nie grają i siedzą na ławce rezerwowych. Zobaczymy.

Gdyby Lech miał zagrać jeszcze raz w Bradze, to znów wystawiłby pan Stilicia w ataku i Rudnevsa z boku? Nadal uważa pan, że to była decyzja słuszna?

- Dziwię się, że dziennikarze robią z tego takie wydarzenie, ale tylko w sytuacji, kiedy się przegrywa. Jeśli znalazłbym się jeszcze raz w tamtym momencie, to postąpiłbym tak samo. Trzy miesiące potem - nie zrobiłbym tego samego. Artjoms Rudnevs może grać doskonale na skrzydle. A Stilić był wtedy w formie, starałem się szukać dla niego najlepszego rozwiązania taktycznego. W tamtym spotkaniu przegraliśmy przez błędy defensywne, a nie ofensywne. Jeśli ktoś uważa inaczej, to niech jeszcze raz obejrzy pierwszą połowę. Graliśmy bardzo, bardzo źle w obronie.

Nawet teraz mówi pan, że ma trzech napastników, a nie wymienia Stilicia. Przecież on w walce z tymi wielkimi obrońcami Bragi nie miał szans!

- Ja nie chciałem, żeby Semir walczył w powietrzu. Wiem też, że on nie potrafi szybko ruszyć, nie wyjdzie do prostopadłej piłki. Chciałem tego, żeby Semir odgrywał szybkie piłki do piłkarzy wchodzących wzdłuż linii bocznych boiska.

Można pogratulować odwagi, ale czy w tak ważnym meczu, mając w perspektywie awans do 1/8 finału Ligi Europejskiej, nie powinno się korzystać ze sprawdzonych wariantów?

- Jeżeli ja uważam, że to jest najlepszy sposób, to będę robił to dalej. Wolę krytykę dziennikarzy za odważną decyzję niż za jej brak. Muszę robić to, do czego jestem przekonany. Jestem świadomy, że za to oberwałem. Z drugiej strony, graliśmy finał Pucharu Polski i uważam, że Legia do tej pory nie może uwierzyć, w jaki sposób wygrała to spotkanie. A my przegraliśmy. Czy w Bydgoszczy zrobiłem wszystko dobrze? Czy tam też popełniłem błąd? Cóż, taka jest piłka. W zeszłym roku było bardzo wygodnie używać wszystkim mojego nazwiska dla tłumaczenia porażek.

Mówił pan, że Lech w 20 meczach ligowych z panem jako trenerem stracił bardzo mało bramek. Czy pana filozofią jest więc budowanie zespołu od obrony?

- Jeżeli chodzi o naszą obronę, to gramy nie tylko wysoko, ale i jesteśmy często w posiadaniu piłki. Weźmy taki przykład Śląska Wrocław. W meczu z nimi my mieliśmy piłkę przez 70 procent czasu gry, oni przez 30. A to Śląsk gra w pucharach. Tak samo Śląsk grał w meczu z Legią. My kontrolujemy grę, Śląsk skupia się na przeszkadzaniu i czekaniu na kontrataki. Nie cofamy się na swoją połowę, ale staramy się konstruować akcje. W zeszłym roku drużyna była w trudnym położeniu, bo nastąpiła zmiana systemu szkolenia i treningów. To wiele kosztowało zawodników i logicznym jest, że najpierw starają się nie popełniać błędów, czyli przede wszystkim dobrze wykonywać wszystkie elementy defensywne. Dopiero potem, gdy czuję się pewnie w defensywie, rozluźniają i się i przechodzą do ofensywy. To naturalny proces. Nasz problemy zbiegły się z tym, że przez prawie całą rundę wiosenną coś dolegało Rudnevsowi, a trzeba postawić sprawę jasno: Rudnevs jest dla nas ważnym ogniwem.

Wspomina pan postawę Śląska, ale w Krakowie przeciwko Wiśle zagraliście dokładnie tak samo.

- Tak, zgadza się, to było jedyne takie spotkanie. Dlatego oni są mistrzami, a my jesteśmy poza pucharami. Bo oni byli dużo lepsi w poprzednim roku. Jak ktoś jest lepszy, to trzeba to zaakceptować. Mieli dużo więcej pewności siebie, wygrali tamto spotkanie. Rozpoczęliśmy dobrze spotkanie , ale stopniowo, a już szczególnie po bramce, oni byli bardziej pewni siebie.

Czy jest możliwe, by Lech zagrał w najbliższym spotkaniu tak defensywnie, jak w tym z Wisłą?

- Nie wyszliśmy wcale defensywnie na to spotkanie, możemy je razem raz jeszcze obejrzeć. Zacznijmy od tego, że my nigdy nie bronimy w polu karnym. Bramka stracona była po błędzie i kontrataku.

Ale do tego czasu Lech nie miał sytuacji bramkowej...

- Tak jak mówiłem, w zeszłym roku byli lepsi. Co mam jeszcze powiedzieć? Dlatego skończylibyśmy na piątym miejscu. Gdybyśmy wtedy wygrali, to gralibyśmy w Lidze Europejskiej..

Lech często miał piłkę, ale nie stwarzał sytuacji. Co zrobić, aby stworzyć zagrożenie?

- To jest coś, nad czym pracujemy teraz. Staramy się poprawić tempo gry, stworzyć dużo więcej wejść bokami, dużo ataków prostopadłych.

W dwóch pierwszych sparingach w Austrii i Niemczech Lech mógł grac z kontry, bo rywalizował z silnymi zespołami: Panathinaikosem i Rubinem. Co się stanie w meczach, gdy Lech będzie miał inicjatywę?

- Zobaczymy. Jesteśmy w okresie przygotowawczym, gdzie każdego dnia staramy się poszukać pewnych wariantów. I to jest proces, w którym chodzi o to, by fizycznie i taktycznie być przygotowanym na sto procent, ale dopiero na pierwszy mecz ligowy. Na chwilę obecną ten proces idzie w dobrym kierunku. Zatem nie przejmuję się tym, co pan mówi. Jeśli przyjdzie taki moment, że nie będziemy strzelali, to zacznę analizować, dlaczego tak jest.

Czy Lech ma przygotowany wariant taktyczny, gdy zespół rywal ustawi defensywę 20 metrów przed bramką?

- Jesteśmy gotowi na to.

Może pan powiedzieć jak?

- Nie rozumiem, po co robi się problemy, skoro jeszcze się nie pojawiły. Jak przyjdzie liga, to będziemy w formie, wystawimy najlepszą osiemnastkę, stworzymy najlepsza drużynę, przeanalizujemy taktykę i będziemy gotowi. Teraz nie przygotowujemy się taktycznie do sparingów, ani do meczu z Panathinaikosem, ani z Rubinem. Tworzymy bazę, podstawę systemu.

Jakie znaczenie ma przyjście Tonewa, takiego zawodnika, którego po odejściu Peszki w Lechu nie było?

- Po pierwsze, to bardzo młody chłopak. Bardzo utalentowany, szybki, dobry technicznie, da nam to, czego nie było w poprzednim sezonie, czyli wyjście do prostopadłych podań. Potrafi grać jeden na jednego, na pewno szybko się zaadoptuje w drużynie. Ale jest młody, chodzi o to, by korzystać z niego w inteligentny sposób. Może dlatego będzie trzeba wystawiać go od początku spotkania, a czasem w meczach fizycznych zachować siły na drugą połowę.

Jaki wkład w jego przyjście miał Christo Stoiczkow, pana dawny kolega z Barcelony?

- Christo nie wiedział nic aż do momentu, gdy pojechałem do Bułgarii. Wtedy zadzwoniłem do niego. Powiedział, że Tonew jest szybki, młody i trzeba z nim ostrożnie postępować.

Kto będzie kapitanem Lecha po odejściu Bosackiego?

- Nie przedyskutowaliśmy tego. Uważam, że po powrocie z tego zgrupowania będzie czas, by spokojnie porozmawiać. Może to być Wojtkowiak, Murawski, Kotorowski czy Djurdjević - jest kilku takich doświadczonych piłkarzy. Najważniejsze, by ta grupa zawodników przejęła na siebie ciężar odpowiedzialności, liderowania całej drużynie. Faktycznie, kapitan to ważna postać, ale ważna jest grupa, jedna całość. Doświadczony zawodnik musi czasami nakierować ze złej drogi na dobrą.

Czy zostało już panu postawione zadanie na kolejny sezon. A może usłyszał pan, w jakich okolicznościach klub mógłby się z panem rozstać?

- To są moje warunki pracy i nie zamierzam się z nimi dzielić na zewnątrz.

To jaki cel przyświeca Lechowi?

- Już pierwszego dnia w klubie o tym mówiłem. Lech musi zawsze walczyć o zwycięstwo w lidze i pucharze. A jeśli walka o zwycięstwo nie jest możliwa, to powalczyć o grę w europejskich pucharach.

Rozmawiał w Miesbach Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama