Reklama

Reklama

Ammann i Małysz: Ameryka lubi tych aktorów

Simon Ammann i Adam Małysz - Ameryka Północna lubi tych samych aktorów. Dokładnie osiem lat temu w Salt Lake City, a 13 lutego w Whistler polscy kibice płakali ze szczęścia. Srebrny medal olimpijski Orła z Wisły został w sobotę przyjęty entuzjastycznie.

"Polska biało-czerwoni" zaintonował tuż po lądowaniu na 105. metrze Małysza prezes PKOl Piotr Nurowski. Wraz z nim, machając jednocześnie flagą w narodowych barwach, śpiewał m.in. minister sportu i turystyki Adam Giersz, szef polskiej misji w Vancouver Kazimierz Kowalczyk i siedmiokrotna medalistka olimpijska Irena Szewińska.

Reklama

"To wielki sukces. Jechaliśmy do Whistler z cichą nadzieją, że uda się zdobyć medal. Najlepsi zawodnicy potwierdzili wysokie dyspozycje, ale najbardziej cieszy srebro Adama. To wielki moment dla polskiego sportu i ogromna dla mnie radość, że znowu mogę być świadkiem tak wielkiego wydarzenia" - skomentował w rozmowie Giersz.

Przyznał, że od samego początku był bardzo zdenerwowany. "Do końca nie było wiadomo, czy się uda. Wielkie emocje" - ocenił.

Kiedy zaczął wierzyć w medal Małysza? "Po konkursach Pucharu Świata w Zakopanem (22 i 23 stycznia - PAP) - odpowiedział minister. - Widać było, że forma jest wznosząca, a jej apogeum przyszło w odpowiednim momencie".

Whistler wymarło już na długo przed konkursem. Pusto było na ulicach, niewiele otwartych sklepów i tylko wolontariusze pełnili swe obowiązki. Dziennikarze zmierzali do autobusów jadących w kierunku Olympic Park.

"Wszyscy skupiają się na zawodach. Kogo teraz interesuje co innego. Sama chętnie też bym znalazła się pod obiektem, ale zgłosiłam się, by pomagać i tego nie żałuję" - powiedziała PAP jedna z wolontariuszek przy centrum prasowym. Konkurs śledziła na jednym z wielu telewizorów ustawionych w dwóch pomieszczeniach, gdzie relacje piszą dziennikarze.

"Oczywiście to nie to samo, ale co mam zrobić? Dla mnie nagrodą jest już to, że mogę tu być i mam nadzieję, że uda mi się chociaż raz na żywo, przynajmniej z trybun obserwować zawodników" - dodała.

Droga z Whistler do Olympic Park zajmuje ponad godzinę. Im bliżej, tym więcej było samochodów na ulicach i ludzi ubranych w narodowe barwy. Na obiekcie roiło się od biało-czerwonych barw. Nie tylko jednak za sprawą Polaków, ale także Austriaków, Szwajcarów i przede wszystkim Kanadyjczyków.

W autobusach królował jeden temat - kto stanie na olimpijskim podium. Nazwisko Adama Małysza padało co chwila. Nawet Austriacy mówili, że Gregor Schlierenzauer ma jeszcze czas.

"On jest młody. Całą karierę ma przed sobą. Niech da jeszcze +pokrólować+ innym. Oczywiście to jest sport i powinien wygrywać najlepszy, ale sentyment pozostaje jednak przy tych starszych zawodnikach, dla których mogą być to ostatnie igrzyska" - powiedział PAP dziennikarz austriackiej telewizji.

Napięcie rosło z minuty na minutę. Na trybunach atmosfera znacznie odbiegała od olimpijskiej. Krzyki oraz oklaski pojawiały się jedynie wtedy, gdy na belce siadał Małysz. Potem ożywiali się też Szwajcarzy oraz Austriacy, ale znacznie mniej entuzjastycznie.

Łomża, Toruń, Poznań, Płock, Boston, Calgary... Kibice zjechali się z całego świata. I nie mieli czego żałować.

"Liczyliśmy wprawdzie na złoto, ale to srebro podobnie smakuje. Warto było przyjechać i wierzymy w to, że za tydzień Adaś stanie na najwyższym stopniu podium" - powiedziała Katarzyna z Montrealu.

Z Whistler Marta Pietrewiz

CZYTAJ TAKŻE:

Adam Małysz zdobył srebrny medal w Vancouver!

Dowiedz się więcej na temat: lubić | kibice | biało | Adam Małysz | Vancouver | whistler | medal | Ameryka | ammann

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje