Reklama

Reklama

Euro, jakiego nie było

Zakończone wczoraj piłkarskie mistrzostwa Europy zostaną zapamiętane jako festiwal ofensywnego stylu gry. Były znacznie ciekawsze, niż te sprzed czterech lat.

Za nami trzy tygodnie, w których rytm życia wyznaczał futbol. Mistrzostwa Europy to fantastyczna impreza, której obecna formuła jest idealnie przystosowana do percepcji kibica. Na mistrzostwach świata gra aż 32 reprezentacje, ogarnąć, co dzieje się na takim turnieju, jest bardzo trudno. Na turniejach Euro wszystko jest skondensowane i nie ma praktycznie meczów, wobec których można pozostać obojętnym.

Dlatego trzeba zgodzić się z opinią, że poziom sportowy na ME jest wyższy niż na mundialach. Pewnie, że brakuje Brazylijczyków i ich cudownej techniki, Argentyny ze swoim gwiazdozbiorem czy też nieobliczalnych, ale potrafiących zagrać fantastyczny futbol reprezentantów Czarnego Lądu. Z drugiej jednak strony, czy aż tak bardzo za nimi tęskniliśmy? Przecież na każdym etapie Euro były zespoły, których styl mógł porwać nawet najwybredniejszych koneserów.

Reklama

Tytuł wywalczyli Hiszpanie, którzy czarowali od pierwszego spotkania z Rosją. Już wtedy zyskali miano faworyta, ale... Cały czas przypominano, że drużyna z Półwyspu Iberyjskiego - mimo że zawsze miała znakomitych piłkarzy - do tej pory nie potrafiła nic osiągnąć. Wszystko zmienił Luis Aragones.

70-letni szkoleniowiec potrafił stworzyć zespół, który chciał walczyć za Hiszpanię. Zrezygnował m.in z Raula, czym zyskał wielu wrogów, ale okazało się, że to on miał rację. Hiszpanie grali efektownie, z polotem, oddawali najwięcej strzałów, ale nie zapominali o defensywie. Gdy w meczu z Włochami trzeba było dostosować się do destrukcyjnego futbolu preferowanego przez rywala, nie atakowali bez opamiętania.

Niemcy po raz kolejny potwierdzili, że należą do ścisłej europejskiej czołówki. Ich gra nikogo nie porywała, ale konsekwencją i dyscypliną taktyczną potrafili odprawić do domu lepszych piłkarsko Portugalczyków. W finale nie dali rady Hiszpanom. I dobrze, bo mimo wszystko na złoty medal nie zasłużyli.

W pierwszej fazie mistrzostw w zachwyt wprowadzali Holendrzy, prezentując totalnie ofensywny futbol, który - tak jak 20 lat wcześniej - miał ich doprowadzić do złota. Zastanawiano się również, czy ktoś jest w stanie sprostać Portugalii albo Chorwacji - dowodzonej z trenerskiej ławki przez charyzmatycznego Slavena Bilica. Żadna jednak z wymienionych ekip nie dotarła do strefy medalowej. Czegoś zabrakło - szczęścia, koncentracji, może sił.

W drugiej fazie turnieju wyobraźnię kibiców zdominowały reprezentacje, na które nikt za bardzo nie liczył - Turcja i Rosja.

Turcy rozegrali trzy mecze, których scenariusze na zawsze wpisały się do historii futbolu. Podopieczni Fatiha Therima w ostatnim kwadransie potrafili upokorzyć Czechów i odrobić dwubramkową stratę. W ćwierćfinale z kolei wprawili w osłupienie i czarną rozpacz Chorwatów, gdy w 120. minucie doprowadzili do remisu, a potem z zimną krwią wygrali konkurs rzutów karnych. Również półfinał z Niemcami, pod względem dramaturgii, niczym nie ustępował wspomnianym wcześniej horrorom. Tym razem decydujący cios w ostatniej minucie zadali Turkom Niemcy.

Po raz kolejny klasę trenerską potwierdził Guus Hiddnik. Tym razem natchnął do wspaniałej gry Rosję. Reprezentacja tego kraju od 20 lat (wtedy jeszcze jako ZSRR) nie odnosiła żadnych sukcesów. Do Austrii i Szwajcarii Hiddnik przywiózł młody, znakomicie usposobiony zespół, który w ćwierćfinale pokonał Holendrów ich własną bronią; totalną ofensywą.

Nie wszystko jednak na tym Euro było piękne. Bo cóż pozytywnego , poza kilkoma interwencjami Artura Borcua, wnieśli do Euro Polacy? Komu pozostanie w pamięci jakieś zagranie obrońców tytułu - Greków? Dlaczego tak toporny i mało efektywny futbol zaprezentowali Francuzi, którzy dysponują plejadą znakomitych zawodników? Czemu Włosi w ćwierćfinale z Hiszpanią od chwili, gdy zabrzmiał pierwszy gwizdek, myśleli tylko o tym, jak dotrwać do rzutów karnych? Co sprawiło, że Rumuni w meczu o wszystko, z grającą w rezerwowym składzie Holandią, tylko snuli się po boisku?

Tych gorszych momentów było jednak podczas mistrzostw Europy zdecydowanie mniej. Większość zespołów, nawet po porażkach, mogła schodzić z boiska z podniesioną głową. Szkoda, że nie było wśród nich Polaków. Miejmy jednak nadzieję, że za cztery lata, gdy najlepsze zespoły Europy będą rywalizować na polskich i ukraińskich stadionach, pobiją zakończony właśnie turniej poziomem i emocjami. A nie będzie to łatwe.

Grzegorz Wojtowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL