Reklama

Reklama

Był dumny gdy założył dres...

Uważam, że to dobrze, że tegoroczne igrzyska odbędą się w Pekinie. Nareszcie świat dowie się o tym, co dzieje się w Chinach. Niewielu zdaje sobie sprawę na jaką skalę łamane są tam prawa człowieka. Problemem może być jedynie smog, który cały czas unosi się nad miastem - stwierdził rekordzista świata w skoku w dal (8.95) Amerykanin Mike Powell.

Dwukrotny srebrny medalista olimpijski (1988, 1992) nigdy w najważniejszych dla sportowca zawodach nie pokonał swojego rodaka Carla Lewisa.

"Igrzyska rządzą się całkowicie innymi prawami, niż jakiekolwiek mityngi, czy mistrzostwa. Obojętnie ile już w sporcie osiągnąłeś, zawsze gdy pojawiasz się na stadionie olimpijskim myślisz sobie: "O mój Boże, naprawdę tu jestem" i serce wali ci jak szalone. Dlatego też często nie wygrywają faworyci. Nie każdy potrafi sobie poradzić z presją, która w danym momencie na nim ciąży" - powiedział PAP dwukrotny mistrz świata w skoku w dal (1991, 1993).

Reklama

"Gdy po raz pierwszy zostałem powołany w barwach USA do reprezentacji na igrzyska nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. To było coś wielkiego i zacząłem wierzyć w to, że teraz jestem w stanie pokonać każdego. Podobne uczucie towarzyszyło mi, gdy założyłem na siebie dres z napisem USA na piersi. Byłem tak dumny, że o mało się nie popłakałem" - wspomina w rozmowie z PAP 45-letni Amerykanin.

Mike Powell urodził się 10 listopada 1963 roku w Filadelfii. W 1991 roku w mistrzostwach świata poprawił 23-letni rekord świata w skoku w dal Boba Beamona o pięć centymetrów (8,95). Dwa lata później w Stuttgarcie zdobył po raz drugi złoty medal MŚ. W 1995 roku w Goeteborgu był trzeci. Dwukrotny srebrny medalista olimpijski (1988, 1992).

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL