Wimbledon - Agnieszka Radwańska o igrzyskach i Wimbledonie

Agnieszka Radwańska w 1/8 finału zakończyła występ w tegorocznym Wimbledonie. W wywiadzie udzielonym Interii krakowianka opowiada w Londynie o wyższości Wielkiego Szlema nad igrzyskami olimpijskimi w tenisie i o wyższości Wimbledonu nad Australian Open albo na odwrót.

Interia: Czwarta runda Wimbledonu dla Agnieszki Radwańskiej to...?

Reklama

Agnieszka Radwańska: - Z mojej perspektywy rozczarowanie, bo wiadomo, że w Wielkim Szlemie gra się po to, żeby wygrywać turnieje. Choć oczywiście wielkoszlemowy finał lub półfinał jest osiągnięciem, ale w sporcie pamięta się jednak głównie zwycięzców.

Akurat każdy chyba kibic tenisowy w Polsce pamięta Pani finał w Wimbledonie.

- Nie wiem czy to dobrze, bo jedni faktycznie miło to wspominają, a inni mniej. Zdarzyło mi się usłyszeć czy przeczytać, że to był "tylko finał".

To chyba fatalny wynik, tym bardziej, że przed panią ostatnia Polka grała w wielkoszlemowym finale ponad siedem dekad wcześniej?  

- Prawda, ale tego to już wszyscy nie pamiętają, więc po co zanudzać historią.

Ale tą bliższą można, bo przecież przegranie wimbledońskiego finału z Sereną Williams to chyba żaden powód do wstydu?

- Wiadomo, że kiedy Serena jest w formie, to rzadko można ją powstrzymać. Szczególnie na szybkich kortach, jak choćby trawa. Starałam się jak tylko mogłam, ale mi się wtedy nie udało. Zresztą też nie byłam też wtedy w najlepszej dyspozycji, ale próbowałam.

"Nie najlepsza dyspozycja", to były prawie 39 stopni gorączki, zapalenie krtani, prawie całkowity brak możliwości mówienia, a jednak udało się zmusić Serenę do trzysetowego meczu. Co drugi mężczyzna nie wyszedłby tego dnia z łóżka.

- Prawda? (śmiech). My kobiety jesteśmy twardsze i jak się na coś uprzemy, to nie ma zmiłuj. Ale tak właśnie jest w sporcie. Jeśli się chce odnosić wielkie sukcesy w tenisie, to trzeba być twardą i nie poddawać jakimś tam trudnościom. Zresztą dziewczyny w Tourze rzadko się przyznają do urazów czy mniejszych kontuzji, a mniej więcej w połowie sezonu każda z nas jest mocno poobijana, obolała, coś tam gdzieś dolega. Jednak musimy grać w kolejnych turniejach i tak przez dziesięć miesięcy w roku.

Czy podczas tegorocznego Wimbledonu była pani mocno poobijana albo walczyła z jakąś kontuzją?

- No przecież to są największe tajemnice sztabów zawodniczek, których nie wolno zdradzać!

Ale już jesteśmy po Wimbledonie, znaczy po pani występie w Wimbledonie, więc żadna z rywalek tej wiedzy nie wykorzysta na korcie przeciw pani.

- No dobrze, to w wielkiej tajemnicy, mogę powiedzieć, że nic poważniejszego mi nie dolegało, o dziwo. Prawdopodobnie dlatego, że tuż przed Londynem nie zagrałam zbyt wielu meczów, a na trawie każdy mecz najbardziej jednak idzie w nogi.

Ale mecz z Dominiką Cibulkovą to chyba podwójnie?

- To mało, potrójnie nawet! (śmiech). Nie ma dwóch zdań, że obie zrobiłyśmy jednak sporo kilometrów, a nie pamiętam kiedy ostatnio grałam tak wyczerpujący mecz. Starałam się ją jak najbardziej wypchnąć za kort, zmusić do biegania, ale ona wpadła na ten sam pomysł, więc trochę się namęczyłyśmy nawzajem.

Mówi się, że to najlepszy mecz w tym roku w kobiecym tenisie. Zgadza się pani z tym?

- Oglądam sporo tenisa, ale nie wszystkie mecze, więc trudno mi powiedzieć, czy faktycznie najlepszy. Być może, na pewno był ciekawy, strasznie długi, było wiele dobrych zagrań i wymian, więc mógł się na pewno podobać. Ale niestety wynik nie jest dla mnie korzystny. Przegrałam ten mecz praktycznie dwiema piłkami.

Ale to chyba lepiej tak, niż gdyby było na przykład 1:6, 1:6?

- I tak, i nie, bo taki wynik oznaczałby, że kompletnie nic mi nie wyszło tego dnia i o takim meczu chciałabym pewnie jak najszybciej zapomnieć. A tak jest niedosyt, świadomość, że niewiele brakło i mogło pójść w drugą stronę. Chyba po prostu trochę brakło mi szczęścia, bo do samego końca wszystko było na styku i mogło się przechylić na każdą stronę. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do Dominiki.

Wimbledon 2016 już za panią, a przed igrzyska w Rio. To chyba duże wyzwanie i szansa na medal?

- Cztery lata temu w Londynie też była szansa na medal, ale odpadłam w pierwszej rundzie. Igrzyska są tak naprawdę piątym turniejem Wielkiego Szlema w tym roku, bo w tenisie nie gra się najważniejszej imprezy raz na cztery lata, jak w niektórych dyscyplinach. My co roku mamy cztery największe turnieje, no i jeszcze na koniec sezonu masters WTA, więc też nikt się specjalnie nie przygotowuje do igrzysk. To po prostu kolejny turniej w kalendarzu, rangą trochę przewyższający większość imprez WTA Tour. No i przecież zaraz po Rio jest wielkoszlemowy US Open, więc siłą rzeczy zachowuje się do tego trochę dystans.

To znaczy, że dla pani większe znaczenie miałby triumf w Wielkim Szlemie, niż medal olimpijski?

- Zależy w jakim kolorze ten medal (śmiech). Jak to ująć, żeby znów ktoś nie przekręcił moich intencji?

Może tak: większość kibiców potrafi wymienić z głowy mistrzów czy mistrzynie Wimbledonu z ostatnich lat, a mistrzów olimpijskich niekoniecznie?

- Coś w tym jest, na pewno. Wiadomo, że fajnie byłoby to wszystko skompletować, czyli zwycięstwa w Wielkim Szlemie i mistrzostwo olimpijskie, ale to nie jest proste.

Nawet Rogerowi Federerowi się do końca nie udało, bo oprócz 17 tytułów wielkoszlemowych, może się pochwalić olimpijskim złotem, ale w deblu. W singlu zdobył "tylko" srebro.

- No właśnie, skoro Rogerowi się nie udało, jeszcze, bo może uda mu się w Rio, to tym bardziej przede mną daleka droga. Ale gdybym miała wybierać, to chyba jednak bardziej wartościowe byłoby dla mnie zwycięstwo w Wielkim Szlemie.

W Australian Open czy Wimbledonie? Bo wyraźnie te dwa turnieje pani najbardziej pasują i w nich osiąga pani najlepsze wyniki.

- Faktycznie obydwa miejsca bardzo lubię i dobrze się w nich czuję. W Melbourne jest bardzo rodzinnie, serdecznie i ciepło, no czasem trochę za ciepło, gdy się trafią 40-stopniowe upały, ale to bardzo przyjemne miejsce. I turniej jest świetnie zorganizowany.

No właśnie, podczas jednej z konferencji prasowych w Londynie powiedziała pani, że "Australia jest najlepsza, bo ma trzy korty z rozsuwanym dachem". Australijscy dziennikarze bardzo podchwycili temat i pisali, że "dla Agnieszki Radwańskiej Australian Open jest najlepszym turniejem".

- Naprawdę? Znowu będzie, że Radwańska coś powiedziała, choć tak naprawdę powiedziała coś trochę innego. Nie da się tak łatwo porównać wszystkich turniejów wielkoszlemowych, bo każdy jest zupełnie inny, ma swoją specyfikę. US Open, jak cały Nowy Jork, jest strasznie głośny, tam wiele się dzieje i często trudno jest się skoncentrować na tenisie. W Roland Garros jest trochę ciasno, no i gra się na nawierzchni ziemnej, która nie jest moją ulubioną. Tak że na tym tle, na pewno bardziej lubię Australian Open.

Bardziej od Wimbledonu?

No nie, może trochę inaczej. Wimbledon, to Wimbledon, no i w Wimbledonie gra się na mojej ulubionej trawie, a to jest poważny argument przemawiający za nim.

Czyli bardziej wartościowe byłoby dla Pani zwycięstwo w Londynie, niż w Melbourne?

- Umówmy się, że każde zwycięstwo w Wielkim Szlemie wzięłabym w ciemno. Ale jeśli miałabym wybierać, to chyba jednak wolałabym wygrać Wimbledon, bo to jednak wyjątkowy turniej, z całą swoją tradycją i historią. To jednak zawsze wielki zaszczyt być mistrzynią Wimbledonu.

W Londynie rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | tenis | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje