Reklama

Reklama

Arsenal - Barca, czyli wojna klonów

Czy ze starcia dwóch stylów tak bliskich sobie, mogą posypać się iskry wprawiające w osłupienie piłkarską Europę? Muszą - dla Arsenalu i Barcelony kończy się dziś wieczorem czas pochlebstw, komplementów i klepania po plecach.

Miód lał się ostatnio szerokim strumieniem. Z obu stron. Arsene Wenger nazwał Pepa Guardiolę najlepszym trenerem świata, szkoleniowiec Barcy odpowiedział, że to czego dokonał jego dzisiejszy rywal było krokiem milowym nie tylko w historii Arsenalu, ale całego futbolu. Obaj podziwiali publicznie swoje osiągnięcia i wiedzę, ale też coś bardziej nieokreślonego jak poczucie piękna, smak, odciskające mocne piętno na sposobie uprawiania zawodu. Mogliśmy usłyszeć na każdym kroku, że nie ma w światowej piłce lepszego przykładu duchowych braci wśród trenerów.

Bliźniacze style

Reklama

Style Arsenalu i Barcelony także uznawane są za bliźniacze. Zdaniem Carlesa Rexacha, byłego piłkarza i trenera klubu z Katalonii, angielski rywal będąc absolutnym wyjątkiem w Premier League, gra mimo wszystko futbol bardziej bezpośredni od Barcelony. Obie strony traktują swój sposób gry, jako coś, od czego nie robi się odstępstw ani dla sukcesu, ani dla wygody. Drużyna Wengera nie dostosuje się dziś do obrońcy trofeum i być może świat doczeka w końcu tej niezwykłej sytuacji, że w statystyce czasu spędzonego przy piłce Katalończycy nie przekroczą 50 proc. To by mogło oznaczać, że Xavi przegra rywalizację o opanowanie środka pola z Fabregasem.

Nie jest pewne, czy zmagający się z kontuzją kolana rozgrywający Arsenalu wybiegnie w ogóle na boisko. Wenger ma o tym zdecydować podczas rozgrzewki. Ojciec Cesca jest jednak przekonany, że syn, mimo bólu, nie odmówi sobie przyjemności gry przeciw swoim byłym kumplom ze szkółki Barcelony. Kiedyś Fabregas wzorował się na Xavim, dziś rywalizuje z nim o miejsce w podstawowej jedenastce Hiszpanii na mundial w RPA (czasem grają obaj). Siłą Cesca, mimo 22 lat są wybitne statystyki - 15 goli i 15 asyst w tym sezonie Premier League. Pod tym względem nie może się z nim równać nawet najlepszy rozgrywający świata.

Podwójna rola Messiego

W centrum uwagi są też Samir Nasri i Andriej Arszawin (jeszcze jeden kibic Barcy w składzie Arsenalu). Francuz i Rosjanin są stworzeni do gry kombinacyjnej w takim samym stopniu jak Fabregas. Pep Guardiola nie może puścić do gry kontuzjowanego Andresa Iniesty, co z pewnością ograniczy liczbę wariantów ofensywnych Barcelony. W tej sytuacji podwójną rolę do zagrania będzie miał Lionel Messi - odpowiedzialny za konstruowanie akcji i zdobywanie goli. Wenger widzi w Argentyńczyku materiał na największego piłkarskiego artystę wszystkich czasów, ale nie ma zamiaru dawać mu opiekuna. Francuz może się jednak poważnie obawiać o Sola Campbella, który jeszcze raz musi zastąpić kontuzjowanego Williama Gallasa na środku obrony.

Klasyczni środkowi napastnicy Nicklas Bendtner i Zlatan Ibrahimović mają stoczyć bój na ziemi i w powietrzu. Z pozoru Szwed to piłkarz zdecydowanie bardziej wszechstronny, ale w tym roku przeżywa kryzys, który dopiero co zaczął przezwyciężać (golami w ligowych meczach z Saragossą i Mallorką). Arsenal to jednak całkiem inny poziom. Szwed twierdzi, że najsurowszym krytykiem Ibrahimovicia jest on sam, ale często zachowuje się na boisku jak rozkapryszona gwiazdka. Czy dziś na Emirates zechce być piłkarzem, który drużynie pomaga, czy szkodzi?

Ikona Arsenalu w Barcelonie

Być może Guardiola zdecyduje się wystawić ikonę Arsenalu Thierry'ego Henry - u Wengera zdobył cztery tytuły króla strzelców Premier League. Starzejąca się gwiazda najgorsze w tym sezonie ma ponoć za sobą. Trener Barcy wydaje się akceptować, że mistrz świata i Europy jest w stanie dać z siebie wszystko tylko w wybranych meczach. Lepszej okazji niż dziś, Francuz nie będzie miał już do końca kariery. Kiedy ostatnio z córką chciał dyskretnie obejrzeć mecz na Emirates, kibice owacją zmusili go do zejścia z trybun na środek boiska.

Zapatrzonym w linie ataku i pomocy dyrektor sportowy Barcy Txiki Begiristain przypomina, że nie da się wygrać Champions League bez perfekcji w grze obronnej. Obie drużyny stosują wysoki pressing, by odzyskać piłkę jak najszybciej. O ile to Arsenal jest w gronie ćwierćfinalistów drużyną, która najczęściej strzela (18 goli, 67 uderzeń na bramkę), o tyle Victor Valdes ma najlepsze statystyki wśród bramkarzy (w Champions League puszcza zaledwie 0,65 gola na mecz). Część jego zasług spada nie tylko na obrońców, ale na pomocników i napastników. W meczach wyjazdowych w Lidze Mistrzów Barcelona jest niepokonana od sierpnia 2008, kiedy przegrała z Wisłą w Krakowie.

Dla Manuela Almunii to też niezwykły wieczór. Po finale Ligi Mistrzów w 2006 roku wielu zarzucało mu, że zastępując ukaranego czerwona kartką Jensa Lehmanna zawalił oba gole dla Barcelony. Jeśli dodać do tego kiks w ostatnim meczu ligowym, przez który londyńczycy w doliczonym czasie stracili zwycięstwo, widać, że bramkarz Arsenalu ma powody do rehabilitacji.

Nastoletnie diamenty

Arsenal i Barca chcą być do siebie podobne nawet w wizji prowadzenia klubu. Wenger ma ambicje trenera, ale i wychowawcy. Sięga po nastoletnie diamenty, które zmienia w brylanty ucząc je utożsamiać się z Londynem. Tak było z 16-letnimi Fabregasem, Traore, Bendtnerem i Walcottem, za którego zapłacił jednak Southamptonowi aż 17 mln euro. Eboue, Ramsey, czy Wojciech Szczęsny trafili do Londynu mając lat siedemnaście, a Clichy, Song i Denilson byli od nich tylko rok starsi. Dopiero fundament opartej na młokosach drużyny uzupełniany jest transferami. Zakupy Katalończyków są droższe i bardziej spektakularne (Ibrahimović, Alves, Keita, Toure, czy Henry), ale podstawę drużyny stanowią wychowani w "La Masia" Xavi, Iniesta, Messi, Valdes, Pique, Busquets, Puyol, czy Pedro. Uczy się ich stylu Barcy wpajając, że to coś znacznie więcej niż tylko kopanie piłki. Nic dziwnego, że Fabregas wciąż wygląda na rozdartego między Londynem i Barceloną.

Wszystkie analogie kończą się jednak dziś o 20.45. Obrońca tytułu marzy o finale na stadionie Realu Madryt, do tego konieczne jest pobicie zespołu Wengera. Dla Arsenalu mecz z Barcą to niepowtarzalna okazja przezwyciężenia kompleksu rywali z najwyższej półki. W Premier League drużyna wciąż walczy o tytuł mistrza Anglii, ale wszystkie cztery mecze z Manchesterem i Chelsea przegrała z kretesem. To byłyby wielkie dni dla Wengera, gdyby jego chłopakom udało się ściągnąć bliźniakowi z Katalonii najcenniejszą z jego sześciu koron.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: henry | mecz | francuz | Arsene Wenger | Premier League | wojna | FC Barcelona

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje