Reklama

Reklama

Jacek Gmoch - żołnierz Panathinaikosu

W 1985 roku doprowadził Panathinaikos Ateny do półfinału Pucharu Europy. Przez kibiców tego klubu był traktowany jak bóg. W minionym tygodniu wszystkich poruszyła informacja, że 71-letni Jacek Gmoch znowu poprowadzi ten klub.

Nominacja Gmocha na tymczasowego trenera Panathinaikosu wywołała ogromne zaskoczenie w naszym kraju. Od siedmiu lat nie prowadził już żadnego zespołu, a kibice kojarzyli go z barwnych komentarzy w telewizyjnych.

Uciekła mu Barcelona

W Grecji, gdzie spędził znaczną część swego życia, był jednak postacią bardziej popularną niż w Polsce. W lutym 2010 został wybrany jednym z pięciu najlepszych trenerów w historii ligi piłkarskiej (plebiscyt z okazji pięćdziesięciolecia profesjonalnej ligi w Grecji). W głosowaniu uznany został "Najlepszym Trenerem Lat 80'". Wieloletnia przyjaźń z rodziną Vardinogiannisów, od wielu lat sprawującą rządy w Panathinaikosie, sprawiła że to właśnie on zastąpił Nikosa Niopliasa, który nie radził sobie z zespołem.

Reklama

- Jestem żołnierzem w służbie Panathinaikosu - powiedział po nominacji. Już wiadomo, że na ławce nie siedział długo, ale z powierzonej mu misji wywiązał się bardzo dobrze. W sobotę poprowadził drużynę do zwycięstwa 4-2 w ligowym spotkaniu z Iraklisem Saloniki.

Przez pewien czas wydawało się, że Gmoch poprowadzi "Zielone Koniczynki" także w środowym spotkaniu Ligi Mistrzów z Barceloną. Klub jednak wcześniej niż się spodziewano uzgodnił warunki kontraktu z Jesualdo Ferreirą i to on zasiadł na ławce w spotkaniu z Barcą. Trochę szkoda, gdyż Gmoch stałby się pierwszym polskim trenerem prowadzącym zagraniczny zespół w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Byłby to piękny akcent podsumowujący jego niebanalną karierę.

Złamana noga i koniec kariery

Urodził się 13 stycznia 1939 roku w Pruszkowie. Karierę piłkarską zaczynał w miejscowym Zniczu, a potem trafił do Legii. Grę w tym zespole potrafił połączyć ze studiami na Politechnice Warszawskiej. Początkowo był napastnikiem, ale w Legii przesunięto go na środek obrony. Słynął z twardej gry. Nie był może wybitnym piłkarzem, ale przebił się do reprezentacji Polski, w której rozegrał 20 meczów. Jego piłkarska kariera została przerwana w brutalny sposób. 1 sierpnia 1968 roku rozgrywano mecz pomiędzy reprezentacją Polski i zespołem wybranym przez czytelników "Expresu Wieczornego". Po jednym ze starć Gmoch złamał nogę. Mimo długiej rehabilitacji nie udało mu się powrócić do gry. Postanowił skoncentrować się na pracy trenerskiej.

Twórca banku informacji

Gdy reprezentację objął Kazimierz Górski, a drużyna przystąpiła do eliminacji do turnieju olimpijskiego w Monachium, Gmocha mianowano szefem banku informacji. Miał się zajmować zgłębianiem wiedzy o rywalach, wyszukiwaniem ich słabych punktów, ustalaniem odpowiedniej taktyki. Współpraca z Górskim zaowocowała złotym medalem olimpijskim, a potem wspaniałymi eliminacjami do mistrzostw świata w 1974. Po historycznym remisie na Wembley z Anglikami (1-1) postanowił pożegnać się z kadrą. Udało się go jednak przekonać, aby został i pomógł drużynie podczas mistrzostw świata w 1974 roku. Wraz z innym młodym wówczas trenerem Andrzejem Strejlauem w znaczący sposób przyczynili się do wywalczenia przez "Biało-czerwonych" trzeciego miejsca na świecie. Obaj przerzucali się pomysłami taktycznymi, a Kazimierz Górski słuchał ich argumentów i wybierał te - według niego najwłaściwsze.

Obiecywał mistrzostwo świata

Po mistrzowskim turnieju Gmoch już definitywnie pożegnał się ze sztabem Górskiego i wyjechał do Stanów Zjednoczonych na stypendium naukowe. Jednak gdy po nieudanych Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku (tylko srebrny medal) Górski przestał być trenerem reprezentacji, Gmoch zajął jego miejsce, choć kontrkandydatem był Strejlau. Duży wpływ na jego nominację miało poparcie polityczne. Był aktywnym członkiem PZPR, doskonale wpisywał się w uprawianą za czasów Edwarda Gierka propagandę sukcesu pod hasłem "Polak potrafi".

A Gmoch potrafił. Z marszu wygrał wyjazdowy mecz eliminacji do mistrzostw świata w 1978 roku w Argentynie z Portugalią 2-0. Zaskoczył śmiałymi pomysłami - pomocnika Henryka Kasperczaka ustawił na środku obrony. Wprowadził do kadry "młodych gniewnych" - Zbigniewa Bońka i Stanisława Terleckiego, a potem Adama Nawałkę czy Andrzeja Iwana. Odkurzył zapomnianego Włodzimierza Lubańskiego, który w kadrze nie grał od pamiętnej kontuzji odniesionej w meczu z Anglią w 1973 roku. Wprowadził dwudniowe konsultacje dla kadrowiczów, w trakcie których piłkarze byli podawani m.in. testom psychologicznym. Polacy pod wodzą Gmocha w dobrym stylu wywalczyli awans do finałów mistrzostw świata w Argentynie, choć w ostatnim meczu z Portugalią (remis 1-1) najedliśmy się sporo strachu.

Z czasem selekcjoner stawał się coraz bardziej pewny siebie. Zapowiedział, że do Argentyny jedziemy po mistrzowski tytuł. Ta deklaracja stale była mu później wtykana przez szyderców. W 2002 roku skopiował ją trener Jerzy Engel, przy czym Gmoch był zdecydowanie większym realistą, bo rzeczywiście "Biało-czerwoni" mogli powalczyć w 1978 roku o tytuł.

Pogubił się w Argentynie

W Argentynie jednak czegoś drużynie zabrakło. Zawiedli doświadczeni piłkarze jak: Kazimierz Deyna (zmarnowany rzut karny w spotkaniu z gospodarzami), Henryk Kasperczak, Jan Tomaszewski, Andrzej Szarmach czy Włodzimierz Lubański. Trener, do tej pory bezkompromisowy, bał się postawić odważnie na Zbigniewa Bońka, którego do podstawowego składu wprowadził dopiero w trzecim meczu z Meksykiem. "Zibi" zdobył wówczas dwa gole. Ogromną stratą była kontuzja (tuż przed wyjazdem na mistrzostwa) Stanisław Terleckiego, który mógł w reprezentacji odegrać rolę, jaką cztery lata wcześniej spełnił Robert Gadocha. Ponadto w kadrze na MŚ zabrakło króla strzelców Ekstraklasy - Kazimierza Kmiecika, który był wtedy w życiowej formie. Zabrakło go, bo trzeba było znaleźć miejsce dla Włodzimierza Mazura z Zagłębia Sosnowiec, ulubionego klubu pierwszego sekretarza PZPR, Edwarda Gierka.

Ostatecznie Polacy w półfinałowej grupie zajęli trzecie miejsce za Argentyną i Brazylią. W kraju przedstawiano to jako sukces, trochę na wyrost ogłaszano, że jesteśmy piątą drużyną świata, choć nikt takiej klasyfikacji nie prowadził. Gmochowi zaczął się jednak palić grunt pod nogami. Poprowadził jeszcze reprezentację w meczu towarzyskim spotkaniu z Finlandią oraz eliminacyjnym mistrzostw Europy z Islandią (wygrana na wyjeździe 2-0) i pożegnał się kadrą.

Pożegnanie z kadrą

Zastąpił go Ryszard Kulesza, który przed wyjazdem do Argentyny został - wskutek intryg - wykluczony ze sztabu trenerskiego kadry. O wszechwładzy selekcjonera w tym okresie niech świadczy fakt, że potrafił on zablokować wyjazd na MŚ dziennikarzy, którzy pisali o nim krytyczne teksty. Po dymisji Gmocha Wydział Prasy KC PZPR zdjął szlaban na krytykę. W "Piłce Nożnej" ukazały się teksty wytykające błędy w przygotowaniach do turnieju. Dowodzono, że zespół został źle przygotowany pod względem szybkościowym.

W 1980 roku, roku na fali posierpniowych rozliczeń z epoką Gierka, opisywano aferę z udziałem Gmocha, który załatwił piłkarzom kontrakty reklamowe z pewną firmą. Zawodnicy dostawali pieniądze (w dolarach) do ręki, podpisywali tylko pokwitowanie. Sprawy kryminalnej z tego nie zrobiono, ale do Gmocha przylgnęła na pewien czas łatka aferzysty.

Gracja - "Ziemia Obiecana"

A on obserwował to wszystko z oddali. W 1979 roku wyjechał do Norwegi, gdzie został trenerem Skeid Oslo, ale szybko przeniósł się do Grecji, która stała się jego drugą ojczyzną i ziemią obiecaną. Zaczynał skromnie od pracy z mało znanym klubem PAS Giannina, potem był Apollon Ateny i wreszcie trafił do prowincjonalnej Larisy. Z tym klubem wywalczył w 1983 roku wicemistrzostwo Grecji. Noszono go tam na rękach. Sukces w Larisie był przepustką do pracy w największym greckim klubie - Panathinaikosie. Z "Zielonymi Koniczynkami" przez dwa lata wywalczył mistrzostwo i wicemistrzostwo oraz Puchar Grecji. Zespół też znakomicie spisał się w Pucharze Europy. Najpierw "Wszechateńscy" rozprawili się z Feyenoordem Rotterdam (0-0 i 2-1), potem wyeliminowali Linfield Belfast, a w ćwierćfinale IFK Goeteborg. W półfinale Panathinaikos nie dał już rady wielkiemu Liverpoolowi z Kennym Daglishem i Ianem Rushem (0-1 i 0-4), który w pamiętnym finale na stadionie Heysel w Brukseli uległ Juventusowi 0-1 ze Zbigniewem Bońkiem w składzie. Mimo tych sukcesów i ogromnych protestów kibiców, Gmoch latem 1985 roku pożegnał się z Panathinaikosem i trafił na rok do lokalnego rywala - AEK Ateny.

Historyczne mistrzostwo

Ogromnym sukcesem okazała się ponowna praca Gmocha w Larisie. W 1988 roku zespół ten wywalczył mistrzostwo Grecji! Po raz pierwszy i jak dotąd ostatni drużyna spoza "wielkiej czwórki" (Panathinaikos, Olympiakos, AEK i PAOK Saloniki) zdobyła to trofeum. Gmoch pożegnał się z Larisą, gdyż dostał pracę w Olympiakosie. Tam wywalczył "tylko" wicemistrzostwo i wrócił do Larisy. Lata 90. nie były już tak dobre, choć w 1991 i 1993 roku z APOEL-em Nikozja był dwa razy mistrzem Cypru. Potem prowadził coraz słabsze kluby, a po raz ostatni na ławce trenerskiej siedział w 2003 roku, gdy był trenerem Ionikosu Pireus.

Gmoch coraz częściej pojawiał się w Polsce. W 2002 roku przypomniał się szerszej publiczności w kraju, gdy zaproszono go do komentowania mistrzostw świata w Korei i Japonii. Jego przekręcanie nazwisk oraz malunki pisakiem po ekranie przysporzyły mu sporej popularności wśród kibiców, stały się też pożywką dla satyryków.

Słynna kłótnia Jacka Gmocha z redaktorem Pawłem Zarzecznym

Jedna z legendarnych analiz taktycznych Gmocha

Przez pewien czas, przy pomocy syna Pawła, kierował zespołem koszykarzy w rodzinnym Pruszkowie. Potem - bez powodzenia ratował - CWKS Legia Warszawa. Nie udało się, klub ogłosił bankructwo. Mimo dużej aktywności w Polsce Gmoch cały czas popularny w Grecji. U nas wielu ma mu za złe fakt, że w 1978 roku nie przywiózł nam z Argentyny tytułu mistrza świata. Jego postać, pewnego siebie technokraty, pupilka ówczesnych władz, była odbierana nieco w kontrze do prostolinijnego Kazimierza Górskiego. Już w latach 70. - w telewizyjnych audycjach - wyjaśniał taktyczne zawiłości, napisał legendarną już książkę "Alchemia futbolu", w której przedstawił swoje oryginalne spojrzenie tę dyscyplinę. Był mistrzem autokreacji i - w pewnym sensie - trenerskim pierwowzorem Jose Mourinho.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje