Reklama

Reklama

Bramkarz Wisły: Nie było szans

- Zrobiłem w tym meczu wszystko, co mogłem. Nie miałem szans przy żadnym z goli - powiedział w rozmowie z INTERIA.PL bramkarz Wisły, Mariusz Pawełek. Golkiper Białej Gwiazdy nie ma wesołej miny po porażce 1:2 z Beitarem Jerozolima.

INTERIA.PL: Jakie wrażenia po kilkunastu godzinach od zakończenia meczu?

Mariusz Pawełek, bramkarz Wisły: - W pierwszej połowie mieliśmy sytuacje i strzeliliśmy gola. Po strzale Pawła Brożka piłka na pewno przekroczyła linię bramkową. Przekonałem się o tym dobitnie w hotelu, gdzie nie mogłem obejrzałem powtórkę meczu w telewizji. Ogólnie Beitar nie jest słaby. Utrzymuje się przy piłce, dobrze nią operuje. Widać, że piłka przy nodze im nie przeszkadza.

Nie będziemy się tłumaczyć tym, że piłka była inna od tej, jaką gramy na co dzień i tego typu gadkami. Fakty są takie, że do przerwy utrzymywaliśmy wynik, a później przez 10 minut drugiej połowy staraliśmy się utrzymywać przy piłce. Przełomową sytuacją była niepodyktowana "jedenastka" po faulu na Radku Sobolewskim. W telewizji obejrzałem, że faul był przed polem karnym. Sędzia nie gwizdnął, wywiązała się kłótnia, był chaos, po którym straciliśmy bramkę.

Reklama

Mogłeś zareagować lepiej? Miałeś piłkę w zasięgu?

- Zrobiłem wszystko, co mogłem. Piłka była szybka, leciała po ziemi, poszła mi po palcach. Strzał był mocny. Wydaje się, że na tyle, na ile mogłem, to zareagowałem.

Jak zareagowałeś na pełny stadion i żywiołowo zachowującą się publiczność? Sprawiałeś wrażenie zestresowanego...

- Nie było żadnego stresu. Czułem się dobrze.

To dlaczego dwa razy nie złapałeś piłek lecących na ciebie?

- Te piłki zachowują się inaczej niż te nasze. Bramkarz Beitaru, Kale, ma je na co dzień. My specjalnie pod ten mecz sprowadziliśmy dziewięć piłek tego typu, ale nawet te inaczej zachowywały się w locie.

Nie myślałeś, żeby odbijać te piłki, skoro raz okazały się takie trudne do złapania?

- Większość ludzi patrzy na to, czego się nie obroni. Dlaczego nikt nie zwraca uwagi na to, co obroniłem. A przecież z tych nie złapanych piłek nic nie wyniknęło, więc nie ma co tak tego roztrząsać. Nie straciliśmy wówczas goli, więc puszczam te sytuacje w niepamięć.

Dużo było zagrożenia pod bramką Wisły. Zawodziła twoja współpraca z defensywą i obrońców z pomocnikami...

- Tylko raz doszło do nieporozumienia między mną a Cleberem, a te sytuacje z końcówki meczu brały się z tego, że próbowaliśmy odrobić straty. Wiadomo, że gole strzelone na wyjeździe liczą się podwójnie, zatem zapędzaliśmy się do przodu i narażaliśmy się na kontry Beitaru. Zresztą my mieliśmy tyle samo sytuacji, co oni, tyle że byliśmy nieskuteczni, albo bramkarz bronił. Tak jak w sytuacji sam na sam z Andrzejem Niedzielanem. Brakowało też szczęścia, bo piłka tańczyła obok słupka bramki Beitaru. Ale jestem dobrej myśli przed rewanżem.

Uważasz, że uporacie się z Beitarem?

- U siebie, przed własną publicznością, przy lepszej skuteczności strzeleckiej poradzimy sobie i awansujemy do III rundy eliminacji do Ligi Mistrzów.

Notował w Tel-Awiwie Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL