Reklama

Reklama

Jerzy Mielewski dla Interii: Podczas dużego turnieju wpadam w stan amoku

- Generalnie pracę podczas dużego turnieju porównałbym do swego rodzaju amoku. I ja w taki stan wpadam. Po prostu efektywność pracy staje się dla mnie najważniejsza. Nie patrzę na dobro mojego organizmu, pozostając cały czas w transie i swego rodzaju euforii. Oczywiście czasami ten stan, gdy nie idzie naszym sportowcom, przeistacza się także w smutek. Gdy już taki turniej się kończy i wracam do domu, dopiero wtedy odczuwam, że coś się we mnie "wyłącza". Czasami muszę nawet trochę odchorować - mówi w rozmowie z Interią Jerzy Mielewski, dziennikarz, komentator i ekspert Polsatu Sport oraz Interii, który bierze udział w wyścigu po trzecią Telekamerę "Tele Tygodnia" dla komentatora sportowego roku.

Artur Gac: Jako że przed panem szansa na - używając terminologii piłkarskiej - ustrzelenie hat-tricka, zapytam tak, jak często dziennikarz docieka w rozmowie ze sportowcem: Trudniej zdobyć pierwszy tytuł, czy utrzymać się na szczycie?

Reklama

Jerzy Mielewski, Polsat Sport: - Powiem szczerze, że już otrzymując pierwszą "Telekamerę" byłem kompletnie zaskoczony, że oto mam wielką przyjemność i zaszczyt odbierać taką nagrodę. Natomiast często mówiłem i to powtórzę, że to jest absolutnie efekt pracy zespołowej całego Polsatu Sport. Ja tylko pełnię rolę, nazwijmy to, frontmana, korzystając z tego przywileju, że mnie rzeczywiście często widać. A w naszej redakcji pracuje bardzo duża grupa ludzi, którzy tworzą ten kanał od wielu, wielu lat. Dodatkowo też traktuję to, jako sukces dyscypliny, a jestem najbardziej związany z siatkówką, która w ostatnich latach daje nam dużo radości i przede wszystkim medali, bo przecież jesteśmy dwukrotnymi mistrzami świata, a ostatnio zdobyliśmy także brązowy medal mistrzostw Europy. A takie sukcesy, nie da się ukryć, nie tylko wzmagają zainteresowanie zawodnikami i tą dyscypliną, ale przy okazji też budują dziennikarzy. Mam nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że m.in. na fali dobrej passy siatkówki ja, jako człowiek obsługujący tę dyscyplinę, mam przyjemność być uhonorowywany "Telekamerą". To bardzo fajna rzecz w życiorysie, bo świadczy, że człowiek w sposób przyjemny wykonuje swoją pracę dla kibiców. Przede mną szansa na trzecią statuetkę, ale to w żaden sposób nie zmienia mojej osoby. Ta nagroda jest za to dodatkowym bodźcem i wyjątkowym potwierdzeniem, że nadal rozwijam się w dobrą stronę.

W pana przypadku ciągle ten pierwszy raz, czyli debiutancka "Telekamera", ma wyjątkowy smak, czy trzeba powiedzieć szczerze, że człowiek przyzwyczaja się do nagród, wobec czego smak kolekcjonowania kolejnych i perspektywa otrzymania jej trzeci raz z rzędu, niewątpliwie jest łechcąca?

- Tu jest trochę taka sztuka w sztuce. My, pracujący przy sporcie, widzimy z bliska, jak to wszystko się odbywa, jak sportowcy walczą o kolejne tytuły. Dlatego w tym, o co pan pyta, jest trochę taka pokusa, tym bardziej, że trzecia "Telekamera", zgodnie z przepisami, może być moją ostatnią. Wobec czego takie domknięcie pewnej trylogii niewątpliwie byłoby bardzo sympatyczne. Jak już startujemy w jakimś konkursie, czy w plebiscycie, to wiadomo, że każdy chciałby wygrać i otrzymać statuetkę.

Powiedzmy krótko o kulisach pana pracy od kuchni w roli dziennikarza i komentatora sportowego. Z jednej strony użył pan określenia "frontman", więc niektórym mogłoby się wydawać, że pana aktywność trwa dwie, trzy lub cztery godziny przed kamerą, gdy odbywa się transmisja lub prowadzi pan studio. Tymczasem, zaglądając od kuchni, pracy jest multum, a pewnie najwięcej jest takiej, której de facto nie widać.

- Zdecydowanie tak, jednak w moim przypadku i wielu kolegów po fachu uprawianie dziennikarstwa sportowego to pasja. I myślę, że jest to słowo-klucz. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że budząc się rano pierwsza myśl jest taka, by jak najszybciej przeczytać najświeższe wiadomości. Do tego gdzieś zadzwonić, porozmawiać i czegoś się dowiedzieć. Tu mówię o takim codziennym trybie, gdy jesteśmy na miejscu, w Warszawie. Natomiast podczas imprez ma miejsce ciągłe przeżywanie turnieju, mówiąc choćby o siatkarskich mistrzostwach świata w 2014 i 2018 roku, gdy nasza kadra sięgała po tytuł. Wówczas nasza aktywność trwa, tak naprawdę, 24 godziny na dobę. Tylko troszkę śpimy, a poza tym bez przerwy "żyjemy" meczami, zawodnikami, wydarzeniami, treningami i ich wywiadami. Analizujemy każde słowo, zastanawiamy się, wyciągamy wnioski i staramy się w sposób możliwie najbardziej ciekawy przekazać kibicom tę całą atmosferę i otoczkę imprezy. Akurat w przypadku siatkówki z reguły są to pozytywne emocje, bo nasi zawodnicy często wygrywają, prezentując przy tym bardzo wysoki poziom i rozpalając emocje wśród polskich fanów. Moim zdaniem najważniejsze jest właśnie to, by starać się jak najbardziej wiernie oddać klimat turnieju.

W ferworze takiej pracy, gdy trzeba zasuwać na najwyższych obrotach, a jeden temat pogania drugi, nerwy ciągle dają znać o sobie? A może przy pana bagażu doświadczeń istnieje już tylko coś takiego, jak pozytywny stres, który można porównać do dreszczyku emocji?

- Stres jest zawsze, przy czym pewna jego część jest związana z pracą, którą wykonuję, ale największy jest związany z meczem, a ściślej końcowym wynikiem. W momencie, gdy zejdziemy z anteny, przeradzam się w rolę absolutnego kibica, a więc człowieka, który skacze, denerwuje się i próbuje, swoim wsparciem, pchać zespół jak najdalej. Generalnie pracę podczas dużego turnieju porównałbym do swego rodzaju amoku. I ja w taki stan wpadam. Po prostu efektywność pracy staje się dla mnie najważniejsza. Nie patrzę na dobro mojego organizmu, pozostając cały czas w transie i swego rodzaju euforii. Oczywiście, czasami ten stan, gdy nie idzie naszym sportowcom, przeistacza się także w smutek. Gdy taki turniej już się kończy i wracam do domu, dopiero wtedy odczuwam, że coś się we mnie "wyłącza". Czasami muszę nawet trochę odchorować, gdy przez dłuższy czas pracowałem na "kredycie energetycznym" organizmu. Dopiero wtedy zaczynam odczuwać wyczerpanie, a z mojego ciała schodzi cała adrenalina, skupienie i stres. Wówczas opadam z sił i potrzebuję kilku lub kilkunastu dni, aby odpocząć i na nowo naładować akumulatory.

Gdy przychodzi ten moment, jak go pan plastycznie nazwał, "odchorowania" pracy, czyli pana pasji, to wówczas nastaje czas na inne aktywności?

- Paradoksalnie najbardziej pomaga mi wysiłek fizyczny, jako że w trakcie turniejów niestety nie ma czasu na to, żeby trochę dbać o zdrowie. Dlatego lubię sport, wyjść i pobiegać oraz uporządkować to wszystko, co mam w głowie. To jest dla mnie rzecz kluczowa, bo właśnie zmęczenie fizyczne, jeśli mogę tak powiedzieć, leczy moją głowę. A poza tym staram się nadrobić to, czego najbardziej mi brakowało, czyli jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, a więc z żoną i dziećmi.

A ma pan hobby, niezwiązane ze sportem, które też bywa taką ożywczą odskocznią?

- Nie będę wymyślał na siłę jakiegoś wyjątkowego hobby, bo czegoś takiego po prostu nie mam. Lubię rzeczy bardzo normalne, takie jak wielu innych ludzi, czyli poczytać dobrą książkę, zobaczyć film, czy pojeździć na nartach. To też mnie bardzo relaksuje. Natomiast takiej pasji poza sportem, w której odnajdywałbym coś absolutnie wyjątkowego, nie posiadam. Być może jest to spowodowane też tym, że wolny czas najzwyczajniej w świecie nie jest z gumy. Dlatego to sport i rodzina pochłaniają całe moje życie. Bardzo się cieszę, że moja żona też jest pasjonatką sportu, zresztą my poznaliśmy się właśnie przez siatkówkę. Z tego powodu mam też fajnie w domu, czuję pełne zrozumienie, bo cała moja rodzina uwielbia oglądać sport i uprawiać. A to niewątpliwie mój dodatkowy atut.

Mówi pan o żonie, która dodatkowo jest piękną kobietą. Wobec tego pozwolę sobie niedyskretnie zapytać, przy tym mrugając do pana okiem: ile razy dziennie bywa pan zazdrosny?

- (śmiech) Co tu kryć, jestem zazdrosny. Na szczęście moja żona nie daje mi żadnych powodów, od lat bardzo się kochamy i sobie ufamy, ale mimo wszystko zazdrość faktycznie daje znać o sobie. Nie potrafię tylko oszacować, średnio ile razy dziennie to mi się zdarza, ale odpowiedź bez wątpienia musi być twierdząca. Sądzę, że świadczy to o ciągle mocnym i niegasnącym uczuciu.

Jako rutyniarz w swoim fachu niewątpliwie ma pan samoświadomość swoich największych walorów oraz pewnych rezerw warsztatowych. Gdyby miał pan szczerze wskazać te elementy, z obu przeciwstawnych biegunów, to na co zwróciłby pan uwagę?

- Odpowiem bardzo szczerze. Mam taką wadę, że nigdy nie jestem z siebie zadowolony. Nawet moja małżonka, z którą bardzo dużo rozmawiam, trochę mnie przekonuje, bym zmienił podejście. Mimo wszystko nie do końca wierzę we własne możliwości. To znaczy bardzo często jestem mocno krytyczny względem własnej osoby. Bardzo dużo od siebie wymagam, w efekcie czego często jestem zawiedziony. A zatem odpowiedziałbym, że brakuje mi pewności siebie, która w moim przypadku jest zachwiana. Próbuję z tym walczyć i nabrać jej więcej. Gdy wykonuję pracę może tego nie widać, ale w środku mnie cały czas trwa walka, ponieważ z natury jestem osobą nieśmiałą. To się trochę kłóci z zawodem, który wykonuję, jednak taki już jestem. W domu nie mówię dużo i raczej należę do osób cichych oraz spokojnych. Dodam jeszcze, że uwielbiam komentować, ale dużo lepiej czuję się w studiu, będąc moderatorem czy prowadzącym dyskusje. To jest moje naturalne środowisko. Jednak podczas tych ponad 20 lat w tej branży przeszedłem przez wszystkie etapy i każda płaszczyzna pracy dziennikarza, tak newsy jak i "reporterka", ukształtowały mnie i nauczyły tego zawodu. Pamiętajmy, że ja nie mam wykształcenia dziennikarskiego, a wszystkiego, całej telewizji, uczyłem się w boju. I w praktyce nauczyłem się tego, co umiem, natomiast cały czas idę do przodu i się rozwijam. Jest dużo rzeczy, które według mnie jeszcze wymagają poprawy. Bardzo nie lubię oglądać swoich występów, bo wtedy jak na dłoni widzę swoje błędy. A że jestem wobec siebie bardzo krytyczny, to czasami się wściekam dlaczego powiedziałem tak, a nie inaczej. Sam sobie narzucam dużo niepotrzebnej presji i oczekiwań, bym sam siebie zadowolił. Sprowadza się to do tego, że największym krytykiem mojej osoby jestem ja sam. Niewątpliwie dziennikarstwo to dla mnie ciągła praca nad samym sobą.

Jest taki cel zawodowy, który wciąż pozostaje w sferze pana marzeń i planów, a dopełniłby pana dorobku?

- Tak, jest coś takiego... Nie wiem tylko, czy to się wydarzy ze względu na aktualny rynek telewizyjny, ale nigdy nie byłem jako dziennikarz na igrzyskach olimpijskich. Dlatego niewątpliwie moim marzeniem jest obsługa tej prestiżowej imprezy i poczucie atmosfery tego święta sportu. I obiecałem sobie, że jeśli nie w roli dziennikarza, to i tak muszę pojechać na jedne z igrzysk. A jeszcze na koniec, niejako puentując swoje wypowiedzi, mnie nie chodzi o to, żeby być najlepszym, choć mowa o kategorii "najlepszy komentator". Tak naprawdę dążę do tego, żeby być dobrym człowiekiem. To jest dla mnie klucz mojej aktywności i mojego bycia.

Ostatnie lata w zawodzie dziennikarza to galopująca rewolucja, rynek mediów dynamicznie zmienia się na naszych oczach. Jeśli dodamy do tego, że to rzemiosło zawsze było wymagające, to przed adeptami stoi duże wyzwanie. Jaką radę miałby pan dla młodych osób, które marzą, by realizować się w tym fachu?

- Akurat moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła się w myśl zasady, aby znaleźć się w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Na pewno w ogóle nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie szansa, którą otrzymałem od dyrektora Mariana Kmity. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Inna sprawa to już to, jak tę szansę się wykorzysta, co leży w gestii każdego człowieka. A fakty są takie, że początkowo moje życie kręciło się tylko wokół telewizji. Jako że wiedziałem, że nie mam zaplecza związanego ze studiami dziennikarskimi, niemalże spałem w redakcji, ucząc się i chłonąć wszystko, co od podszewki związane z telewizją. Dziś, można powiedzieć, jestem dziennikarzem hybrydowym, ale wtedy internet dopiero raczkował, więc nie było takich możliwości, aby eksponować swoją osobę. Z kolei dzisiaj każdy może założyć kanał wideo lub w mediach społecznościowych prezentować swoje możliwości i talenty. Moim zdaniem wszystko musi zaczynać się od pasji, a następnie twórzmy to coś, co kochamy, lecz początkowo nie liczmy na zbyt wiele. A wówczas jest szansa, że ta pasja zaowocuje tym, czego ja kiedyś doświadczyłem, czyli zostałem zauważony i otrzymałem szansę. A poza wszystkim nie należy być zawistnym i szukać poklasku w złych emocjach, tylko być człowiekiem dobrym i zarażać innych pozytywną energią.

Rozmawiał Artur Gac

Jerzy Mielewski nominowany do Telekamer w kategorii Komentator Sportowy - głosuj online pod adresem - kliknij TUTAJ!

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Mielewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje