Reklama

Reklama

Ammann: Nie skupiam się na przeciwnikach

Dwukrotny mistrz olimpijski w skokach narciarskich i lider klasyfikacji Pucharu Świata Szwajcar Simon Ammann jest pełen optymizmu przed sobotnim konkursem na obiekcie K-95 w Whistler, ale nie traktuje tej rywalizacji w kategoriach pojedynku z Austriakami.

"Jestem zadowolony z mojej obecnej sytuacji: jestem liderem Pucharu Świata, skupiam na sobie uwagę, wiem także, że mam możliwości, żeby na igrzyskach czegoś dokonać" - powiedział szwajcarski skoczek, który był autorem wielkiej sensacji w 2002 roku, w Salt Lake City, zdobywając dwa złote medale, choć wcześniej nie odniósł zwycięstwa w żadnej imprezie dużej rangi.

"Często myślę o Salt Lake City. Cały czas mam wrażenie, że to były magiczne chwile" - dodał Ammann, noszący w środowisku przydomek "Harry Potter" z racji swego młodzieńczego wyglądu i ulubionych okrągłych okularów.

Reklama

"Przyjechałem tu pełen optymizmu i wiary w siebie, bowiem styczeń był dla mnie bardzo udany. Mam wiele dobrych doświadczeń z igrzysk olimpijskich i nadzieję, że uda się to wszystko pozytywnie połączyć w dniu konkursu" - powiedział Ammann dwa dni przed olimpijskim startem.

W obecnym cyklu Pucharu Świata Ammann toczy emocjonującą rywalizację z młodym Austriakiem Gregorem Schlierenzauerem, zdobywcą Kryształowej Kuli sprzed roku. "Ale uwaga, wszystko rozpoczyna się od zera. - wyjaśnił. - To nie jest mój pojedynek z Austriakami czy głównie z Schlierenzauerem. Każdy rywal może mieć swój dzień, choćby Thomas Morgenstern czy Fin Janne Ahonen. Nie skupiam się na przeciwnikach. Najważniejsze jest, by być zupełnie spokojnym i zrelaksowanym w momencie skoku".

"Sytuacja w skokach narciarskich zmienia się bardzo szybko" - przypomina "Simi", który po dublecie w Salt Lake City zajął zaledwie 38. miejsce w konkursie na skoczni średniej i 15. na dużym obiekcie w Turynie cztery lata później.

W Vancouver 28-letni Szwajcar po raz czwarty i prawdopodobnie ostatni wystąpi w olimpijskiej rywalizacji: "Wiem, że będę startował do mistrzostw świata 2011, co będzie potem - zobaczymy" - wyjaśnił.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL