Reklama

Reklama

Ciężki mecz Andrzeja Grubby

O niewielu sportowcach w naszym kraju można powiedzieć, że są znakiem firmowym danej dyscypliny sportu. Tak bez wątpienia jest w przypadku Andrzeja Grubby, słynnego tenisisty stołowego.

Grubba, który zdobył m.in. brązowy medal mistrzostw świata i wygrał wiele pojedynków, musi stoczyć kolejny - tym razem z ciężką chorobą, o której dowiedział się w 4 października ubiegłego roku.

- Ten dzień będę pamiętał do końca życia. Żona słysząc mój kaszel namówiła mnie, bym zrobił rentgen klatki piersiowej. Słowa lekarzy zabrzmiały jak wyrok. W takich sytuacjach nie ma alternatywy. Jeśli chcesz żyć, musisz walczyć - opowiada Grubba w rozmowie z "Rzeczpospolitą". - Zaufałem tym, którzy wiedzą, jak to robić, prof. Jackowi Jassemowi i dr Rafałowi Dziadziuszce. Były momenty trudne, ale teraz chyba wychodzę na prostą. Napełniam się optymizmem i czekam na lepsze czasy. Na szczęście mam opiekę najlepszą z możliwych.

Reklama

Nasz słynny zawodnik przyznaje jednak, że choroba bardzo go zmieniła. - Ostatnio, jak umówiłem się na spotkanie z Robertem Korzeniowskim, z którym znamy się bardzo dobrze, nie poznał mnie - wyjaśnił. - Przyznam szczerze, że o tym błysku niepewności w jego oczach chętnie bym zapomniał, ale wiem doskonale, że taka jest często cena terapii.

Grubba przypomniał ostatni swój "poważny" występ przy pingpongowym stole z grudnia 2003 roku. - To była pokazówka w Sankt Petersburgu ze Szwedem Joergenem Perssonem. Chyba wtedy postanowiłem z tym skończyć, gdy stwierdziłem, że wiecznie nie można biegać w krótkich spodenkach - stwierdził. - Pokazówki mnie bawiły, ale nie chciałem być postrzegany jak ktoś, kto myśli tylko o przeszłości. Rakietki jednak nie wyrzuciłem. Dla zdrowia grałem i w pingponga, i w tenisa.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL