Reklama

Reklama

Adamek: "Diablo"? "Dragon"? Śmiechu warte!

Tomasz "Góral" Adamek, ciągle najlepszy pięściarz świata w wadze junior ciężkiej "Ringu" i nowa, ekscytująca wielu fachowców twarz w wadze ciężkiej podczas wywiadów jest taki sam, jak na ringu - idzie na całość.

Adamek przed tygodniem wrócił z Polski po zwycięstwie przez KO w piątej rundzie nad Andrzejem Gołotą , więc namówiłem go na podsumowanie już ponad roku spędzonego nie w rodzinnych Gilowicach, ale w Jersey City.

Reklama

Było o tym dlaczego nigdy nie pójdzie drogą Darka Michalczewskiego, wspomnieniach o tym, jak łykał własną krew walcząc z Paulem Briggsem, czego najbardziej żałuje po jedynej w karierze z przegranej z Chadem Dawsonem, specjalnej więzi z trenerem Andrzejem Gmitrukiem, dlaczego nie walczył już w minionym roku z Władymirem Kliczką, jak wielkim rozczarowaniem był brak kontraktu na walkę z Bernardem Hopkinsem i jak bardzo śmieszą go deklaracje polskich pięściarzy opowiadających historie o czekających ich walkach z Góralem...

- Czy jesteś fanem pięściarstwa czy jest to tylko twój zawód?

Tomasz Adamek:- Nie wiem, jak można być zawodowym bokserem i nie interesować się boksem. To dla mnie nie do pojęcia. To tak, jak być mechanikiem samochodowym, naprawiać "syrenki" i nie wiedzieć, że po drogach jeżdżą "mercedesy". Wszystko oglądam, bez względu na kategorie wagowe, bo od każdego można się czegoś nauczyć, podpatrzeć. Pewnie, że musisz mieć talent, bez tego się nie obejdzie, ale zawsze można się nauczyć nowych rzeczy. Nawet jak się ma 33 lata - ciągle można i trzeba się poprawiać, bo nikt nie jest idealny w tym co robi. Jak moje ulubione powiedzenie: całe życie się uczysz, a i tak umierasz głupi.

Masz specjalny, prawie jak ojciec z synem, związek z trenerem Andrzejem Gmitrukiem. Stuprocentowe zaufanie, nigdy w ringu nie lekceważysz jego rad. Kiedyś powiedziałeś, że wychodzisz na ring sam, ale walczycie we dwójkę. To w boksie coraz rzadsze.

- Jesteśmy ze sobą 10 lat, to mój drugi ojciec. Nie potrafię wyobrazić sobie jak można wychodzić na ring i przestać słuchać tego, co mówi trener. Jakby nie był potrzebny, to w moim narożniku wodę podawałaby mi żona Dorota, a córki zajmowałyby się lodem i ręcznikami. Czasami jedno czy dwa zdania Gmitruka mogą zmienić walkę, więc słucham co mówi. Tak było z Jonathonem Banksem. Chciałem go walnąć, iść na wojnę, a Andrzej kazał czekać. I miał rację.

Czy gdybyś miał Andrzeja Gmitruka w swoim narożniku nie byłoby porażki z Chadem Dawsonem?

- Gdybym był wtedy w pełni sił, na pewno walczyłbym inaczej. Dawson to moja największa pięściarska pomyłka. Nie dlatego, że z nim walczyłem, bo nigdy nie odmówiłem nikomu walki i nigdy nie odmówię, ale nie powinienem wtedy wyjść na ring. Wszystko było dobrze do ważenia, miałem formę, siłę, wiedziałem co mam robić w ringu. Po ważeniu, głodny jak wilk - bo znowu robiłem wagę - poszedłem do restauracji i najadłem się owoców morza. Przez następne 12 godzin praktycznie nie wychodziłem z toalety, w nocy spałem może ze dwie godziny. Popatrzcie na moją walkę - nie poznacie mnie.

- Praktycznie, aż do 10 rundy nie zadaję ciosów, czekam nie wiadomo na co. Położyłem go na deski w 10 rundzie, czystą desperacją zacząłem bić więcej w dwóch ostatnich rundach, ale przeciwko tak dobremu bokserowi jak Dawson nie miałem szans. Zgubiła mnie moja pewność siebie i przekonanie, że jestem niezniszczalny. Ciągle tak myślę, ale uważam co jem (śmiech). Z drugiej strony to wyszło mi na dobre, bo jakbym z nim wygrał, to bym do dzisiejszego dnia zbijał te 5-7 kilogramów przed każdą walką, niszczył organizm i nigdy nie mógł walczyć na maksa, tak jak teraz.

Wróćmy na chwilę do twojego pierwszego występu w Ameryce. Pierwszy raz w Stanach, ponad 20 tysięcy ludzi w United Center i od razu walczysz o tytuł mistrza świata WBC. Co wtedy myślałeś?

- Że to znak z nieba. Pięściarze latami czekają na swoja szansę, a ja ją miałem trzy miesiące po podpisaniu kontraktu z Donem Kingiem. Kilka razy przekładano jej termin, traciłem nerwy, a kiedy wreszcie już było wiadomo, że walczymy, na dwa tygodnie przed walką złamałem w springu nos. Sam Colonna, mój ówczesny trener chciał odwołać walkę z Briggsem, ale go ubłagałem, żeby ukryć sprawę. Wymyśliliśmy, że nie trenuję, bo mam gorączkę, a lekarzom nawet nie przyszło sprawdzać kości mojego nosa, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby walczyć z taką kontuzją? Nigdy wcześniej i nigdy później, nie przeżyłem takiego bólu. Przez 12 rund łykałem swoją krew, cudem chyba nie zamieniłem się w wampira. Ale mogłem nie mieć takiej drugiej szansy, nie mogłem się poddać.

Walka natychmiast dostała prawie kultowy status, kandydując do pojedynku roku. Nawet pomimo tego, że nie była pokazywana przez amerykańską TV...

- Historia mojego życia - świetne walki, niewielu je widzi. Ale to już przeszłość.

W 2005 roku walczyłeś o tytuł w wadze półciężkiej, cztery lata później nokautujesz w piątej rundzie Andrzeja Gołotę, czterokrotnego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej. Możesz w to uwierzyć?

- Idźmy dalej - jakby ktoś mi w 2003 roku powiedział, że będę walczył w Stanach, że zdobędę dwa tytuły w dwóch kategoriach wagowych i próbował w trzeciej, to bym go wysłał na leczenie psychiatryczne. Od razu, z miejsca.

Jesteś bardzo zdeterminowanym człowiekiem. Udowodniłeś to przenosząc się z całą rodziną do Stanów pomimo, że wielu znawców - czasami nie bez racji - argumentowało, że mógłbyś spokojnie zarabiać miliony euro walcząc z mniej wymagającymi rywalami w Europie. Metoda opanowana do perfekcji przez innego polskiego mistrza świata w półciężkiej, Dariusza Michalczewskiego.

- Nie polskiego, tylko niemieckiego mistrza świata Dariusza Michalczewskiego. Grali niemiecki czy polski hymn jak walczył? Stał się Niemcem, traktowali go jak swojego, wiec go ochraniali i dali mu zarobić. Oddał dwa ważniejsze tytuły po walce z Hillem, IBF i WBA, by zachować ten bezpieczny WBO, nie wymagający obrony tytułu w Stanach. To nie dla mnie. Ja rozumiem, że miał trudniej, trzeba było zarabiać na rodzinę, ale taka kariera to nie dla mnie. Kibice i ja sam sobie bym tego nigdy wybaczył. Być może mógłbym zarobić trochę więcej w Europie, choć wiele z tych wypłat to mity dla promocji i gazet, ale prawdziwą sławę i karierę można zdobyć tylko w USA. Zrozumieli to nawet bracia Kliczko przenosząc się do Los Angeles.

Wygrałeś z najlepszymi junior ciężkimi z przeszłości - O'Neil Bell - i teraźniejszości jak Steve Cunningham, masz ciągle pas "Ringu". Co dalej z twoją karierą w junior ciężkiej?

- Pas "Ringu" jest dla mnie bardzo ważny, miałem go w ringu walcząc z Gołotą. Kto zostanie do walki w junior ciężkiej, będzie z kim walczyć? Bell, David Haye i inny z moich rywali, Banks są już w ciężkiej, to samo chce zrobić w przyszłości Steve. Mogę bronić pasa "Ringu", ale przeciwko komu? HBO czy Showtime będą mnie wolały w tamtej kategorii? Wątpię, ale w boksie nigdy nic nie wiadomo.

Jak wielkim rozczarowaniem był dla ciebie fakt, że nie doszło do podpisania kontraktu z Bernardem Hopkinsem?

- Po rozmowie z Richardem Schaefferem, Kathy Duva szefowa "Main Events" miała wszystko ustalone, ale nie było podpisu pod kontraktem Hopkinsa. Jak się Zyggi Rozalski o tym dowiedział, machnął ręką i powiedział, że Hopkins tego nigdy nie podpisze i nie ma co tracić czasu. I tak się stało. Mnie też się wydawało, że on będzie miał za dużo stracenia wychodząc ze mną na ring. 45 lat, sława, pieniądze, legenda boksu - po co mu walka z mocno bijącym, 200-funtowym Polakiem? Tylko potwierdził to fakt, że z Roy'em Jonesem jr. będzie walczył w sztucznym limicie do 180 funtów, na co ja bym się nigdy nie zgodził. Albo walczymy na serio, albo się bawimy. Może chciałby też 2-minutowych rund?

Opowiedz o szczegółach odrzuconej propozycji walki z Władymirem Kliczką. Na kilka minut przed lipcową konferencją zapowiadającą walkę z Bobby Gunnem w Newarku, dzwoni promotor Kliczki i pyta, czy za dwa tygodnie możesz wyjść na walkę z Władymirem. Jak blisko byłeś powiedzenia "tak"?

- Blisko - przez 10 sekund. Jedno trzeba o mnie wiedzieć - ja wychodzę na ring wiedząc, że wygram. Żadnego strachu, obaw. Wychodzę bez emocji, ale żeby zniszczyć przeciwnika. Nie miałbym tego samego poczucia pewności siebie trenując na wariata przez tydzień przed walką z najlepszym na świecie bokserem wagi ciężkiej. Boksuje dla pieniędzy i sławy, a nie po to, żeby być mięsem armatnim. W lipcu nie byłem gotowy na żadnego z Kliczków. Za rok o tej porze, może trochę wcześniej, będę. Moja dewiza jest prosta: przychodzi promotor, a ja mówię tylko dwa słowa: "Kto następny?"

Po walce z Andrzej Gołotą w trakcie bardzo udanego "Polsat Boxing Night" w Łodzi, z informacji prasowych można odnieść wrażenie, że negocjujesz z połową polskich bokserów na kolejną "polską walkę stulecia".

- Śmiechu warte, zabawne informacje wyssane z palca. Nie ma mowy o żadnych "Dragonach", "Diabłach" czy innych stworach. Panowie - nie jestem i nie będę zainteresowany walkami z wami, bo ja chcę moją karierę rozwijać, a nie cofać się pięć lat nokautując ludzi z którymi walki nic mi nie dają. Ja wiem, że chcecie przy mnie zarobić, ale ja po pierwsze nie jestem instytucją charytatywną, a po drugie walkę stulecia można było zrobić tylko z Andrzejem Gołotą. Więcej legend w Polsce nie ma.

Rozmawiał: Przemek Garczarczyk, ASInfo

Dowiedz się więcej na temat: ring | Tomasz Adamek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje