Reklama

Reklama

Wimbledon. Radwańska: Będę grała, dopóki mi zdrowia starczy

Kiedy Agnieszka Radwańska wypadła poza pierwszą dziesiątkę rankingu WTA, w mediach spadła na nią fala krytyki. Teraz Polka wraca do wielkiej formy i szykuje się na walkę o ćwierćfinał Wimbledonu. - Krytyka nie robi już na mnie wrażenia, staram się po prostu nie zwracać uwagi na pseudoznawców i "wujków dobra rada" - mówi tenisistka w rozmowie z Interią.

Agnieszka Radwańska w poniedziałek będzie walczyć z Serbką Jeleną Janković o miejsce w ćwierćfinale wielkoszlemowego turnieju na trawiastych kotach w Wimbledonie. Tenisistka z Krakowa nie poddała się po spadku w rankingu i zamierza szybko odrobić straty, a w tenisa grać, doki jej starczy zdrowia.  

Interia: Czy łatwo jest się odnaleźć po nieco słabszym okresie gry?

Agnieszka Radwańska: Wiadomo, że tych kilka miesięcy było dość ciężkich u mnie. Ta gra nie była taka, jak bym chciała. Choć nie, w sumie gra była, tylko zupełnie się nie przekładała na wyniki meczów, niestety. A wiadomo, że liczy się mecz, a nie trening. I faktycznie dość się męczyłam, bo nie szło tak, jak powinno.

Reklama

Ale teraz nagle finał w Eastbourne, a tutaj czwarta runda Wimbledonu, to chyba już wyraźna odmiana?

- Mam też taką nadzieję. Nie wiem czy to kwestia nawierzchni - wiadomo, moja ulubiona trawa. Ale na pewno czuję się na korcie dużo lepiej i pewniej, niż w ostatnich miesiącach. A to jednak robi dużą różnicę.

Kiedy wypadła pani poza pierwszą dziesiątkę rankingu, w mediach pojawiła się fala krytyki i czarne scenariusze. A tymczasem na stronie WTA Tour można było przeczytać, że była pani najdłużej sklasyfikowaną zawodniczką w TOP 10 bez przerwy, zaraz po Marii Szarapowej.

- To jest tylko dowód, że nie należy się za bardzo przejmować publikacjami prasowymi na swój temat. Niestety nie świadczy to wszystko najlepiej o poziomie artykułów i niektórych dziennikarzach. Są jednak zawodniczki ze ścisłej czołówki, które w ciągu ostatnich lat ciągle spadają o kilka miejsc i znów wchodzą do dziesiątki. I tak na zmianę ciągle wędrują w jedną i druga stronę, bo nie potrafią utrzymać stale wysokiej formy. W sumie to chyba taka nasz polska mentalność po prostu wychodzi czasem na wierzch, albo media nie mają o czym pisać i tyle. Cokolwiek ja dobrego zrobię, to jest potem przez tydzień szał w internecie, a jak mi się coś nie uda, to jest tydzień krytyki i pretensji. To jest tak naprawdę przerażające.

A jak sobie pani radzi z zainteresowaniem mediów pani osobą i właśnie skrajnymi ocenami w licznych publikacjach?

- W miarę nie robi to już na mnie wrażenia, staram się po prostu nie zwracać na pewne rzeczy uwagi, nie czytać artykułów na mój temat. Na mnie niektórzy pseudoznawcy, pseudodziennikarze czy różni "wujkowie dobra rada" nie robią wrażenia. Często są to ludzie pełni zazdrości, zawiści, myślący, ze są nie wiadomo jakimi ekspertami. Takich ludzi jest dużo, za dużo chyba nawet. Ale albo się ktoś do tego przyzwyczai i nauczy ignorować pewne rzeczy, no i jakoś będzie z tym żył. Albo sobie z tym nie poradzi i może mieć problem.

Pani się udaje tak całkowicie odciąć od medialnych publikacji na jej temat?

- Tak, ja w ogóle nic nie czytam o sobie, zresztą w ogóle nie jestem w internecie. Robię swoje, czyli sprawdzę maile, czasem z bliskimi porozmawiam przez skype’a i jeszcze parę innych rzeczy, a reszta mnie nie obchodzi. Kompletnie w tym nie siedzę i to już od dawna, Chyba sam się tak nauczyłam, że tak dla mojego zdrowia będzie po prostu lepiej. Jeśli już coś do mnie dochodzi z internetu czy prasy, to od moich chłopaków z teamu, czy też od znajomych, rodziny.

Po spadku w rankingu i słabszym okresie, znów gra pani dobrze, co napawa optymizmem na dalszą część sezonu. Czego pani od siebie oczekuje w niej, w czym upatruje motywację?

- Nie będę oryginalna, wiadomo, że główną motywacją są Wielkie Szlemy, to jest główny cel dla każdego. Ale i wiadomo, że jak się gra w jakimkolwiek turnieju, to chce się go wygrać, niezależnie czy mały czy duży. Skoro w Eastbourne byłam w finale, to przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc teraz nie pogardziłabym zwycięstwem.

Może na przykład w Wimbledonie?

- Prawda?! Też jestem za tym. Biorę to w ciemno. W sumie to cel, jak każdy inny prawda?

Po Londynie zaczyna się okres gry na twardych kortach i tak do końca sezonu. To chyba dość korzystny czas dla pani?

- No tak, zdecydowanie ja do betonu nic nie mam, no i będzie też przecież w październiku Azja, która zwykle jest dla mnie szczęśliwa. Znaczy w ubiegłym roku nie była. Także tej jesieni jest jeden plus, że nie ma dużo punktów do obrony, więc prawie wszystko będzie szło na plus. Tak naprawdę to w tych kategoriach patrząc, to zostaje tylko Cincinnati i Montreal, gdzie też był ćwierćfinał, a poza tym to naprawdę pojedyncze punkty niewiele znaczące, więc każdy dobry wynik będzie na plus.

Czyli wygląda to na sprzyjające warunki, by być na "wznoszącej" w najbliższych miesiącach?

- Zgadza się, teraz zostaje mi tylko jak najlepiej grać i tyle. Na trawie idzie mi dobrze, więc na betonie powinno również. Choć mogliby w sumie jeszcze bardziej wydłużyć cześć sezonu na trawie. Nie miałabym nic przeciwko.

A wracając do spadku w rankingu, sprzed dwóch, trzech miesięcy. Czy zdarzyło się pani wtedy wpaść w "dołek" czy to panią ominęło?

- Nie, nie było tak źle, tym bardziej, że grało mi się naprawdę dobrze. Problem był tylko w tym, że nie przekładało się to na wyniki, a potem za bardzo chciałam, za bardzo się spinałam, a wiadomo, że to nigdy nie jest dobra kombinacja. No i wychodziło, jak wychodziło, a z samym tenisem nic się takiego złego nie działo. Każdy musi coś takiego przejść i nie można się wtedy poddawać czy jeszcze bardziej pogrążać. Praktycznie wszystkie dziewczyny w tourze mają takie okresy, a niektóre odnotowują dużo, ale dużo większy spadek, wiec w moim przypadku nie trzeba było robić też żadnej tragedii narodowej czy tym podobnych rzeczy.

Sporo się w ostatnich miesiącach pisało i mówiło, że Agnieszka Radwańska musi zmienić swój styl gry, bo ze swoją grą nie jest w stanie walczyć z najlepszymi. Co pani na ten temat ma do powiedzenia?

- No tak, mam wrażenie, że to jeden z tematów zastępczych. Tak naprawdę, gdybym sobie nie radziła z "atletkami", to bym już dawno skończyła grać w tenisa. No i nie miałabym na swoim koncie tego, co osiągnęłam. Może więc zostanę przy swoim tenisie i niech sobie wszyscy mówią, co chcą. Tak będzie chyba najrozsądniej.

Czyli tak dalej pod prąd?

- Na to wychodzi, że pod prąd. Wiadomo, że tenis jest coraz bardziej siłowy, aczkolwiek jest wiele zawodniczek grających w przeróżnym stylu i nigdy nie będzie tak, że wszystkie dziewczyny będą grały tak samo.

We współczesnym sporcie wielu zawodników szybko się wypala, kończy przedwcześnie kariery, a po jakimś czasie często je wznawia. Czy pani chodzi po głowie taki scenariusz?

- Oczywiście są rożne powody takich decyzji, często wpływ na nie mają kontuzje, albo zwyczajne zmęczenie. W końcu nie jest łatwo podróżować po świecie przez dziesięć miesięcy w roku, z hotelu, do hotelu, z lotniska na lotnisko. Ale jakoś sobie z tym radzę i nie mam niczego takiego w planach, przynajmniej dopóki zdrowie dopisuje.

No właśnie, ze zdrowiem większych problemów od dłuższego czasu pani nie ma. Czy to kwestia jakiś nowych ćwiczeń, cudownej diety, czy jeszcze jakiś innych działań?

- Na pewno to zasługa rehabilitacji, w sensie organizacji ćwiczeń kondycyjnych i fitnessu pod mój organizm. Wiadomo, że nie staję się młodsza, z roku na rok organizm się wolniej regeneruje, więc trzeba dokładać więcej mozolnych ćwiczeń i powtórzeń, wszystko pod okiem Krzyśka i Jasona, którzy jeżdżą ze mną przez cały sezon praktycznie. W dużej mierze to właśnie ich zasługa, że wciąż jestem w jednym kawałku.

Czy nie czuje się pani jak bohater komedii "Dzień świstaka", który budzi się wciąż tego samego dnia, robi każdego dnia to samo, spotyka tych samych ludzi itd.?

- Oczywiście, że czasem tak jest, bo nie da się nie popaść w rutynę. Odbijanie miliony razy piłki z forhendu, bekhendu, trenowanie do znudzenia serwisu, ćwiczenia na rowerku, siłownia, wanna z lodem po kolejnych meczach. Ale i przylatywanie do tych samych miast, mieszkanie w tych samych hotelach, granie na tych samych kortach. No od tego się nie ucieknie. Jest pewna rutyna, bo rzadko jest coś nowego. O, na przykład w ubiegłym miesiącu wyprawa do Nottingham, to było dla mnie coś nowego, bo nigdy tam nie byłam. No i coś się innego działo, więc nawet takie coś robi różnicę.

W takim razie czy nie kusi pani, żeby zakończyć ten sezon np. na 11. miejscu w rankingu, a nie w dziesiątce? Dzięki temu, mogłaby pani swobodnie wybierać sobie plany startowe w przyszłym roku?

- To nie jest takie proste, bo jestem jednak zwolenniczką grania w większych turniejach, a kalendarz się raczej nie zmieni. Może zmieniłabym dwa, trzy turnieje w sezonie, żeby mieć świadomość, że mam wybór, ale faktycznie i tak miałabym związane ręce, bo jednak trudno odpuścić Wielkie Szlemy czy największe turnieje w kalendarzu WTA Tour. W sumie więc lepiej zakończyć rok w pierwszej dziesiątce rankingu i nie wybrzydzać.

W Londynie rozmawiał Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje