Reklama

Reklama

Gwiazda wróci na tartan za pół roku

Przez pół roku nie założy kolców były rekordzista świata i złoty medalista olimpijski z Aten (2004) w biegu na 110 m przez płotki Chińczyk Xiang Liu, który 5 grudnia przeszedł w Houston operację stopy.

"Czy wystartuję w przyszłym sezonie? Oczywiście trudno w tej chwili przewidzieć w jakiej będę formie i kiedy będę mógł wrócić do normalnych treningów, ale nie wykluczam startu w sierpniowych mistrzostwach świata w Berlinie" - powiedział 26-letni lekkoatleta.

Zawodnik jednocześnie podkreśla, że celem numerem jeden dla niego jest dojście do pełni sił. "W tej chwili rywalizacja nie jest dla mnie najważniejsza, a jak najszybsze dojście do zdrowia. Nie przerwę zajęć, będę starał się utrzymywać swoje ciało w jak najlepszej kondycji" - zapowiedział.

Reklama

Liu Xiang przyznał, że ból stopy odczuwał już od ... paru lat. Nawet rekord świata w mityngu w Lozannie w 2006 roku pobił będąc nie w pełni zdrowy.

"Już nawet nie pamiętam kiedy po raz ostatni założyłem kolce i wszystko było w porządku. Gdy trenowałem i startowałem adrenalina była na tyle wysoka, że byłem w stanie to wytrzymać. Na igrzyskach okazało się, że już dłużej nie dam rady. Sytuacja w Pekinie mnie przerosła. Bardzo to przeżyłem" - wspominał.

Mistrz świata z Osaki był faworytem gospodarzy w biegu na 110 m ppł. "Wszyscy ludzie oczekiwali ode mnie więcej, niż byłem w stanie z siebie dać. Nikt z moich rodaków nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłbym z kimkolwiek w Pekinie przegrać. A to są przecież zawody na najwyższym światowym poziomie, wszystko może się wtedy wydarzyć. Sportowcy to nie są maszyny" - podkreślił.

Chwila wycofania się z rywalizacji nie była dla niego łatwa. "Trudno wytłumaczyć, co czuje zawodnik, który raptem nie może wystartować w igrzyskach, przed własną publicznością, w swoim kraju. I ta świadomość, że każdy w życiu ma swoje pięć minut, a moje właśnie mogą mijać" - wspominał Liu Xiang.

Chińczyk nie chce wracać już do tematu olimpiady. "Wszyscy, na stadionie i przed telewizorami widzieli co się stało i nie musiałem się z niczego tłumaczyć. Teraz też nie chciałbym już o tym myśleć i mówić, nie chcę już o tym rozmawiać".

Na pytanie dlaczego zdecydował się na operację tak późno, podkreślił, że chciał być pewny, iż naprawdę jej potrzebuje. "Konsultowałem tę decyzję z innymi specjalistami i w końcu doszedłem do wniosku, że chirurgiczna interwencja jest niezbędna. Potem chciałem, by zrobił to profesjonalista. Zdecydowałem się na lekarza, który wcześniej zajmował się koszykarzem Houston Rockets Yao Mingiem" - tłumaczył halowy mistrz świata z Walencji.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje