Reklama

Reklama

Bijatyka w meczu derbowym. Zawodnicy surowo ukarani

Mecze derbowe, niemal w każdej dyscyplinie sportu, niosą ze sobą spore emocje. Zawodnicy szczególnie się na nie mobilizują, a nierzadko na boisku pojawiają się nerwy. Tak było w derbowym starciu w Ekstralidze rugby, w którym mierzyły się drużyn Arki Gdynia i Lechii Gdańsk. W trakcie spotkania doszło do bójki, po której sędzia ukarał dwóch zawodników żółtymi kartkami. Jednak po spotkaniu na wszystkich uczestników nałożono bardzo surowe kary, z którymi jednak rugbyści się nie zgadzają. Mateusz Plichta z Arki Gdynia w rozmowie ze Sport.Interia.pl tłumaczy, dlaczego jego zdaniem gracze nie zostali potraktowani sprawiedliwie, a kara jest nieadekwatna do przewinienia.

- Na meczu derbowym w pewnym momencie doszło na boisku do przepychanki. Powiedzmy wprost, do bójki, która jednak bardzo szybko się zakończyła. Sędzia ukarał mnie i kolegę z Lechii żółtymi kartkami. Później normalnie sobie wszystko wyjaśniliśmy, nie było już więcej spięć, a po spotkaniu, jak nakazuje rugbowa tradycja "trzeciej połowy", usiedliśmy razem przy grillu, wypiliśmy po piwie i porozmawialiśmy. Nie było więcej żadnych złych emocji - opisuje całą sytuację Mateusz Plichta.

To jednak nie był koniec zamieszania związanego z derbowym meczem, ponieważ uczestnicy zajścia zostali bardzo surowo ukarani. - Zostaliśmy wezwani do Komisji Gier i Dyscypliny w celu złożenia wyjaśnień. Po tym komisja nałożyła na nas bardzo surowe kary. Aż sześciu zawodników Arki Gdynia i Lechii Gdańsk zdyskwalifikowanych zostało na 6 lub 7 tygodni. Naszym zdaniem są one nieadekwatne do przewinienia. Pamiętajmy, że rozjemcą na boisku jest sędzia i to on decyduje o tym, kto i jak powinien zostać ukarany. Pokazał nam po żółtej kartce. Gdyby pokazał czerwoną, można byłoby mówić o zawieszeniu. Kiedyś maksymalną karą były trzy mecze. My zostaliśmy ukarani dużo bardziej surowo, dotychczas coś takiego nie miało miejsca - dziwi się zawodnik Arki.

Reklama

Działacze tłumaczą, że takie kary wynikają przede wszystkim z tego, jak do takich spraw podchodzi się na świecie. To jednak, zdaniem Mateusza Plichty, nie może być przenoszone na polskie boiska jeden do jednego. - KGiD zasłania się przepisami Światowej Federacji Rugby, które są bardzo restrykcyjne. Tylko pamiętajmy, że dotyczą one rugby na najwyższym poziomie, w pełni zawodowym, gdzie zawodnicy zarabiają nieporównywalnie większe pieniądze. U nas grają pasjonaci, praktycznie nikt nie utrzymuje się z rugby, czasem dostajemy tylko na przysłowiowe paliwo. Zawieszenie na sześć tygodni, przy dziesięciozespołowej lidze to praktycznie jedna czwarta sezonu - tłumaczy rugbysta.

Sporo mówiło się o tym, że surowe kary dla rugbystów Arki i Lechii wynikają również z faktu, że mecz był transmitowany w telewizji hybrydowej oraz na stronie TVP Sport. Zdaniem Plichty, mogło to mieć wpływ i kara była w pewien sposób "pokazowa", chociaż nie wzięto pod uwagę również innych czynników, działających na korzyść zawodników. - Przewodniczący KGiD broni się też tym, że takie zachowanie jest niewychowawcze, bo dzieci nie powinny oglądać bójek. Zapomina jednak, że było to jedyne takie zdarzenie, a po meczu mogły też obejrzeć, jak okazujemy sobie szacunek, normalnie rozmawiamy i schodzimy razem z boiska. W rugby między drużynami Arki i Lechii nie ma nienawiści. To są nasi koledzy, z którymi normalnie się spotykamy. To małe środowisko. Tak samo sytuacja wygląda wśród kibiców, którzy siedzą razem na stadionie, nie ma mowy o strefach buforowych czy izolacji od siebie - wyjaśnia.

- My, zawodnicy biorący udział w tym zdarzeniu, jak najbardziej poczuwamy się do winy. Jednak wymiar kary na nas nałożonej na pewno nie jest adekwatny do występu - uważa Mateusz Plichta. Po odbyciu połowy nałożonej kary zawodnikom przysługuje możliwość odwołania i już teraz rugbysta Arki zapowiada, że zamierza z niej skorzystać. 


Dowiedz się więcej na temat: rugby

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy