Reklama

Reklama

Dwukrotny mistrz olimpijski przerywa milczenie

Trzydzieści lat po zdobyciu dwóch złotych medali olimpijskich podczas igrzysk w Barcelonie, Arkadiusz Skrzypaszek spełnia się w zupełnie innej roli

Arkadiusza Skrzypaszka spotkałem na stadionie w Brzeszczach gdzie odbywał się mecz piłkarski z okazji stulecia miejscowego klubu. Mistrz od dawna tam nie mieszka, czuje się jednak związany z tym miastem, tam się wychował. Uprawianie pięcioboju nowoczesnego rozpoczął w 1985 roku, gdy miał 17 lat. Wcześniej uprawiał pływanie w Górniku Brzeszcze. Zarzucił jednak tę dyscyplinę, a w nowej - pięcioboju nowoczesnym - sukcesy, już w barwach Lumelu Drzonków, przyszły bardzo szybko. W 1988 roku został brązowym medalistą mistrzostw świata juniorów, a w 1990 roku z drużyną seniorską wywalczył brązowy medal mistrzostw świata. Rok później został mistrzem świata indywidualnie i wicemistrzem drużynowo. Apogeum przyszło w 1992 roku, podczas igrzysk w Barcelonie. Potem wycofał się ze sportu. 

Reklama

Paweł Czado: Co u pana słychać? W ostatnich latach Arkadiusz Skrzypaszek właściwie zniknął z przestrzeni publicznej.

Arkadiusz Skrzypaszek: - Hasło "jak nie jesteś na Facebooku to cię nie ma" obowiązuje (uśmiech). 

Ale od wielu lat nie widzę w telewizji wywiadów z panem, w gazetach też cicho, w PKOL-u się pan nie udziela. 

Arkadiusz Skrzypaszek: Odłączałem się od sportowej historii

- To zamierzone działanie. Długo zabiegałem żeby w dziedzinie, w której teraz jestem, nie traktowano mnie jak... sportowca. Sukcesywnie odłączałem się od sportowej historii, nie zapominając oczywiście o tych wszystkich wynikach. Ciężko jest bowiem wyjść spod klosza sukcesu i robić coś innego, tak żeby człowieka nie traktowali z przymrużeniem oka. 

 Co pan więc teraz robi?

Od 23 lat działam w nieruchomościach. Nie jestem jednak developerem, nie zajmuje się pośrednictwem. Jest to raczej development czyli doprowadzam inwestycję od punktu A do punktu B.

Od wielu lat przygotowujemy niezwykle ambitne przedsięwzięcie: Zamierzamy stworzyć sieć resortów holistycznych [medycyna konwencjonalna w połączeniu z medycyną  alternatywną opiera się na założeniu, że stan umysłu, ducha i ciała wzajemnie wpływają na siebie i że należy leczyć cały organizm, a nie tylko jego chorą część, przyp. aut.]. Budujemy grupę kapitałową. Wokół projektu są wybitni ludzie, którzy swój potencjał intelektualny poświęcają tej idei. Przez ostatnią dekadę, a nawet dłużej przygotowywaliśmy sześć, siedem miejsc pod to naprawdę duże przedsięwzięcie. To wymagało skupienia ziemi, szczegółowych przygotowań, zbudowania ludzkiego potencjału, a przy okazji oczekiwania na dobrą koniunkturę. Akurat pandemia nam pomogła, bo holistyka w obecnych czasach budzi ogromne zainteresowanie. 

W największym skrócie: poświęciłem się idei biznesu w połączeniu z misją i robię to z fantastycznymi ludźmi. 

Arkadiusz Skrzypaszek: Zmienił się obraz sportu

Widzę, że pan się spełnia.

- Tak, spełniam się, mimo że ta droga jest naprawdę trudna. Całemu zespołowi i sobie powtarzam jednak, że poprzeczka jaką zawiesiłem sobie w sporcie była tak samo wysoka jak w biznesie.

A w pańskim sporcie, pięcioboju, to już w ogóle. Śledzi pan jeszcze pięciobój nowoczesny, ma jakiś kontakt ze środowiskiem?

- Odejście od sportu dotyczy również wiedzy co się dzieje. Nie interesuje mnie to. W zeszłym roku zmarł mój mentor Zbyszek Pacelt [reprezentant Polski w pływaniu na dwóch igrzyskach i w pięcioboju nowoczesnych na trzecich, potem trener, m.in. Arkadiusza Skrzypaszka podczas pamiętnych igrzysk w Barcelonie, także poseł i sekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki, przyp. aut.]. Wybitna postać, niezwykły człowiek. To między innymi dzięki niemu doszliśmy do takiego poziomu w pięcioboju. Kiedy jeszcze spotykaliśmy się, to dowiadywałem się co się dzieje. 

Ale dziś, z całym szacunkiem dla środowiska, z pięcioboju nowoczesnego najlepsi, którzy mogliby coś zrobić - odeszli. Wkrótce minie trzydzieści lat od igrzysk w Barcelonie a nie ma wyniku, który nawet zbliżyłby się do jakiegokolwiek medalu indywidualnego mistrzostw świata, a co w ogóle mówić o igrzyskach olimpijskich. To wynika z faktu, że musi być grupa ludzi, która bardzo chce, musi być potencjał ludzki, to jest jasne. Muszą też być ku temu warunki, one akurat są cały czas. Zmienił się jednak obraz sportu. 

To znaczy?

- Młodzież ma dziś zupełnie inną motywację. Proszę zwrócić uwagę, że są dyscypliny, gdzie można traktować to w pełni zawodowo i zarabiać.

To prawda.

- Dziś wszystko się traktuje w kategoriach racjonalnego myślenia: "skoro już się męczę to muszę coś z tego mieć".

A za pańskich czasów tak w pięcioboju nie było.

- Dlatego w tak młodym wieku uciekłem stamtąd [Arkadiusz Skrzypaszek zakończył karierę po igrzyskach, mając 24 lata, przyp. aut.]. Na drugim roku studiów [na katowickiej AWF- fizjologia, przyp. aut.] zorientowałem się, co dzieje się z moim organizmem. Sport wyczynowy, umówmy się, jest tylko dla szczególnie predysponowanych pod względem motofizycznym i psychicznym.

Arkadiusz Skrzypaszek: "Miałem ogromną motywację"

A uprawia pan jeszcze sport amatorsko?

- Tak. W godzinach między 7, a 10 rano jestem codziennie na basenie i przepływam półtora kilometra. Chodzę też dużo po górach, a moją wielką pasją jest lotnictwo, więc ciągle latam samolotem z Warszawy na Podhale, bo na Podhalu właśnie przygotowujemy inwestycję w trzech lokalizacjach.

Rozmawiamy w Brzeszczach, tutaj pan się wychował. Nie wiedziałem, że był pan zawodnikiem miejscowego Górnika. Kojarzył mi się pan raczej z Zieloną Górą jako zawodnik Lumelu Drzonków.

- Tutaj są moje korzenie. W Górniku trenowałem pływanie, pojechałem, trochę na kredyt, do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu. Kredyt został spłacony, bo osiągnąłem wyniki na poziomie mistrza Polski. Bardzo szybko jednak się zorientowałem, że jak nie wyjadę do Stanów - jak Artur Wojdat, Rafał Szukała czy Mariusz Podkościelny - to nic z tego nie będzie. 

Zrezygnowałem, zacząłem szukać alternatywy, poczytałem o pięcioboju i zdecydowałem się, bo widziałem w sobie potencjał wszechstronności. Uznałem, że to dla mnie szansa, usłyszałem, że w Drzonkowie jest najlepszy ośrodek przygotowań olimpijskich. Pojechałem tam na testy. Zrobiła się afera, bo nie chciano mnie puścić z SMS w Raciborzu. Wykrzyczano, że nikim nie będę. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że takie słowa działają na mnie odwrotnie, są świetną motywacją... 

Postawiłem na swoim. Do Drzonkowa trafiłem mając skończone 16 lat. To bardzo późno jak na naukę od podstaw. Miałem jednak ogromną motywację, w dodatku bardzo mi się to podobało. Już po dwóch latach zdobyłem wicemistrzostwo świata juniorów, co było gigantycznym zaskoczeniem. Ale żeby dojść potem do mistrzostwa olimpijskiego, trzeba było włożyć mnóstwo pracy. 

rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama