Reklama

Reklama

Wołowski: Polski Wimbledon

Tylko Agnieszka Radwańska może sprawić, by 1 lipca 2013 roku nie stał się najważniejszą datą w historii polskiego tenisa. Musiałaby jednak wygrać Wimbledon. Na co stać jeszcze Jerzego Janowicza, w którym trzykrotny zwycięzca Wimbledonu - Niemiec Boris Becker dostrzegł przyszłego dominatora światowych kortów?

Dokładnie w tej samej chwili, kiedy Jerzy Janowicz osiągał życiowy sukces rozstrzygając w piątym secie mecz z Austriakiem Juergenem Melzerem, Łukasz Kubot tracił trzy piłki meczowe z Francuzem Adrianem Mannarino. Przez głowę 31-letniego tenisisty musiały przebiec koszmary sprzed dwóch lat, gdy w starciu o ćwierćfinał zaprzepaścił dwie szanse na zwycięstwo z Hiszpanem Felicianem Lopezem.

Mówiono wtedy, iż to był życiowy wzlot dobijającego do trzydziestki Kubota, że już nigdy nie zdoła sięgnąć aż tak wysoko. Sam mógł w to uwierzyć, kiedy 12 miesięcy później odpadł w II rundzie Wimbledonu nie wygrywając seta z Chorwatem Marinem Cziliciem. Ale Kubot wrócił do Londynu jeszcze raz i dokonał tego, co przed nim z Polaków udało się tylko Wojciechowi Fibakowi.

W dodatku nie on jednak okazał się pierwszym od 1980 roku polskim tenisistą w ćwierćfinale turnieju wimbledońskiego. O pięć minut wyprzedził go 22-letni Janowicz, także po pięciosetowej batalii z Melzerem. To niewyobrażalny wręcz sukces polskich tenisistów, jeden z nich wystąpi w półfinale najbardziej prestiżowego turnieju na ziemi. Nawet Fibak nie wspiął się tak wysoko w Wielkim Szlemie.

Faworytem będzie zapewne Janowicz, w którym trzykrotny zwycięzca Wimbledonu Boris Becker dostrzegł przyszłego dominatora światowych kortów. Ale 9 lat starszy Kubot też osiągnął właśnie życiową formę. Pojedynku o taką stawkę między dwoma reprezentantami Polski światowy tenis jeszcze nie widział i można się obawiać, iż przez następne 100 lat nie zobaczy. Przy takim wydarzeniu, całkowite zaćmienie Księżyca to pikuś.

Reklama

Kibice pamiętający sukcesy Wojciecha Fibaka, a przede wszystkim wielką, czarną dziurę, która została po nim w polskim tenisie na ćwierć wieku, muszą czuć się po prostu wstrząśnięci. Przecież przez lata w znaczących turniejach Polaków w ogóle nie było. Dziś możemy się czuć niemal tak, jakby ni z tego, ni z owego polscy piłkarze wdarli się do strefy medalowej mistrzostw świata. Przed rokiem Agnieszka Radwańska dotarła do wimbledońskiego finału wyrównując osiągnięcie Jadwigi Jędrzejowskiej z 1937 roku! Kilka miesięcy później zaświeciła gwiazda Janowicza. Można było przypuszczać, że rok 2013 będzie dla rodzimych fanów tenisa ciekawszy niż jakikolwiek inny.

I tak się stało. W Australian Open i Rolandzie Janowicz dotarł do trzeciej rundy. W Londynie dołączył do niego Kubot, podobno stworzony do gry na trawie. Obaj byli w górnej części drabinki, razem z Rafaelem Nadalem i Rogerem Federerem, dwoma legendami, dla których ten turniej zakończył się katastrofą. Bój z Janowiczem o półfinał będzie dla Kubota podsumowaniem kariery. Ojciec tenisisty mówił kiedyś, że wszystko, czego syn dokonał, to nie dzięki, ale pomimo polskiego tenisa. Z genialnie uzdolnionym Janowiczem jest podobnie. Dlatego to, co stało się dziś na trawie Wimbledonu można uważać raczej za triumf jednostek, a nie systemu. Niestety.

Kiedy Agnieszka Radwańska wychodziła na kort, by walczyć o swój ćwierćfinał, mogła się dowiedzieć, iż jej koleżanka, pochodząca z Polski, a reprezentująca Niemcy Sabina Lisicki zakończyła passę 34 zwycięstw Sereny Williams. Z wszystkich dotychczasowych sensacji wimbledońskiego turnieju, ta jest największa. Można było przypuszczać, że Amerykanka wygra w Londynie bez większego problemu. Nie wygra.

Przed wyjściem na kort do pojedynku z Cwetaną Pironkową Polka stała się najwyżej rozstawioną tenisistką, która przetrwała w Londynie. Żeby nie było zbyt pięknie, zaczęła mecz bardzo źle. "Dogoniła" Bułgarkę dopiero w drugim secie. Nie ma większego sensu rozwodzenie się nad szansami Radwańskiej na triumf w wielkim turnieju, w którym swoje szanse zaprzepaściło aż tyle legend. Musiałaby jednak wygrać, by przyćmić siebie samą, Janowicza i Kubota. Nie twierdzę przy tym oczywiście, że wielka droga Polaków musi skończy się na półfinale.

Nie jestem specem tenisowym, tym łatwiej mi patrzeć na ten sport z pozycji kibica. Doświadczenie przestrzega, że na taki dzień jak ten 1 lipca 2013 roku, poczekamy dziesięciolecia. Cieszmy się póki czas, nie ważne teraz, czy sukces ma podstawy płytsze, czy głębsze? Dla takich dni kibic się rodzi w człowieku.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o polskim Wimbledonie na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | Łukasz Kubot | Jerzy Janowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje