Reklama

Reklama

Adrian Zieliński po latach od wpadki dopingowej wciąż ma spokojne sumienie

To była sprawa, którą żyła cała sportowa Polska. Nasz ciężarowiec Adrian Zieliński, mistrz olimpijski z Londynu z 2012 roku, miał bronić najważniejszego lauru na igrzyskach w Rio de Janeiro. Jednak zamiast sportowej wrzawy rozpętała się gigantyczna burza, bo nasz gwiazdor, razem z bratem Tomaszem, wpadli na dopingu. Po latach mistrz świata i Europy wciąż jest zdania, że w całej sprawie ma czyste sumienie.

Sprawa gruchnęła już na miejscu, w Brazylii. Najpierw media obiegła informacja, że na dopingu wpadł Tomasz Zieliński. Brata w obronę wziął Adrian Zieliński, nie wierząc w to, co się stało, ale sam szybko stracił poważanie.

Reklama

Niedługo później okazało się, że zakazany nandrolon został wykryty także we krwi starszego o rok Adriana. Afera była ogromnym ciosem dla polskiej reprezentacji oraz całej misji olimpijskiej. Już zaraz po oficjalnym potwierdzeniu pozytywnego wyniku badania u Tomasza do dymisji podał się Szymon Kołecki, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

Kara dla braci brzmiała jak wyrok: cztery lata dyskwalifikacji!

Zielińscy utrzymywali, że po zakazaną substancję nie sięgnęli z premedytacją. Wskazywali, że wszystkiemu winna była zanieczyszczona odżywka, ale nie zdołali uniknąć sankcji.

Dziś Adrian Zieliński jest radnym Mroczy, niewielkiego miasteczka w województwie kujawsko-pomorskim, liczącego ok. 4,5 tysiąca mieszkańców, w którym się wychował, i które sukcesami na pomoście rozsławił na cały świat.

Do naszego mistrz olimpijskiego, świata i Europy dotarł "Przegląd Sportowy". Z relacji gazety dowiadujemy się, że Zieliński postanowił oddzielić to, co się stało, grubą kreską. Niechętnie też wraca do przykrych wydarzeń, ale wyraźnie daje do zrozumienia, że ma czyste sumienie. Z prostego powodu.

- Zaakceptowałem to, co się stało, nauczyłem się z tym żyć. Pomogło mi badanie wariografem. Tam potwierdziło się, że świadomie nie wziąłem żadnego dopingu. Nie zmieniło to decyzji dotyczącej dyskwalifikacji, ale wariograf pokazał wszystkim, że mam czyste sumienie. Dlatego śpię spokojnie - powiedział.

Nasz multimedalista przyznał także, że w tamtym okresie musiał być niezwykle gruboskórny. Pod jego adresem formułowano skandaliczne słowa, życząc mu najgorszego. Było to podwójne trudne do udźwignięcia, bo afera zbiegła się z narodzinami chorej córeczki, która początkowo walczyła o życie.

- Po powrocie z Rio przez pół roku w ogóle nie oglądałem telewizji i nie sprawdzałem wiadomości w internecie, a mimo to zderzyłem się z hejtem. Milenka walczyła w szpitalu o życie, a w międzyczasie ludzie pisali mi na Facebooku, że lepiej, bym umarł, że powinienem rzucić się na linę. Życzyli chorób mnie i moim najbliższym. Wszystko to było robione z fejkowych kont - powiedział "PS" Zieliński.

Art

Dowiedz się więcej na temat: Adrian Zieliński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje