Reklama

Reklama

Blaski i cienie Beenhakkera

Co sprawiło, że jeden człowiek z podupadającej polskiej piłki potrafi wykrzesać taką moc, która pozwala "Orłom" pokonywać rywali znajdujących się teoretycznie poza ich zasięgiem (Portugalia, Czechy)? Czy Leo Beenhakker to perfekcyjny szkoleniowiec i selekcjoner? A skoro tak, to dlaczego ma tak wielu przeciwników? I dlaczego kapryśni zazwyczaj polscy kibice chóralnie wołają: "Leo! Leo!"?

Beenhakker na pewno jest świetnym psychologiem i mówcą. Dzięki temu łatwiej trafia do głów często zakompleksionych i płochliwych polskich piłkarzy, ale nie tylko. Wypowiadanymi z pasją i często podniesionym głosem frazami najczęściej wygrywa szermierkę słowną z dziennikarzami na oficjalnych konferencjach czy podczas naprędce zaaranżowanych pogadanek.

Reklama

Jest też druga strona medalu: Leo wścieka się, gdy ktoś się ośmieli mieć inne zdanie lub zbyt bardzo docieka, dlaczego powołał zawodnika "x", a nie "y". Ale to przywara większości słynnych i doświadczonych trenerów. Takie wojny z dziennikarzami prowadzi np. we Włoszech Jose Mourinho, a w Anglii m.in. Alex Ferguson.

Zatrudnienie Holendra z imponującym szkoleniowym dorobkiem (praca w Realu Madryt, Ajaksie, Feyenoordzie) to nowość w polskim futbolu.

Jasna strona księżyca

Holender solidnie zabrał się do pracy z polskimi piłkarzami, choć początki miał wyjątkowo trudne. Najpierw postanowił sprawdzić zawodników, którzy do tej pory tworzyli trzon reprezentacji. Efekty były opłakane: porażka w towarzyskim meczu z Danią i ta - już bardziej dotkliwa - z Finlandią na inaugurację eliminacji do mistrzostw Europy.

Po tym spotkaniu Leo rozpoczął właściwą selekcję. Z kadrą na zawsze pożegnali się: lider drugiej linii - Mirosław Szymkowiak, bramkarz Jerzy Dudek oraz napastnik Tomasz Frankowski. Beenhakker zaczął układać reprezentację na swoją modłę. W zremisowanym spotkaniu z Serbią szansę dostał wyróżniający się wówczas napastnik ligi Radosław Matusiak. Spisał się znakomicie, bo zdobył gola, ale po tym spotkaniu nastroje wśród kibiców nie były najlepsze. Polacy rozegrali dwa mecze u siebie, a wywalczyli tylko jeden punkt. Perspektywa występów na stadionach Austrii i Szwajcarii wydawała się bardzo mglista.

Leo nie poddawał się. Trafiał do piłkarzy opowieściami o "jasnej stronie księżyca", podbudowywał ich wartość. Po "planowym" zwycięstwie 1:0 na wyjeździe z Kazachstanem nadszedł czas poważnej próby - mecz z Portugalią w Chorzowie. Przeciwnicy Leo, a takich nie brakowało od początku, zacierali ręce i zastanawiali się, kto zastąpi Holendra po spodziewanej porażce. Tymczasem Polacy rozegrali jedno z najlepszych spotkań w ostatnich latach i pokonali czwartą drużynę świata 2:1. Wszyscy zachwycali się odkryciami Leo, takimi jak Grzegorz Bronowicki, Paweł Golański czy Jakub Błaszczykowski. Gdy jeszcze na koniec roku biało-czerwoni wygrali w dobrym stylu z Belgią 1:0, Beenhakker mógł już liczyć tylko na uwielbienie tłumów.

Holender koił naszą narodową dumę opowieściami, że w Polsce nie brakuje piłkarskich talentów. Co więcej, sam zabrał się za ich odkrywanie. Andrzej Strejlau od wielu lat apelował o utworzenie kadry B. Leo nie apelował, tylko zabierał młodych zawodników z naszej ligi na zgrupowania i tam przysposabiał ich do gry w reprezentacji.

Wadą tego pomysłu było to, że grupa nieopierzonych piłkarzy rozgrywała swoje mecze pod szyldem pierwszej reprezentacji, choć mecze z młodzieżówkami Bośni czy Finlandii absolutnie nie zasługiwały na taką rangę. Była też ogromna zaleta - Holender dawał szanse piłkarzom pokroju Pazdana czy Gołosia, a dzięki temu do przeciętnego polskiego ligowca trafiło, że drzwi do kadry stoją otworem, trzeba tylko solidnie pracować na treningach.

Człowiek Roku

Rok 2007 potwierdził pozycję Beenhakkera, który po raz pierwszy w historii wprowadził naszą reprezentację do finałów mistrzostw Europy. Ten ogromny i niekwestionowany sukces przesłonił jednak wyraźnej rysy na wizerunku kadry. Przez cały rok reprezentacja nie zagrała ani razu tak dobrze, jak w meczu z Portugalią w Chorzowie; nawet w zremisowanym 2:2 meczu w Lizbonie.

Drużynie przytrafiały się takie wpadki, jak porażka 0:1 z Armenią. Po pieczętującym awans do Euro zwycięstwie 2:0 nad Belgią kraj ogarnęła euforia. Leo zbierał zewsząd pochwały i tytuł Człowieka Roku. Był nawet w stanie załatwić u prezydenta Lecha Kaczyńskiego szybką ścieżkę przyznania polskiego obywatelstwa Brazylijczykowi Rogerowi.

Początek 2008 roku dawał nadzieję, że Beenhakker nie powtórzy błędów Jerzego Engela sprzed mistrzostw w Korei Południowej i Pawła Janasa sprzed mistrzostw w Niemczech. Lutowe zwycięstwo 2:0 z Czechami rozpaliło optymizm kibiców. Tymczasem od tego spotkania zaczęły się same kłopoty.

Filary kadry, tacy zawodnicy jak Ebi Smolarek, Jacek Krzynówek czy Maciej Żurawski, stracili miejsce w składach swoich drużyn klubowych. Sygnał alarmowy, jakim była dotkliwa porażka 0:3 w towarzyskim meczu w z USA w Krakowie, nikogo nie otrzeźwił. Beenhakker nadal ufał zawodnikom, którzy wywalczyli awans, stracił zainteresowanie odświeżeniem kadry. Wierzył, że uda mu się odbudować formę rezerwowego w Wiśle Kraków Matusiaka, a nie dostrzegał, że w tej samej drużynie gra będący w życiowej formie Paweł Brożek.

Nie tylko wybór kadry na Euro nie był optymalny. Cień na historię Leo z reprezentacją Polski rzuciło kiepskie przygotowanie fizyczne piłkarzy do najważniejszej imprezy roku, ba - ostatnich lat!Zatrudniony przez Leo holenderski fizjolog Mike Lindemann pracował w ciemno. Przed rozpoczęciem przygotowań do mistrzostw Europy nie przeprowadził testów szybkościowych, nie zrobił tego również na koniec pracy. Według anonimowych opinii piłkarzy, nieco przesadził z obciążeniami treningowymi w ostatnim tygodniu przed turniejem.

- Po zgrupowaniu w Donaueschingen, zamiast złapać świeżość, zostaliśmy zajechani w Bad Waltersdorfie - żalili się zawodnicy. A Lindemann z uśmiechem na twarzy tłumaczył, że w całej kadrze mamy tylko "połowę geparda" (miało to obrazowo pokazać, że rzekomo brakuje nam urodzonych szybkościowców).

Klęska na Euro

Beenhaker na Euro miał konkretne zadanie - wyjść z grupy. Chorwaci i Niemcy okazali się jednak za silni. Z porażką z wyżej notowanymi w światowej piłce, mającymi lepszy potencjał zespołami można się pogodzić, ale ze stylem gry naszej reprezentacji już nie bardzo. Winę za remis z Austrią zwalono na arbitra Howarda Webba, który w ostatniej minucie podyktował wykorzystany przez rywali kontrowersyjny rzut karny. Wcześniej jednak, gdyby nie wspaniała forma Artura Boruca, mogło dojść do pogromu.

W ten sposób Beenhakker po raz kolejny nie poradził sobie jako trener podczas wielkiego turnieju. W 1990 roku na mistrzostwach świata we Włoszech, gdzie pojechał z ówczesnymi mistrzami Europy Holendrami, nie wygrał żadnego meczu, a Leo miał wówczas do dyspozycji tak znakomitych piłkarzy, jak Marco van Basten czy Ruud Gulit. Z drugiej jednak kadra była skonfliktowana - na wniosek zawodników zwolniono selekcjonera Thijsa Libregtsa, a Beenhakker objął zespół tuż przed mundialem). Leo nie udało się też odnieść zwycięstwa na MŚ w Niemczech, gdy prowadził Trynidad i Tobago, ale też dla takiej "potęgi" historycznym sukcesem był sam awans na MŚ.

Po Euro na Holendra spadło sporo słów krytyki. Uwielbiany kilka miesięcy wcześniej Holender stał się przedmiotem niewybrednych ataków. Wysuwano nawet tak absurdalne zarzuty, że z reprezentacji Polski stworzył "klub promocyjny" dla menedżera Jana de Zeeuwa. Na te i inne, także te słuszne, merytoryczne zarzuty Leo reagował nerwowo.

To, że polscy piłkarze zagrali słabo, widzieli wszyscy. Z drugiej jednak strony, nikt nie wymagał od trenera zwycięstw z Brazylią czy nawet z Niemcami. Na Euro nasza kadra miała pokazać się z dobrej strony w meczu ze słabą Austrią i rezerwami Chorwacji. Tylko tyle...

Przebłysk "Czechy" i czekanie na MŚ 2010

Po mistrzostwach Europy zanosiło się na to, że Beenhakker może pożegnać się z kadrą. Tak się jednak nie stało, gdyż jeszcze jesienią 2007 roku Listkiewicz podpisał z Holendrem nową umowę, obejmującą eliminacje do mistrzostw świata w 2010 roku.

Leo rozstał się natomiast ze swoimi polskimi współpracownikami: Adamem Nawałką, Bogusławem Kaczmarkiem i Dariuszem Dziekanowskim. O ile dwaj pierwsi cały czas zachowują lojalność wobec "Bossa", to Dziekanowski ujawnił kulisy konfliktów w sztabie szkoleniowym podczas Euro. Czarnym charakterem w opowieściach "Dziekana" stał się Frans de Hoek, nominalnie trener bramkarzy, a faktycznie pierwszy asystent Beenhakkera.

W gorącej atmosferze rozpoczęły się eliminacje do MŚ 2010. W towarzyskim meczu z Ukrainą we Lwowie doszło do skandalu, gdy Artur Boruc, Dariusz Dudka i Radosław Majewski nadużyli alkoholu. Atmosfery wokół kadry nie poprawił też remis w pierwszym eliminacyjnym meczu ze Słowenią oraz kiepska gra w wygranym spotkaniu w San Marino.

Sytuacja przed październikowym meczem z Czechami przypominała tę sprzed dwóch lat, gdy zbliżało się spotkanie z Portugalią. Niewielu wierzyło w sukces z mocnym rywalem, tymczasem Polacy zagrali świetny mecz, a jednym z jego bohaterów został Paweł Brożek.

Gdy wydawało się, że Holender jest na najlepszej drodze do tego, by zapewnić Polsce liderowanie w grupie, przyszło nieszczęsne osiem minut meczu ze Słowacją. Po koszmarnym błędzie Artura Boruca nasi południowi sąsiedzi wyszarpali nam trzy punkty i nasza sytuacja w grupie eliminacyjnej mocno się skomplikowała.

- Najważniejsze jest to, że ciągle sprawy spoczywają w naszych rękach. Awans zależy tylko od nas, a nie od ewentualnego potknięcia rywali. Owszem, gdybyśmy pokonali Słowaków, bylibyśmy jedną nogą w RPA, ale nie ma co rozpamiętywać tego meczu. Wyniku już się nie da zmienić - powiedział nam Leo.

Fani murem za nim

Wydaje się, że pozycję Beenhakkera osłabiły wyniki wyborów na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Nowy szef PZPN Grzegorz Lato wprawdzie publicznie deklaruje pełne poparcie dla Holendra, ale nie pozostawia też złudzeń co do oczekiwań: Polska ma awansować do finałów MŚ! Z kolei wiceprezes PZPN Antoni Piechniczek daje jasno do zrozumienia, że piłkarska centrala już myśli o Euro 2012, i że nowym trener reprezentacji będzie Polak.

Na razie Holender ma spokój do marca. Jeśli jednak w spotkaniach z Irlandią Północną i San Marino nie wywalczy kompletu punktów, wówczas ze strony PZPN może pójść atak, który pozbawi Beenhakkera posady.

Bez względu na to, jak i kiedy zakończy się historia Leo z reprezentacją Polski, kibicom nikt nie odbierze ogromu głównie pozytywnych wrażeń, jakie wiążą się z pracą Beenhakkera z "Orłami". Nic dziwnego, że na stadionach ciągle słychać rytmiczne: "Leo! Leo!".

Latający po piłkarskim świecie Holender pokazał, że Polacy potrafią grać w piłkę. Zrobił to, chociaż nie dysponuje wybitnymi piłkarzami, jakich mieliśmy za czasów Kazimierza Górskiego. Trenerskimi i psychologicznymi metodami - raz w mniejszym, raz w większym stopniu - udaje się Beenhakkerowi zasypywać przepaść, jaka w nakładach na szkolenie i infrastrukturę dzieli Polskę od zagranicy. Jedno jest pewne: wizerunek Leo ma zdecydowanie więcej blasków niż cieni.

Grzegorz Wojtowicz, Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Czechy | PZPN | mecze | porażka | awans | kadry | holender | beenhakker

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje