Reklama

Reklama

Adam Małysz: Szok! W głowie mi się to nie mieści

Wigilia u państwa Izabeli i Adama Małyszów będzie tradycyjna, staropolska, z ulubionym przez medalistę olimpijskiego w skokach narciarskich barszczem i karpiem. Jednak na co dzień, jak przyznał, gdy tylko wejdzie do restauracji, to... poluje na kaczkę.

Szybkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia, Sylwester i Rajd Dakar.

Adam Małysz: Po raz pierwszy uda mi się tym razem wszystko połączyć. Jak skakałem, to przeważnie 26 grudnia wyjeżdżałem już na zawody. Odkąd jestem żonaty, a minęło 15 lat, nigdy Nowego Roku nie witałem z Izą. W poprzednie święta leciałem do Ameryki Południowej. 1 stycznia w argentyńskiej miejscowości Mar del Plata rozpoczął się 34. Rajd Dakar. Teraz startujemy trochę później, 5 stycznia z Limy, stolicy Peru. Najbardziej cieszę się z tego, że wreszcie całe święta spędzę w rodzinnym gronie.

Reklama

Pan jest luteraninem, żona - katoliczką...

- ... a Bóg jest jeden. Ekumeniczny ślub zawarliśmy w kościele luterańskim, a córka Karolina, która dziś ma 15 lat, ochrzczona została w obrządku katolickim. Pod względem wiary nie było i nie ma u nas jakiegoś podziału. Żyjemy w pełnej harmonii. W Wiśle można spotkać bardzo dużo mieszanych par, małżeństw. Fajnie jest, gdy dwóch księży odprawia nabożeństwo ekumeniczne. Czuje się wtedy, że między wiernymi nie ma podziału. Luteranami byli na przykład Jan Kochanowski, Mikołaj Rej, Oskar Kolberg, Józef Piłsudski, Władysław Anders, a wśród znanych obecnie osób Jerzy Buzek.

O zjednoczenie, o jedność, zabiegał Jan Paweł II.

- Zgadza się. W mojej ocenie był papieżem dla wszystkich ludzi wierzących w Boga, a nie tylko dla katolików. Nas, mam na myśli ewangelików, różni od katolików niewiele, głównie podejście do Matki Boskiej i spowiedź, która w naszym przypadku jest wspólna. Pamiętam z lat młodości, że święta zaczynałem od uroczystej jutrzni w kościele, 25 grudnia o piątej rano. Potem były pasterki; do kościoła mieliśmy dwa kroki.

To tylko kultywowanie tradycji czy coś więcej?

- Boże Narodzenie, najpiękniejsze święto, od zawsze było dla mnie czasem rodzinnym i radosnym, a z pewnością czymś znacznie ważniejszym niż zwykłe pielęgnowanie tradycji. Wspólne kolędowanie, kolacje wigilijne i radość z narodzin Chrystusa jest tym, co istotne. Staramy się, aby nadal było to dla naszej rodziny ważne święto. Dla małych dzieci, istotą jest magia świąt - choinka, słodycze, prezenty. W wieku kilkunastu lat prezenty zyskują na wadze, ale po wejściu w dorosłość znów skupiamy się na magii i nastroju świąt. Gdy ten czas mija, jest mi smutno i znów pozostaje czekanie, aż nadejdzie.

Nie ma pan wrażenia, że z każdym rokiem ten czas się skraca - o dni, tygodnie...

- Dokładnie. Przykro o tym mówić, ale taka jest prawda. Co się nie robi dla pieniędzy? Dla zysku próbuje się już z początkiem listopada sprzedać nawet atmosferę tych najpiękniejszych świąt. Najpierw, miesiąc przed 6 grudnia pod czerwonym płaszczykiem Mikołaja, a potem można już usłyszeć w sklepach, marketach, centrach handlowych kolędy. I zaczyna się szał zakupów, jakby one były najważniejsze w tym całym okresie.

Jednak będąc dzieckiem, z pewnością wyczekiwał pan przyjścia Mikołaja, prezentów pod choinką...

- Nie pochodzę z ubogiej rodziny, ale nigdy w domu się nie przelewało. Szanowaliśmy i cieszyliśmy się z tego, co mieliśmy, nawet z zagranicznych owoców, cytryn, pomarańczy, mandarynek, które w tamtych latach były rarytasem. A i paczki pod poduszkę czy choinkę nie były obfite. Istotą był bowiem dzień narodzin Jezusa; reszta była dodatkiem. Teraz to się zmienia, co mnie bardzo smuci. I dotyczy to nie tylko tych świąt. Przeraża mnie gdy słyszę, że na komunię modne są skutery, quady, albo... koniki. Początkowo sądziłem, że takie na biegunach, a tu chodzi o prawdziwe - kucyki. W modzie jest też jazda do kościoła limuzyną. Szok, w głowie mi się to nie mieści.

W pana domu się nie przelewało, ale wraz z rozwojem pana kariery, rosło także konto.

- Nie przeczę, jednak woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Ja ciągle pamiętałem, jakim szczęściem był wyjazd do NRD, gdzie za parę marek mogłem kupić sobie kilka batonów. Wiedziałem, że do wszystkiego dochodzi się ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami. Pieniądze można przepuścić bardzo szybko, i co potem? Mam szacunek nie tylko do "papierka", lecz także do monety. Zanim ją wydam, pięć razy się zastanawiam.

Ale chyba nie w przypadku jedzenia, gdyż - jak daje się usłyszeć - Orzeł z Wisły nabiera rubensowskich kształtów...

- Kiedy skakałem musiałem liczyć kalorie, by nie przytyć. I to przez ponad 20 lat. Kiedy wiosną zeszłego roku zmieniłem dyscyplinę, nawet bardzo wskazane było przybranie na wadze. 10 kg to nie dużo, ale nie jest to tylko odkładający się tłuszczyk. Ja pracuję intensywnie także nad masą mięśniową, która jest mi potrzebna w rajdach samochodowych, zwłaszcza pustynnych. Upał i zmęczenie wiążą się z ogromną i szybką utratą energii, której wychudzony organizm może nie być w stanie odzyskać.

Jeśli mówi się o panu w kontekście jedzenia, bardzo często przypomina się bułkę z bananem. Nadal lubi pan ten owoc?

- Owszem, nawet mam do niego większy sentyment. I pomyśleć, że to minęło już... Ile? Za dwa miesiąc będzie 12 lat. To było w lutym 2001 roku w Willingen. Pucharowy konkurs przedłużał się i należało coś zjeść, żeby nie stracić sił. Profesor Jerzy Żołądź, który był fizjologiem naszej kadry, zabronił objadania się wędlinami. Pozwolił natomiast na bułki i banany.

Ale te owoce nie są chyba numerem jeden w pana karcie menu?

- Zgadza się, są na dalszej pozycji. Natomiast jestem smakoszem pieczonej kaczki. Przyznam, że uwielbiam. Nadsłuchuję opinii, gdzie w danej okolicy jest najlepsza. Jak tylko wejdę do restauracji, od razu poluję na kaczkę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje