Reklama

Reklama

Wimbledon. Agnieszka Radwańska: Jestem już ubrana, ale w połowie

Agnieszka Radwańska pokonała byłą liderkę rankingu WTA Tour - Serbkę Jelenę Janković 7:6 (7-3), 6:0 i awansowała do drugiej rundy Wimbledonu. - Wcześniej grałam, jakbym była w piżamie, teraz już jestem ubrana, choć do połowy - podsumowała tegoroczne starty na trawie.

- Oczywiście grałam z nią nie raz, nie dwa i wiem na co ją stać. Dlatego cieszę się, że nie było zaciętych trzech setów i walki o każdy gem w końcówce, bo tego pewnie bym jednak nie wytrzymała. Zresztą i tak po tym meczu czuję się, jakbym nogach miała pięć setów, bo choć już wirus minął, wznowiłam treningi, to jednak organizm jest jeszcze wciąż osłabiony. Owszem, losowanie pierwszej rundy mogło być lepsze, ale i też mogło być gorsze. Jest dużo dziewczyn nierozstawionych, na które by się nie chciało od razu trafić w Wielkim Szlemie. Nie ma więc co narzekać - powiedziała Interii Radwańska.

Reklama

Było to dziesiąty pojedynek krakowianki, dziesiątej w rankingu WTA Tour, z Janković, obecnie 67. na świecie. Poprawiła go na 8-2, a na trawie na 2-0, bowiem pokonała Serbkę w 1/8 finału w Wimbledonie w 2015 roku 7:5, 6:4. Poza tym nie przegrała z nią w pięciu meczach na twardych kortach, a obie porażki poniosła na najwolniejszej nawierzchni ziemnej.  

- Każdy taki mecz na trawie dużo daje, tym bardziej, że nie grałam w tym roku zbyt wiele meczów na trawie. Od przyjazdu starałam się tu wykorzystywać każdą okazję do treningu na trawie, ale wiadomo, że to nie to samo, co meczowy rytm. To zupełnie inna historia, forma z treningów jednak aż tak się nie przekłada, choć chciałabym, żeby to było takie proste i podejrzewam, że byłyby wtedy inne wyniki. Tym bardziej, że to była zawodniczka na pierwszą rundę dość ciężka i taka intensywność to jest dużo, ale mam nadzieję, że będzie lepiej, choć nigdy nie wiadomo, co się dalej wydarzy - dodała Radwańska.

Przed Wimbledonem krakowianka wystąpiła na trawie tylko w Eastbourne, w ubiegłym tygodniu, co było skutkiem mniejszych kontuzji i wirusa, który na dwa tygodnie wyłączył ją z treningów i gry. Przegrała tam pierwszy mecz, przesuwany przez dwa dni w wyniku ulewnych opadów deszczu.

- Teraz jak na to patrzę, to wiem, że nie powinnam była tam grać, bo przez pogodę nawet nie było okazji do trenowania na trawie. Tym bardziej, że tam byłam tuż po chorobie i praktycznie w ogóle nie grałam. Spóźniona wszędzie, bez nóg, bez rąk, bez niczego właściwie. To była praktycznie tylko taka przeprawa, żeby zagrać jakiś mecz na trawie chociaż przed Wimbledonem. Teraz już, z dnia na dzień, jest ciut lepiej, więc dziś był na pewno mecz o klasę co najmniej lepszy niż w tamtym tygodniu. W Eastbourne czułam się tak, jakbym właściwie w piżamie była. Jeszcze się nie zdążyłam przebrać, a już grałam mecz, no i wyszło jak wyszło. No teraz czuję, że już jestem ubrana, ale tak do połowy - powiedziała Radwańska.

Pierwsze osiem gemów wtorkowego meczu przebiegało dość spokojnie, zgodnie z regułą własnego podania. Choć przez chwilę pojawił się niepokój, gdy w piątym gemie krakowianka poślizgnęła się niefortunnie i upadła na kort.

- Skutki tego czułam gdzieś przez dwa gemy, ale to wszystko szło tak szybko, praktycznie była to jedna setna sekundy i mnie nie było. Ja nawet nie pamiętam, jak ja to zrobiła, która noga mi się poślizgnęła, jak ja upadłam. szczerze mówiąc kompletnie nie pamiętam nic z tego zdarzenia. Aż z ciekawości sama sobie to wygoogluje i zobaczę - twierdzi 28-letnia Polka.

Gdy w dziewiątym gemie nieoczekiwanie Janković zdobyła "breaka", wydawało się, że za chwilę rozstrzygnie losy seta na swoją korzyść. Tak się jednak nie stało, bo chwilę później sama również nie zdołała utrzymać swojego serwisu i zrobiło się 5:5.

Potem doszło do ponownych obustronnych przełamań, więc o losach partii zadecydował tie-break. Świetnie rozpoczęła go Radwańska, która obejmowała prowadzenie 2-2 i 4-2. Podczas jednej z wymian Serbka niefortunnie poślizgnęła się biegnąc do piłki i można było odnieść wrażenie, że lekko nadwerężyła kostkę. Jednak grała dalej, stawiając opór coraz lepiej spisującej się rywalce.

Od stanu 4-3 Polka nie straciła już punktu, wykorzystując pierwszego setbola po 65 minutach wyrównanej walki, pełnej dynamicznych wymian, ale też dropszotów i wypadów do siatki. Trochę pomogła jej przeciwniczka, by w decydującej wymianie wyrzuciła na aut prostą piłkę z bekhendu.

- Chyba decydująca była końcówka pierwszego seta, w której się dużo działo. Były obustronne przełamania, no i ona dwa razy serwowała na seta przecież. Także to był zdecydowanie kluczowy moment dzisiaj. Bo w drugim secie już jednak wyraźnie zgasła, coś puściło no i tak poszło już trochę z górki. W sumie, wiadomo, że dzisiaj obie tak serwowałyśmy, że tak naprawdę mogłyśmy się poprzełamywać już dużo wcześniej, praktycznie od pierwszych gemów. Ale długo się trzymałyśmy w sumie. Pamiętam taki jej błąd na po pięć, taką piłkę niedolot, gdzieś tam nie doleciało. Wiadomo, że trzeba wykorzystywać takie momenty. No i później tie-break poszedł już tak dość łatwo i go łatwo wygrałam, ale cały czas starałam się ją tam jednak gdzieś zagonić i fizycznie widać było, że poczuła tego pierwszego seta. Trochę jednak obiegała i pewnie w pewnym momencie miała dość -  powiedziała Interii Radwańska.

Druga partia, trwająca zaledwie 20 minut, była z jednej strony popisem gry Radwańskiej, która wykorzystywała każde najmniejsze zawahanie przeciwniczki. Ale też w sposobie poruszania się Janković można było dostrzec elementy asekuracji, jakby coś jej dolegało. Czasem, przygotowując się do serwisu, próbowała dyskretnie rozmasować dolna część pleców. Do niektórych zagrań krakowianki nawet nie próbowała startować.

Efektem tego stanu rzeczy było sześć gemów pewnie wygranych przez Polkę, która wykorzystała pierwszego meczbola przy swoim podaniu, po godzinie i 25 minutach rywalizacji. Jej kolejną rywalką będzie Amerykanka Christina McHale, którą pokonała we wszystkich pięciu dotychczasowych spotkaniach, w tym czterokrotnie na hardkorcie i raz na trawie w Nottingham dwa lata temu (6:3, 6:1). Dotychczas nie straciła z nią jeszcze seta.

We wtorek nie powiodło się w pierwszej rundzie drugiej z Polek w głównej drabince. Magda Linette przegrała z Amerykanką Bethanie Mattek-Sands 6:1, 2:6, 3:6

- Obydwa dzisiejsze mecze z udziałem Polek pokazały, że kobiecym tenisie serwis nie odgrywa tak dużej roli, jak u mężczyzn. U dziewczyn częściej zdarzają się serie wygranych gemów i przełamania. Wyjątkiem jest chyba tylko Serena Williams, która serwuje najlepiej w Turze. Dlatego takie wyniki i częste zwroty akcji, szczególnie jak u Magdy Linette, nie powinny nikogo dziwić. Na pewno Mattek-Sands wykorzystała siłę i przewagę fizyczną nad Magdą, a trawiasta nawierzchnia sprzyja właśnie takiemu agresywnemu stylowi gry. Z nim niewiele zawodniczek potrafi sobie poradzić, choć akurat do nich zdecydowanie należy na przykład Radwańska. Pokazała to też dzisiaj skutecznie rozmontowując grę Janković - powiedział Interii Mario Trnovsky z MTW Academy.

- Trudno jest przewidywać, jak daleko może dojść Agnieszka, bo ma za sobą poważne problemy zdrowotne i przerwy w grze. Ale w meczu z Janković świetnie wykorzystała swoje atuty w grze na trawie. Przez całe spotkanie też zachowała spokój i stabilny rytm, pomimo braku meczowego ogrania w turniejach w ostatnich tygodniach. Biorąc pod uwagę, że trawa jest jej ulubioną nawierzchnią i sprzyja jej stylowi gry, Agnieszka ma szanse na dobry wynik, ale równie dobrze może trafić na bardzo regularnie grającą rywalkę i wtedy pojawią się kłopoty kondycyjne po wirusowej infekcji. Nie można od niej w tej sytuacji zbyt wiele oczekiwać, ale myślę, że może nas zaskoczyć - dodał szkoleniowiec, który współpracował m.in. z Martą Domachowską, Klaudią Jans-Ignacik czy trenował na początku kariery Marcina Gawrona.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje