Reklama

Reklama

Antoni Szymanowski: Legenda futbolu na aucie

Obrońca z Polski odgrywający w światowej piłce taką rolę, jak Dani Alves z Barcelony! Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale w latach 70. XX wieku mieliśmy kogoś takiego. Był nim Antoni Szymanowski.

Obrońca z Polski odgrywający w światowej piłce taką rolę, jak Dani Alves z Barcelony! Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale w latach 70. XX wieku mieliśmy kogoś takiego. Był nim Antoni Szymanowski.

W czasach, kiedy polska piłka nożna ma wielkie trudności z "wyprodukowaniem" zawodników prezentujących przyzwoity europejski poziom, warto przypomnieć historię naszego rodaka, który w latach 70. był gwiazdą światowego futbolu. Wielu ekspertów, w tym legendarny piłkarz i trener Ernst Happel, uważało go za najlepszego prawego obrońcę na kuli ziemskiej.

Tosiek kasował wszystko!

- Jeśli miałbym porównać siebie do któregoś z piłkarzy grających dzisiaj na prawej stronie obrony, to wybór padłby na Daniego Alvesa z FC Barcelona. Kiedy widzę, jak on zasuwa prawym skrzydłem, to od razu człowiek się uśmiecha. Cała ta Barcelona... Jak już ich oglądam, to naprawdę nie chcę oglądać nikogo innego! - mówi Antoni Szymanowski, dwukrotny medalista igrzysk olimpijskich (w 1972 i 1976 roku), zdobywca trzeciego miejsca mistrzostw świata w 1974 roku.

Reklama

Zapytany o Szymanowskiego, Andrzej Iwan, niegdyś znakomity napastnik Wisły Kraków, natychmiast z uznaniem przyznaje, że niewielu było w dziejach polskiego futbolu tak znakomitych piłkarzy: - Kiedy byłem młodym chłopakiem, chodziłem na mecze Wisły, żeby oglądać, jak Antek gra na obronie. On był jak mur! Absolutnie nie do przejścia. Oprócz tego dysponował znakomitą techniką, no i miał końskie zdrowie!

Kolega Szymanowskiego z drużyny Wisły i reprezentacji Polski, Kazimierz Kmiecik, dodaje: - Bodaj najlepszy mecz w kadrze Tosiek zagrał na Wembley, w historycznym spotkaniu z Anglią. "Kasował" na prawej stronie wszystko, a do tego wybił piłkę z linii bramkowej, kiedy Anglicy byli o krok od strzelenia nam gola.

Rozgoryczenie

Pan Antoni do dzisiaj zachował sylwetkę 20-latka. - Zapraszam do środka, siadajcie - mówi na powitanie, kiedy odwiedzamy go w domu. Wchodzimy do pokoju. Na kominku zdjęcie ślubne: gospodarz z żoną Wandą Werbiłowicz, byłą gimnastyczką Wisły. - Ślub z Wandzią wzięliśmy trzy lata po tym legendarnym meczu z Anglią - mówi uprzedzając nasze pytanie.

- Wembley to był niesamowity kocioł. Chyba ze sto tysięcy ludzi siedziało wtedy na trybunach. Zionęła od nich straszna nienawiść. Trzeba było być cholernie mocnym psychicznie, żeby nie dać się im złamać... - wspomina pan Antoni.

Taki był Antoni Szymanowski. Od zakończenia kariery nic się zresztą nie zmienił. Nie ma łatwego charakteru. Nie idzie na kompromis, nie uznaje układów, a to, co myśli, wali prosto w twarz. Takie postępowanie nie przysparza mu przyjaciół, a wręcz przeciwnie - od półtora roku jest bez pracy.

- Jestem z wykształcenia nauczycielem i trenerem. Akurat na tym etapie mojego życia nie mam pracy. Nie mogę jednak narzekać na brak dochodów, gdyż otrzymuję świadczenie olimpijskie za zdobyty medal olimpijski - opowiada.

Nie ma dla niego pracy w Wiśle

Gdy odszedł 1978 roku do Gwardii, dopiero po 21 latach znalazło się dla niego zatrudnienie w Wiśle. Do powrotu na Reymonta zachęcił go ... Franciszek Smuda, ówczesny trener "Białej Gwiazdy". - Franek chciał się otoczyć byłymi wiślakami. Spotkaliśmy się na sparingu i zaproponował mi pracę w pionie młodzieżowym - wspomina sytuację z 1999 roku.

W owym czasie właściciel Wisły Bogusław Cupiał rozkręcił karuzelę trenerskich zmian do tempa, jakie dopiero współcześnie pobija w Polonii Warszawa Józef Wojciechowski. Odszedł Smuda, pojawia się Jerzy Kowalik, po nim wraca Wojciech Łazarek, ale nie na długo. Szybko zastępuje go Adam Nawałka, następnie w gabinecie trenera zajmuje miejsce Orest Lenczyk, po którym znowu następuje Nawałka, a że powrotów nigdy dosyć, to drugą szansę przy Reymonta dostaje Smuda. Zmiana goni zmianę, przewija się paleta nazwisk. Antoni Szymanowski ani razu nie dostaje jednak szansy pracy w sztabie pierwszego zespołu. Gdy okazało się, że jego młodszy kolega z boiska Nawałka również nie zaproponował mu współpracy, decyduje się odejść z Reymonta.

W marcu 2002 roku w Wiśle nastaje era Henryka Kasperczaka, przyjaciela Szymanowskiego z Orłów Górskiego.

Kasperczak przekonał prezesa Cupiała do powierzenia panu Antoniemu drużyny rezerw. Wisłę II nasz bohater objął w IV lidze, by już po roku pracy awansować z zespołem do III ligi.

Do pracy przy Reymonta Szymanowski przyszedł trzy miesiące po Kasperczaku, ale został wyrzucony razem z nim. Nie, nie dlatego, że zawalił czy przegrał jakąś ważną batalię. Po prostu z tego powodu, że u właściciela klubu na cenzurowanym znalazł się jego przyjaciel - Kasperczak.

Od tego czasu Szymanowski pozostaje poza Wisłą, choć znajdują, bądź znajdowali w niej miejsce jego koledzy z drużyny. Oprócz wspomnianego Nawałki, byli Marek Kusto i Iwana, a nadal pracują Zdzisław Kapka (piastował funkcje od wiceprezesa, przez menedżera, po skauta), Kazimierz Kmiecik (trener juniorów) czy Adam Musiał (szef ochrony obiektu).

Wybrany przez kibiców

Docenienie tradycji "Białej Gwiazdy" i jej największych herosów to jedna z idei prezesa Wisły Bogdana Basałaja, który od czerwca 2010 roku ponownie sprawuje rządy przy Reymonta. Na nowym stadionie ma powstać klubowe muzeum, a na trybunie honorowej zarezerwowano miejsce dla wszystkich wielkich byłych piłkarzy tego klubu. W tym dla Antoniego Szymanowskiego, który nie przyjął jednak zaproszenia, choć zadzwonił do niego sam prezes Basałaj. Dlaczego?

Kiedy pytamy go o tę sprawę, spuszcza wzrok: - Wbrew temu, co niektórzy twierdzą, ja się Wisły nie wstydzę. Wróciłbym nawet do niej w każdej chwili, ale mnie tam już chyba nie chcą. Poza tym wielu nieporozumień i niedomówień nie da się załatwić jednym telefonem - uważa.

Gala bez sportowca stulecia

Konflikt Szymanowskiego z Wisłą to dosyć niecodzienna i dziwaczna sytuacja. Starsi kibice wciąż pamiętają, że Szymanowski to kawał historii polskiego futbolu. Przez fanów Wisły został wybrany najlepszym sportowcem stulecia TS Wisła!

Na gali stulecia TS Wisła pan Antoni się jednak nie pojawił i nagrody nie odebrał. Jego brak był małym skandalem towarzyskim. To trochę tak, jakby pan młody uciekł z kobierca tuż przed ślubem. Szymanowski długo nie chciał mówić, dlaczego nie przyjął zaproszenia.

Teraz odkrywa karty: - To był mój cichy protest przeciwko pomiataniu ludźmi w Wiśle. Ludwik Miętta namawiał mnie do przyjścia i próbował nawet pouczać, że jak nie pojawię się na gali, to pożałuję. A ja go zapytałem: "Ludwik, gdzie ty byłeś, gdy mnie zwalniali w 2004 roku? Kasperczaka zwolniono, bo był pierwszym trenerem i skończył się jego czas. Ale co w tej sytuacji ja byłem winien? Nie przyjdę, by pokazać, że nie można tak ludźmi pomiatać! Ja pracowałem uczciwie, do mnie żadnych korupcyjnych, alkoholowych czy jakichkolwiek zarzutów nie było".

Od tej pory, przy każdej okazji prezes Miętta okazuje mu niechęć. Pan Antoni czuje się, jakby go traktował, jak powietrze.

- To kibice i dziennikarze wybrali mnie sportowcem stulecia. Na pewno nie uczynił tego pan prezes Miętta, który boczy się na mnie cały czas i udaje, że mnie nie zna - podkreśla Antoni Szymanowski.

Szymanowski nie ukrywa, że rozstanie z Wisłą tkwi w nim jak zadra. - W tym wszystkim jest dystans i nikt nie szuka prawdy. A szkoda, bo przecież swoje doświadczenie i umiejętności chętnie bym przekazał młodszym pokoleniom piłkarzy. Cóż, nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą - rozkłada ręce.

Medale oddam Wiśle

Najlepszy obrońca MŚ 1974 r. ma świadomość, że dzisiaj w piłce rządzą inne wartości, ale brakuje mu tego, co spajało drużyny w jego czasach.

- Dzisiaj zawodnik przychodzi, podpisuje kontrakt na dwa lata i on się nie utożsamia z klubem. To nie to samo, co dawniej. Moje pokolenie, chyba jako ostatnie, było przywiązane do barw i trzeba to umieć uszanować - tłumaczy.

W dobie, gdy wyjściową jedenastkę "Białej Gwiazdy" zdominowali obcokrajowcy, a wychowanków nie ma już w niej wcale, pan Antoni wychodzi z inicjatywą darmowego przekazania klubowi swych najcenniejszych trofeów sportowych, czyli medali olimpijskich i mistrzostw świata.

- Rozmawiałem już z rodziną na temat tego pomysłu. Naprawdę jestem gotów oddać medale do klubowego muzeum albo przeznaczyć je na aukcję charytatywną. Nie chcę za to żadnych pieniędzy. Ja przecież nie zdobywałem ich dla siebie, tylko dla Polski, dla kibiców - uzasadnia.

Widocznie Grzesiu jest bardzo zajęty...

Szymanowski zawiódł się na przyjacielu z Orłów Górskiego, Grzegorzu Lacie. Po tym, co mówi, powinniśmy chyba nawet napisać: Panu Prezesie Lacie. Spodziewał się, że Lato odnowi, zreformuje polską piłkę, tymczasem po dwóch latach jego rządów ciągle głośno o "leśnych dziadkach", korupcji, fatalnym szkoleniu młodzieży.

Pan Antoni opowiada o ostatnim spotkaniu z prezesem, do którego doszło podczas 90-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej latem 2010 roku.

- Myślałem, że będzie okazja do rozmowy, ale się rozczarowałem. Widocznie Grzesiu jest bardzo zajęty, bo gdy widzieliśmy się wtedy w Krakowie, to nie miał czasu zamienić ze mną nawet słowa. Podał mi jedynie rękę i przez kilka sekund popatrzył tępym wzrokiem na mnie - opowiada.

Ostatnio Szymanowskiego zdziwiła sytuacja, w której Jacek Gmoch próbował przypisać sobie zasługi trenera Kazimierza Górskiego.

- Jacek jest już w takim wieku, że nie powinien pomnażać wrogów, a wręcz przeciwnie - powinien szukać się z nimi porozumieć. To już nawet trochę śmiesznie wygląda, jak on stara się ciągle pokazać, jaki był ważny, i jątrzy rany z dawnych lat. Jego wypowiedzi, podobnie jak nieustanna krytyka wszystkiego ze strony Janka Tomaszewskiego, do niczego dobrego nie prowadzą. Przez nich młodsze pokolenie zaczyna postrzegać Orły Górskiego jako bandę wściekających się na życie leśnych dziadków - komentuje Szymanowski.

Zawracanie kijem Wisły

- Mam już swoje lata i zanim zamknę oczy chciałbym, żeby osoby na najwyższych stołkach w Wiśle wyjaśniły mi, z czego wynika ta niechęć do mnie. Chcę po prostu prawdy. Łatwo jest komuś przypiąć łatkę wariata, ale co ja takiego zrobiłem, że teraz Szymanowskiego trzyma się z dala od klubu? No co? - pyta pan Antoni.

Antoni Szymanowski podkreśla, że w czasach PRL-u sportowcy nie mieli lekkiego życia i takich możliwości rozwoju, jakie mają współcześni piłkarze. - Żyliśmy w bardzo trudnych czasach. Nie wszyscy byli uczciwi w stosunku do kolegów. Donoszono tam, gdzie nie trzeba. Chciałbym się dowiedzieć, kto nas oczerniał. Na razie jeden z moich kolegów przyznał się oficjalnie do współpracy, a potem mówił, że nikomu nie szkodził - opowiada.

Jego kariera przypadła na trudny okres w dziejach Polski. - To były czasy bezpieki i milicji. Z dnia na dzień potrafiono z uczciwego człowieka zrobić wroga publicznego - opowiada pan Antoni.

Ostatnio kanał Discovery Historia nakręcił film, który przedstawia historię "Białej Gwiazdy". Niejednego fana Wisły zdziwił fakt, że nie ma w nim wzmianki o Szymanowskim! - Kiedy obejrzałem ten film, zapytałem sam siebie, o co w tym wszystkim chodzi? Pada tam wiele nazwisk, ale moje, przez przypadek, ani razu! Taki sposób przedstawiania historii klubu, to zawracanie kijem Wisły - mówi Szymanowski.

Transfer do Gwardii

Z władzą ludową nigdy nie było mu po drodze. Trochę z powodu charakteru, a trochę dlatego, że nieprzychylne Szymanowskiemu teksty w gazetach dyktowali działacze Wisły, która w tamtych czasach była klubem milicyjnym.

Po MŚ w 1978 roku Szymanowski był już po słowie z Legią Warszawa. Z uwagi na konflikt z ówczesnym trenerem Wisły Orestem Lenczykiem, chciał zmienić klub. W ostatniej chwili Legia się jednak wycofała. Dlatego wybrał ofertę warszawskiej Gwardii. Wokół tego transferu w krakowskich mediach wybuchł skandal, bo również do Gwardii ciągnęło Andrzeja Iwana.

Szymanowski był oskarżany o to, że ucieka z Wisły i na siłę ciągnie za sobą młodszego o osiem lat Iwana. Ostatecznie do Gwardii trafił tylko Szymanowski.

- Plan z tym transferem był jasny. Ja w Warszawie miałem dostać mieszkanie, a Antek zgodę na transfer zagraniczny. Wszystko zapowiadało się dobrze, aż do momentu, kiedy Wisła zdobyła się na fortel. Kiedy już obaj byliśmy gotowi do odejścia, działacze Wisły przysłali do mnie mojego wychowawcę i trenera, by namówił mnie do pozostania. Ja byłem jednak młodym chłopakiem, złamałem się i zostałem. Antek odszedł do Gwardii i potem rzeczywiście za granicę - do FC Brugge. Myślę, że do dziś jest mu trochę przykro z tego powodu, że po niego nikt nie przyszedł, nikt nie chciał go namówić na pozostanie... - opowiada o tej sytuacji Andrzej Iwan.

Szymanowski mówi jednak o transferze do Gwardii bez żalu. Przedstawia wersję zdarzeń:

- Zdecydowałem się odejść z Wisły, bo nie potrafiłem się dogadać z trenerem Orestem Lenczykiem. Często piłkarze zmawiają się przeciw trenerom, żeby przegrać kilka meczów i zwolnić szkoleniowca. Ja w takie bzdety nie zamierzałem się bawić i po prostu odszedłem - opisuje. - Miałem dograć w Gwardii trzy lata, by osiągnąć wiek 30 lat, który wówczas umożliwiał wyjazd za granicę. Andrzeja nie agitowałem, zresztą sam zdecydował się wrócić do Krakowa. Ja pakowałem jego rzeczy, które pozostawił w Warszawie.

Będziesz tego żałował!

Ostatnie spotkanie z ówczesnym prezesem Zbigniewem Jabłońskim, do jakiego doszło w siedzibie Komendy Wojewódzkiej MO na Placu Szczepański, pan Antoni ma świeżo w pamięci. "Do końca życia będziesz tego odejścia żałował" - usłyszał na odchodnym od prezesa Jabłońskiego. Te słowa do dzisiaj traktuje jak swego rodzaju klątwę rzuconą na niego.

- Po tej aferze wokół transferu moje nazwisko nigdy już nie odzyskało tej siły, jaką miało w latach 70. A przecież potem było jeszcze wielu piłkarzy, którzy zrobili dla Wisły bez porównania mniej, a odchodzili bez takich antagonizmów i byli żegnani z honorami - porównuje Szymanowski.

- Takie były czasy. Głowy spadały w jednym momencie, idealnego człowieka się oczerniało. Cóż mi można było zarzucić? Nie piłem, nie awanturowałem się, nie powodowałem wypadków. Można powiedzieć, że byłem wzorem - wspomina.

Życie go nie rozpieszczało. Wywodził się z wielodzietnej rodziny. Szybko nabrał szacunku do pracy, pieniądza i raz danego słowa.

- Antek to był profesjonalista w każdym calu. Cieszył się w szatni wielką estymą, nie musiał podnosić głosu, żeby każdy uważnie go słuchał - wspomina Kazimierz Kmiecik.

- Nawet jeśli drużyna była czasem dosyć rozrywkowa, to jednak każdy znał swoje miejsce w szeregu i Antka darzył ogromnym szacunkiem - dodaje Andrzej Iwan.

Niemoralna propozycja

Szymanowski chodził własnymi ścieżkami, dawał z siebie wszystko i - jak sam mówi - nigdy nie oszukał kibiców.

W 1970 roku na sezon przeszedł do Gwardii Warszawa, by odrobić służbę wojskową. Kiedy wrócił do "Białej Gwiazdy", warszawianie złożyli mu ... niemoralną propozycję.

- Powiem wam taką historię: wiele lat temu na Wisłę przyjechała Gwardia Warszawa, która walczyła o utrzymanie w lidze. Działacze Gwardii wzięli mnie na stronę i zaproponowali, że zapłacą, jeśli sprzedam mecz. Jak to usłyszałem, to grzecznie wyszedłem i powiedziałem, żeby sobie rozmawiali z kimś innym, bo ja nie będę swoim nazwiskiem firmował przekrętu - mówi pan Antek i widać, że przeżywa całą sytuację tak, jakby to było wczoraj.

- Ale to jeszcze nic! Najgorsze było to, że już w trakcie meczu napastnik Gwardii Mirek Polakow założył mi siatkę i pognał na naszą bramkę! Na szczęście trafił w słupek. Takie rzeczy się nie zdarzały, żeby ktoś siatki Szymanowskiemu zakładał... Potem grałem już bez zarzutu, bo przecież jakbyśmy przegrali po takiej akcji, to zaraz by mi łatkę przypięli, że mecz sprzedałem... A ja byłem naprawdę krystalicznie czystym człowiekiem - wspomina Szymanowski.

Pieniądze to nie wszystko

W czasach gry w Wiśle bywało, że pracował na czterech etatach: - Jednocześnie byłem piłkarzem w Wiśle, milicjantem, górnikiem w Bieruniu Starym i hutnikiem w Hucie Skawina - opowiada o dziwactwach minionej epoki.

Wystarczyło na godne życie, ale za wiele nie udało się odłożyć. Większość pieniędzy zarobionych na piłkarskich boiskach w Polsce przeznaczył na kupno i wykończenie domu w Krakowie. To, co zarobił grając w FC Brugge, powierzył ludziom, którzy mieli pomnażać jego kapitał. Tak pomnożyli, że wszystko stracił. - Wydeptałem ścieżkę, drepcąc wtedy po domu i rozważając to, co się stało - wspomina.

Nie chce tego roztrząsać, pogodził się z tym i przebaczył ludziom, którzy go oszukali. Wygrał sprawy sądowe, winowajcom jednak przebaczył i dzięki temu nikt nie powędrował za kratki.

Pieniądze nie są dla niego najważniejsze. Kiedy pytamy, czy po stracie wszystkich oszczędności nie chciał targnąć się na życie, podobnie jak planował dzisiejszy selekcjoner Franciszek Smuda, który stracił wszystko, co miał, w USA, Szymanowski tylko kręci głową i się uśmiecha:

- Pieniądze to nie wszystko. O, to jest ważne - wskazuje na zdjęcia dzieci i rodziny ustawione są na kominku. - Ja nie potrzebuję dużo, żyję skromnie. W latach 90., po powrocie z Belgii, pracowałem nawet krótko w szkole, jako nauczyciel wuefu. O tutaj, niedaleko - pokazuje za okno.

Wiślak z krwi i kości...

Jak dowodzi przykład pana Antoniego, rany z dawnych lat czasami goją się jednak bardzo długo. I o ile Gmoch, przypisując sobie zasługi Kazimierza Górskiego, sławy sobie nie przysporzył, o tyle Szymanowski nigdy nie chwalił się cudzymi dokonaniami.

Może gdyby głośniej upominał się o swoje, byłby dzisiaj znany dużo szerszej publiczności? Trudno zrozumieć, jak to możliwe, że jeden z największych polskich piłkarzy w dziejach jest dzisiaj daleko poza nawiasem piłkarskiego świata i nie pojawia się nawet na meczach klubu, w którym przeżył złote lata.

Bywało, że na własnym stadionie był traktowany jak intruz. Z trybuny honorowej przeganiano go wielokrotnie. Świeżo w pamięci został mu przypadek, gdy na stadionie zrobiło się ciasno nawet na dobudowanej dla rodzin piłkarzy i pracowników trybunie ulokowanej za ławkami rezerwowych. Miało to miejsce z okazji wizyty w Krakowie Galacitcos - Realu Madryt.

- Kiedy okazało się, że moje stałe miejsce zajmie ktoś inny, a ja mam powędrować na jakąś trybunę C, podziękowałem i obejrzałem mecz w telewizji - kręci głową pan Antoni.

Podobny zawód spotkał brata pana Antoniego - Henryka. - W rundzie jesiennej obecnego sezonu zaprosili go na mecz, na trybunę honorową, ale na bramie mu powiedzieli: "Nie ma pana na liście". Kilkanaście minut próbowano sprawdzić, czy nie doszło do nieporozumienia. Heniu się jednak nie doczekał. Wrócił do domu i więcej już na Wisłę nie przyszedł. Za dużo tych przypadków z przesadzaniem, bądź wyrzucaniem ze stadionu Szymanowskich - uważa pan Antoni.

- Chciałbym kiedyś te wszystkie sprawy wyprostować. Ja jestem wiślakiem z krwi i kości, mój brat grał w Wiśle, moja żona była gimnastyczką tego klubu... Czasem patrzę na ten piękny stadion, wspaniałych kibiców, na murawę, i myślę wtedy, że ta trawa rosła od mojego potu z czoła. Odkąd skończyłem grać, wiele razy już ją jednak wymieniono i nie wiem, czy to wszystko wciąż jest jeszcze dla kogoś ważne... - kończy Antoni Szymanowski.

* * *

Antoni Szymanowski

Urodzony 13 stycznia 1951 w Tomaszowie Mazowieckim. Piłkarz grający na pozycji obrońcy, reprezentant Polski, brązowy medalista mistrzostw świata, złoty i srebrny medalista olimpijski. Po zakończeniu kariery jest trenerem.

Kluby w karierze:

1968/69 - 1970/71 Wisła Kraków

1970/71 - 1971/72 Gwardia Warszawa

1971/1972 - 1977/78 Wisła Kraków

1978/79 - 1980/81 Gwardia Warszawa

1981/82 - 1983/84 Club Brugge (Belgia)

Sukcesy:

- Złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium 1972 r.

- Srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w Montrealu 1976 r.

- Trzecie miejsce na mistrzostwach świata w RFN 1974 r.

- Udział w mistrzostwach świata w Argentynie 1978 r. (miejsca 5-8)

- Zdobywca "Złotych Butów" w 1975 r.

- Członek klubu wybitnego reprezentanta Polski (83 mecze/1 bramka)

- Mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków w 1978 r.

Czytaj inne teksty Bartka i dyskutuj z nim na blogu - Kliknij!

Reklama

Reklama

Reklama