Reklama

Reklama

Wimbledon. Agnieszka Radwańska: Nie pamiętam takiego meczu

Agnieszka Radwańska (nr 3.) po bardzo dramatycznym i emocjonującym meczu awansowała do trzeciej rundy Wimbledonu, pokonując w czwartek Chorwatkę Anję Konjuch 6:2, 4:6, 9:7. Krakowianka przyznała po wygranej, że nie pamięta, kiedy ostatnio udało jej się zwyciężyć po obronie trzech meczboli.

Trwający dwie godziny i 36 minut pojedynek zakończył się zaledwie 20 minut, przed rozpoczęciem meczu Polska - Portugala w Marsylii, w ćwierćfinale Euro 2016.

- Wiadomo, że nie myślałam o tym, żeby zdążyć na mecz piłkarzy, ale nie ukrywam, że byłoby miło skończyć po godzince i pójść do domu, usiąść na wygodnej kanapie, coś zjeść i spokojnie oglądać futbol. No ale nie było dzisiaj tak pięknie, więc niestety trzeba odpłacić tym, że się ogląda ten mecz kątem oka w szatni, a po zakończeniu pierwszej połowy trzeba przyjść na konferencję prasową - powiedziała Interii Radwańska.

Reklama

Tu należy się wielki ukłon dla obsługi centrum prasowego, bowiem tuż przed konferencją przełączyli obraz w jednym z telewizorów na transmisję drugiej połowy meczu piłkarzy.

27-letnia Radwańska jest obecnie trzecia w rankingu WTA Tour, w Wimbledonie doszła już do finału (2012) i dwukrotnie do półfinałów (2013 i 2015). Natomiast młodsza o dziewięć lat rywalka jest 103. na świecie i dopiero marzy o miejscu w ścisłej czołówce i wielkich sukcesach.

- Dziwne u niej było dzisiaj to, że w miarę upływu czasu, serwowała coraz lepiej, pomimo zmęczenia. A przecież w większości przypadków jest tak, że im dłużej trwa mecz, to prędkość serwisu spada i wszystko ogólnie robi się troszkę gorsze, i celność słabnie, a tu wręcz przeciwnie. To było zaskakujące, choć też nie mogę powiedzieć, bo w drugim secie miałam wiele szans przy jej serwisie, niestety niewykorzystanych i dlatego się skończyło tak, jak się skończyło. Cóż czasem tak bywa. Oczywiście dobrze się wszystko skończyło, ale mogło jednak godzinkę wcześniej, wtedy nie narzekałabym - powiedziała Radwańska, która w drugiej partii nie wykorzystała siedmiu "break pointów".

W pierwszej partii, trwającej 24 minuty, Polka od stanu 2:2 zdobyła pięć kolejnych gemów, obejmując prowadzenie 1:0 w drugiej. Potem jednak z 2:1 zrobiło się nagle 1:3, 2:4 i 3:5. Przy 4:5 obroniła dwa setbole, ale przy trzecim sama zepsuła zagranie.

Decydujący set od początku nie układał się po myśli Polki, która przegrała swoje podanie już w trzecim gemie. I tak, jak w poprzednim, znalazła się w opałach, gdy na tablicy pojawił się wynik 3:5. Zanim wyszła na 4:5 rywalka miała do dyspozycji pierwszego meczbola, ale go zmarnowała.

Druga i trzecia piłka meczowa uciekły Konjuh, gdy prowadziła 5:4 i 40-15.

- Na pewno z trzech meczboli, to już dawno nie wygrałam, nie ma wątpliwości. Ale pamiętam na przykład tutaj taki mecz, chyba na korcie numer 14, z Chinką Shuai Peng, to było też dużo nerwów i 8:6 w trzecim secie, albo też 9:7. Tak, ten mecz pamiętam, ale wtedy nie obroniłam tylu meczowych. Wtedy raczej ja prowadziłam przez cały mecz i nie mogłam go skończyć - wspomina Radwańska.

Krakowiance udało się wyrównać na 5:5, ale zaraz potem straciła nieoczekiwanie własne podanie. Jednak rywalka zupełnie się pogubiła przy stanie 6:5 i niemal bez walki zrewanżowała się tym samym.

- Wiadomo, że niewykorzystane szanse się mszczą, ale miałam jednak trochę też fart, gdy przy meczbolu trafiła w taśmę. No tu mogło być niewesoło i bardzo, ale ona wyraźnie "sheblowała". Zdarza się tak, szczególnie młodym zawodniczkom, gdy mają szansę ograć kogoś z czołówki rankingu. Na szczęście dla mnie, choć i potem było jednak sporo nerwów - powiedziała Radwańska.

Przy stanie 7:7 i 30-15 Polka zagrała skrót, do którego przeciwniczka nie zdążyła dobiec, ale rozpędzona stanęła niefortunnie na piłce i zwichnęła kostkę. Był płacz, grymas bólu i konieczna pomoc medyczna.

- Czegoś takiego, to ja dawno nie widziałam, chyba nawet nigdy nie widziałam, żeby ktoś biegł, tak dziwnie stanął na piłce i skręcił nogę. No to jest pech, to jest po prostu totalny niefart, że ta piłka tak idealnie pod jej nogę wpadła Przecież skrótów w meczu były dziesiątki, a tu tak w końcówce się zdarzyło. Na szczęście, ja sobie w życiu nie skręciłam nogi. Odpukać i mam nadzieję, że to mi się nie zdarzy, choć wiadomo, że to są rzeczy, na które nie mamy wpływu - powiedziała Radwańska.

Z kostka oklejoną taśmą, utykająca Konjuh wróciła do gry, ale bez większej nadziei na sukces. Podwójny błąd serwisowy krakowianki i return w siatkę rywalki, po którym było 8:7.

Desperackie próby zdobywania punktów samym podaniem i bez biegania nie przyniosły większych rezultatów, choć Chorwatka obroniła drugiego meczbola przy 15-40. Przy trzecim była już bezradna.

- Wiadomo, że to nie był najlepszy mecz mojego życia i kariery, ale najważniejsze, że posżło do przodu i jestem dalej w turnieju. Wiadomo, że nie zawsze się wygrywa grając najlepiej i to było tutaj idealnym tego przykładem. A jeśli chodzi teraz o kolejne mecze, to już powinno być trochę mniej presji. Mam nadzieję, że to, co się dzisiaj stało, pomoże mi, i że będzie się grało już trochę luźniej - uważa Radwańska.

Również w trzeciej rundzie Polkę czeka spotkanie z dużo niżej notowaną rywalką, tym razem 114. w rankingu WTA Tour. Będzie nią Czeszka Katerina Siniakova, która w czwartek wyeliminowała Francuzkę Caroline Garcię (30.) 4:6, 6:4, 6:1.

- Znam ją, kolejna waleczna "20-tka". Grałam z nią w zeszłym roku w US Open, w pierwszej rundzie i wygrałam (wynik był 6:2, 6:3 - przyp. red). Jest bardzo ambitna, widziałam jej kilka meczów, także na trawie, bo była w Birmingham. Tutaj jest inna nawierzchnia, niż w Nowym Jorku, więc inna historia. Na pewno musiała dziś dobrze zagrać, skoro wygrała z Garcią, więc podejrzewam, że będzie podobny tenis, jak mojej przeciwniczki w drugiej rundzie. Choć może lepiej, żeby ten mecz nie wyglądał, jak dzisiejsza moja druga runda. Oby nie - dodała ze śmiechem Radwańska. 

Czwarty dzień The Championships 2016 przyniósł sporo niespodzianek w kobiecej drabince, a największa było odpadnięcie w drugiej rundzie ubiegłorocznej finalistki Hiszpanki Garbine Muguruzy (nr 2.). Prazki poniosły też m.in. Czeszka Karolina Pliskova (15.), Ukrainka Elina Svitolina (17.), Włoszka Sara Errani (20.), Serbka Jelena Janković (22.) czy Niemka Andrea Petkovic (32.).

- No tak, jak zwykle posypało się trochę, jak zwykle na początku Wimbledonu, wiadomo. Tutaj mówi się, że takie zawodniczki młode, gniewne, mogą wygrać tu z faworytkami tylko w pierwszych rundach. A potem już, w drugim tygodniu, to już jest zupełnie inny poziom i taka dziewczyna dostałaby dwa gemy i tyle. To ma duże jednak znaczenie, bo łatwo się wychodzi na kort, jak nic nie trzeba, nic się nie musi, tylko może, wtedy jest super, bez żadnej presji, po prostu ładuje się w piłę tyle, ile natura dała. A ta osoba, która ma wysoki ranking, jest faworytką, to już nie ma takiego luzu, bo nie wypada przegrać na początku turnieju, szczególnie z kimś spoza "setki". Stąd tyle zaskakujących wyników, nie wszystkie wytrzymują presję - powiedziała Radwańska.

W czwartek nie powiodło się w pierwszej rundzie debla Alicji Rosolskiej, która zgłosiła się do gry z Japonką Nao Hibino. Poniosły porażkę z Amerykanką Vanią King i Rosjanką Ałłą Kudriawcewą (nr 13.) 6:3, 1:6, 3:6. Polka wystąpi jeszcze w Londynie w grze mieszanej.

Z Londynu Tomasz Dobiecki


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama