Reklama

Reklama

Adam Małysz dla INTERIA.PL: Opatrzność czuwała nade mną

- Nie miałem prawa nawet marzyć o takich osiągnięciach. Ale płynie z tego nauka. Kiedy się czegoś bardzo chce, nie wolno tracić nadziei i trzeba harować - mówi Adam.

W związku z sobotnim benefisem "Skok do celu" Adam Małysz jest jednym z najbardziej zajętych ludzi na świecie, ale dla Was uczynił wyjątek i w wywiadzie dla INTERIA.PL podzielił się refleksjami na temat swej kariery. - Człowiek pełen wiary i zapału jest w stanie dojść bardzo daleko - powiedział Orzeł z Wisły.

INTERIA.PL: Co by pan zmienił, gdyby cofnął się o 15 lat, do początku kariery?

ADAM MAŁYSZ: - Na pewno coś bym zmienił, ale w sumie niezbyt wiele. Każdy człowiek patrząc wstecz zmieniłby coś w swoim życiu, bo przecież wszyscy popełniamy błędy. Uczymy się na nich do końca życia, choć robimy wszystko, by je eliminować. Mnie do doskonałości daleko, więc na pewno dałoby się coś poprawić, nie tylko w tych 15 latach, ale nawet w każdym skoku, który przez ten czas oddałem. Ale ja nie mam prawa narzekać. Opatrzność czuwała nade mną.

Reklama

Właśnie, nawet to zakończenie w Planicy wyglądało na wyreżyserowane przez Pana Boga.

- No, tak. Miałem w sporcie wiele szczęścia, chociaż bywały ciężkie dni. Najczęściej udawało mi się przezwyciężyć zły czas, wydostać się z dołka. Nie mam prawa narzekać.

W 1998 roku, po porażce na igrzyskach w Nagano, Adam Małysz myślał o zakończeniu kariery. Gdyby wtedy wróżka pokazała panu przyszłość w kryształowej kuli, uwierzyłby jej pan?

- Na pewno nie. W moich najskrytszych snach tego nie było. Nie miałem prawa wtedy nawet marzyć o takich osiągnięciach. Ale płynie z tego nauka. Kiedy się czegoś bardzo chce, nie wolno tracić nadziei i trzeba harować. Człowiek pełen wiary i zapału jest w stanie dojść bardzo daleko.

Jada pan jeszcze czasem bułkę z bananem?

- Oczywiście. I wciąż będę jadał.

W 2001 roku, kiedy po 49. Turnieju Czterech Skoczni wszyscy rozpaczliwie poszukiwali wyjaśnień wielkiej formy Małysza, powstała koncepcja, że bułka z bananem to dieta cud. Nawet rywale zaczęli ją jadać, żeby panu dorównać. Czy to wspomnienie dziś pana nie śmieszy?

- Faktycznie przypadkiem narodziła się taka legenda. Ta bułka z bananem była jednak znakomita. Nawet w smaku. Polecam. My wtedy współpracowaliśmy z psychologiem Janem Blecharzem i fizjologiem Jerzym Żołądziem, którzy stosowali pewne odżywki, tak by podczas trwającego kilka godzin konkursu uzupełniać w organizmie węglowodany. To był bardzo dobry produkt, naturalny, bez żadnej chemii. Poza tym podczas zawodów trzeba przecież coś jeść, coś lekkiego, żeby nie tyć i podczas skoku nie czuć ciężaru w żołądku. Bułka z bananem znakomicie się do tego nadawała.

Ale jak można było myśleć, że to bułka i banan niosą Małysza na skoczni o 10 metrów dalej?

- Wiara czyni cuda. Niejeden uwierzył, że bułka z bananem to klucz do sukcesu. I co w tym złego? Na pewno nikomu taka dieta nie zaszkodziła, może nawet trochę pomogła. Może chwytając się tej nadziei ciężej pracował i w końcu stał się lepszym skoczkiem? Jest to może trochę zabawne, bo sama bułka i banan nie zrobią z nikogo mistrza, ale ja nie widzę w tym nic złego. My, sportowcy, potrzebujemy cudów, wiary, że coś nam pomaga.

Tuż przed igrzyskami w Vancouver Jens Weissflog odradzał panu start. Uważał, że powinien pan zrezygnować, że nie da już rady młodym. Wiadomo, że Weissflog to dla pana autorytet. Trzeba było mieć dużo siły, żeby powiedzieć sobie: "a ja i tak jadę".

- Nie trzeba było siły w ogóle, bo ja słów Weissfloga przed igrzyskami nie słyszałem. Powtórzono mi je wtedy, gdy wracałem do domu z dwoma srebrnymi medalami. Ale jemu się nie dziwię. Bo kto wtedy odważyłby się wierzyć, że stać mnie na sukces w wieku 32 lat. Bardzo niewielu dawało mi szanse. 90 procent ludzi nie wierzyło w moje możliwości. Ja momentu zawahania nie miałem. Lata startów nauczyły mnie tego, że wiara jest warunkiem koniecznym, by osiągać sukcesy.

Wiem, że bardzo lubicie się z Simonem Ammannem, ale czy nie chodzi panu po głowie taka myśl: "Cholera, gdyby nie ten Szwajcar, byłbym trzykrotnym mistrzem igrzysk".

- Dziś, kiedy już odszedłem ze skoczni, nie da się uniknąć takich myśli. Ale dopóki skakałem, przeszłość dla mnie nie istniała. Liczyły się tylko najbliższe zawody, to, co było, zostawiałem za sobą i nie wracałem do tego. Takie podejście dawało mi motywację do kolejnych sukcesów. Na rozpamiętywanie przeszłości mam czas teraz.

Czego pan najbardziej żałuje poza złotem olimpijskim, które uciekło? A może uważa pan swoją karierę za ocierającą się o doskonałość?

- Odpowiem słowami Hannu Lepistoe: "Nikt nie jest doskonały i wolny od błędów". W żadnej dziedzinie. Zawsze coś jest do poprawienia. Perfekcja jest nieosiągalna, ale dążenie do niej trzyma nas na skoczni. Nakręca chęć oddania następnego skoku, startu w kolejnych zawodach. To okazja, by się poprawić, rozwijać. Gdybym nawet wybrał z moich skoków kilka najlepszych, takich, które dały mi medale, zwycięstwa i uznanie, w każdym z nich znalazłbym błąd, niedoskonałość, coś do zmiany. Skromność i pokora, a także świadomość własnych braków jest u sportowca fundamentalna. Kiedy ją traci, nie pójdzie do przodu

.

O skromność nie jest łatwo człowiekowi, którego prawie 40 milionów ludzi nosi na rękach. Jak zdołał pan uniknąć zgubnych wpływów małyszomanii?

- Ja sobie to tłumaczę tak... My, Polacy, zawsze byliśmy narodem trochę pokrzywdzonym. Jak nie wojny, to zawsze jakieś nieszczęścia. Ludzie potrzebują sukcesu, pozytywnej energii, która dałaby im siłę do życia. Która pobudzałaby ich do pracy, skłaniała do dumy z tego, że się jest Polakiem. Wiem po sobie, bo kiedy oglądam zwycięstwa naszych piłkarzy albo siatkarzy, to czuję się dumny. Dumny, że to moi rodacy. Tak samo byłem odbierany ja.

Zwycięstw piłkarzy to się pan zbyt wielu nie naoglądał...

- No cóż, nie każdy sportowiec ma przywilej odnoszenia sukcesów. Jednym jest to dane, innym nie. Ale nie wolno krytykować ślepo. Pisać lub mówić, że naszym piłkarzom się nie chce walczyć, że jest im wszystko jedno. Nie znam sportowca, który nie marzyłby o wygrywaniu, o zaszczytach. Każdy z nas daje z siebie wszystko, a tylko wybranym przynosi to zwycięstwo. Wiele razy przegrywałem - czy to znaczy, że się nie nadaję? Powiem nawet więcej. Zwycięstwo jest czymś łatwym, najtrudniejsze jest podniesienie się po porażce. Po zdobyciu mistrzostwa biegniesz na skocznię na skrzydłach. Gorzej jest po klęsce. Stąd po Nagano omal nie rzuciłem skoków.

Apoloniusz Tajner nazwał się kiedyś "ojcem Adama Małysza". Czy Adam Małysz czuje się "synem Apoloniusza Tajnera"?

- Myślę, że nie. Nie chciałbym wyróżniać jednego trenera. Przez lata startów nauczyłem się czegoś od każdego szkoleniowca. Od pierwszego do ostatniego. Ich wspólna praca złożyła się na mój sukces. Apoloniusz Tajner był znakomitym organizatorem, dlatego teraz tak sprawdza się w roli prezesa. Stworzył wtedy grupę z Blecharzem i Żołądziem, która fantastycznie funkcjonowała. Nawet ona miała jednak swoje wady i ograniczenia, bo Małysz skakał dobrze, ale innym kolegom z kadry to niezbyt wiele dało.

Myśli pan czasem o Mikesce, który jako pierwszy wziął pana do kadry?

- Myślę. Oj, tak.

I co by mu pan teraz powiedział?

- To, co mówiłem mu wielokrotnie prosto w oczy. Że jako trener dużo wniósł do polskich skoków, dużo mnie nauczył, ale jako człowiek bywał okrutny. Potrafił mi powiedzieć, że potrzebuję psychiatry, a nie psychologa.

Rola Blecharza i Żołędzia? W 2001 roku wszyscy widzieli w nich mężów opatrznościowych, ale nawet, gdy odeszli, Małysz też wygrywał.

- Mnie pomogli wiele, ale innym mniej. Skoki to bardzo indywidualny sport, choć czasem traktowany jak zespołowy. Każdy skoczek powinien inaczej trenować, bo co innego potrzebne mu jest do wygrywania. Nie da się wziąć dziesięciu chłopaków i wszystkim kazać robić to samo. Bo jednemu da to sukcesy, a innemu nie. Nawet jeśli ten drugi ma podobny talent.

Skoki to w ogóle tajemnicza dyscyplina. Czasem komentator mówi, że skoczek spóźnił odbicie, a on leci i leci, wygrywając zawody. Czy wy sami wiecie, na czym to polega?

- Prawda jest taka, że bardzo niewielu komentatorów zna się na skokach. Kiedyś w Kuusamo Włodek Szaranowicz zaprosił mnie do komentowania. Z tej jego budki na dole nie było szans ocenić, czy zawodnik odbił się w odpowiedniej chwili, czy za późno. Na żywo nie zobaczy tego nawet oko trenera. Dopiero po obejrzeniu kilku powtórek wytrawny fachowiec to wie. I jest w stanie określić, jakie błędy popełnił zawodnik, czy nie wybił się za mocno w górę, czy tor lotu był OK.

Czyli zawodnik skacze i dopóki nie wyląduje, nie ma pojęcia, czy robotę wykonał dobrze?

- Bywa, że skoczek czuje to podczas skoku. Ale i on może się pomylić. Ocena skoku to nie jest banalna sprawa.

Dramatyczne zwroty w pana karierze? Ile ich było?

- Dużo. Na pewno chwila, gdy poleciałem do Finlandii, by poprosić o pomoc Lepistoe, na pewno to, co działo się po igrzyskach w Nagano, kiedy chciałem rzucić skoki. Za Mikeski przyjeżdżałem do Polski i szedłem do wujka Jasia Szturca, żeby mnie wyciągnął z ostrego kryzysu. Trenowaliśmy wtedy w Wiśle, na skoczni 11-metrowej. Nawet w karierze dobrego skoczka takich zwrotów i złych momentów jest dość. A co dopiero u skoczka średniego... Trzeba jednak mieć do tego odpowiednie podejście. Wierzyć, że to minie i pracować. Innego rozwiązania nie ma, ale kosztuje to wszystko wiele siły.

Heinz Kuttin. Dlaczego z nim nie odnosił pan sukcesów. Słaby trener?

- Skąd. Bardzo dobry, udowadnia to dziś z Thomasem Morgensternem, który wygrał Puchar Świata i zdobył w tym roku właściwie wszystko, co możliwe. Heinz trafił na bardzo zły okres w polskich skokach. Nie tylko inni chłopcy skakali źle, ale ja też miałem kryzys. Rok pracy to było za mało, by nas wyciągnąć z takiego dołka.

Niezbyt wielu skoczków potrafiło tyle razy wracać z niebytu, ile razy wracał Małysz. Może Jens Weissflog, ale on miał kryzys ze względu na zmianę stylu z klasycznego na "V".

- Ja też przecież zaczynałem skakać klasycznym i zmiana stylu sporo czasu i wysiłku pochłonęła. Dziś, gdyby ktoś kazał mi skoczyć klasykiem, już bym pewnie nie umiał. Nogi same się rozjeżdżają w powietrzu i układają w "V".

Pamięta pan oczywiście czasy, gdy sędziowie tępili styl "V" jako niebezpieczny?

- Przez te 15 lat ta dyscyplina bardzo się zmieniła. Sprzęt, zawodnicy, sędziowie - dziś wszystko jest inne. Czy to idzie w dobrym kierunku? Tego nikt raczej nie wie. Przykład: skocznia w Vikersund - obiekt największy na świecie; wybudowano 50 belek startowych, a brakuje miejsca do lądowania. Prędkości na progu są kompletnie inne niż zakładano.

Pana dziadek miał własną skocznię. Czy pan kiedykolwiek na niej skakał?

- Nie. Dziadek umarł, zanim się urodziłem, znam to wszystko tylko z opowieści. Nie wiem, czy to, co miał dziadek, dziś nazwalibyśmy w ogóle skocznią. Jakiś zjazd z górki, rozbieg mógł mieć nawet 200 metrów, a próg usypany z ziemi. Byle się wybić i wylądować na jakiejś łączce w dolince. Wiem od rodziców, w który miejscu to było, ale poza tym nic nie pamiętam.

W Oslo ogłosił pan zakończenie kariery. I znowu lawina ruszyła. Wszyscy chcieli podziękować Małyszowi, pożegnać go. Czy to był dla pana okres podobnie trudny jak ten z 2001 roku?

- Nie. Wtedy to wszystko mnie przerosło, teraz już miałem doświadczenie. W 2001 roku popularność mnie przygniotła, spadła nagle, trwała długo. Była fajna, przyjemna, ale też uciążliwa. Także dla rodziny. Dziś muszę przetrwać do soboty. To niby mój benefis, ale będę miał tyle obowiązków, że czeka mnie bardzo ciężki dzień. Mnie i rodzinę. Później jednak wrócimy do domu i wszystko ucichnie.

Czy żona już przygotowała wąsy na sobotę?

- Nie. Żonę wolę bez wąsów. Tak jak inne kobiety.

Nie wiem, czy widział pan jednak zdjęcie sióstr Radwańskich z wąsami?

- Mimo wszystko wolę je oglądać bez wąsów.

Przeczytam panu wypowiedź żony: "Nie jesteśmy idealną rodziną, kłócimy się często. Adam jest bardzo uparty". Prawda?

- Pewnie, że prawda. Aniołem to ja nie jestem. Zwłaszcza gdy przyjeżdżałem z zawodów, gdzie wszystko poszło źle, to miałem humory. Zawsze powtarzam, że jesteśmy zwykłym małżeństwem i rodziną, że się kłócimy, mamy wzloty i upadki. Nigdy nie robimy czegoś na pokaz, dla mediów, żeby pisały jak to Małyszowie są zgodni. Zachowujemy się normalnie.

Czego panu życzyć dziś? Normalności? Ostatnie 10 lat było piękne, ale od normalności chyba zbyt dalekie...

- Oj tak. Choć z tą normalnością też nie będzie łatwo. 15 lat żyłem w reżimie. Wciąż w ruchu, tu i tam, żyłem w tym młynie, a teraz nagle wszystko się zmieni. Nie widzę tego przez różowe okulary.

Może w końcu zatęskni pan za sławą?

- Za sławą nie, ale za czynnym życiem na pewno tak. Dlatego będę chciał sobie to wszystko poukładać tak, żeby robić coś pasjonującego. Mam kilka propozycji na przyszłość, chcę wciąż mieć ciekawe życie.

Kibice się boją, żeby nie namówiono pana na politykę.

- Nie ma szans, niech będę spokojni. Do polityki nie pójdę, choć namawiano mnie już wiele razy, żebym kogoś poparł lub wstąpił do jednej z partii. Zawsze jednak odmawiałem. Swoje podglądy na różne sprawy mam, prawa do nich nikt mi nie odbierze, ale staram się być apolityczny. Jestem sportowcem, zostanę przy sporcie.

Rozmawiał: Dariusz Wołowski

Podziękuj Adamowi Małyszowi!

Czym teraz powinien zająć się Adam Małysz?

Kamil Stoch następcą Adama Małysza? Dołącz do dyskusji na forum

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje