​Seniorzy Cracovii nie mogą odżałować Władysława Radwańskiego

Był znakomitym napastnikiem hokejowej Cracovii, trenerem i wychowawcą młodzieży, a przede wszystkim seniorem rodu Radwańskich. W niedzielę, 11 sierpnia 2013 r. o 21:10 odszedł od nas dziadek Agnieszki i Urszuli Radwańskich - Władysław Radwański. Miał 81 lat. Uroczystości pogrzebowe odbędą się w sobotę, 17 sierpnia o godz. 12 na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jak wspominają Zmarłego w Cracovii?

Jeszcze w piątek szykował się do wyjścia ze szpitala i perspektywa ta bardzo go ekscytowała. - Czuję się coraz lepiej - opowiadał swemu przyjacielowi z hokejowej drużyny "Pasów", Antoniemu Monteanowi.

Reklama

Na telefonie komórkowym syn Piotr Robert zainstalował mu aplikację, dzięki której mógł obejrzeć półfinał turnieju w Toronto, w którym jego ukochana wnuczka Agnieszka miała się zmierzyć z Sereną Williams. W nocy odszedł na zawsze, po długiej walce z chorobami, głównie tą nowotworową.

- Był wspaniałym, oddanym człowiekiem. Rozmawiałem z nim na obchodach 107. rocznicy powstania Cracovii. Owszem, chorował, ale miał jasność umysłu, świetną pamięć i płynnie się wypowiadał - tak wspomina Władysława Radwańskiego Jerzy Łudzik, przewodniczący Rady Seniorów KS Cracovia.

Cracovia zdążyła uhonorować pana Władysława - 13 czerwca wręczyła mu order Cracovia Restituta - najwyższe odznaczenie dla byłych sportowców i działaczy "Pasów".

Dziadek Radwański zaczął tradycję sportową rodu

Pan Władysław był seniorem rodu Radwańskich i to on wszczepił bakcyla uprawiania sportu w rodzinne geny. Jego syn Piotr Robert wyrósł na znakomitego tenisistę, mistrza Polski, a później trenera. Wnuczki pana Władysława - Agnieszka i Urszula, dzięki jego wsparciu mentalnemu, moralnemu, a także finansowemu, wyrosły na najlepsze w Polsce i czołowe tenisistki na świecie.

- Syn od razu się zorientował, że Agnieszka z Ulą są bardzo sprawne, mają doskonałą koordynację. W wieku trzech-pięciu lat wybijały się zdecydowanie na tle innych dzieci. Piotr zdecydował, że wnuczki będą grały w tenisa. Zaczęło im to bardzo dobrze wychodzić. Dziewczynki od razu połknęły bakcyla - opowiadał nam w 2008 roku, gdy Agnieszka zaczęła się przebijać do światowej czołówki.

- Władek był bardzo komunikatywny, oddany sportowi, poświęcał się wychowywaniu młodzieży. 13 czerwca był na spotkaniu jubileuszowym, dostał order Cracovia Restituta - opowiada Jerzy Łudzik. - Rozmawialiśmy z nim długo. "Parkinson" go atakował, ale Władek był twardy, nie dawał się chorobie - jego sposób rozumowania, rozmowy, pamięć - wszystko to było w porządku - dodaje pan Jerzy.

Rada Seniorów Cracovii jest już gotowa na ostatnie pożegnanie pana Władysława. Uroczystości pogrzebowe odbędą się w najbliższą sobotę o godz. 12 na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Chciał zostać piłkarzem, ale ...

Pan Władysław w młodości marzył, by zostać piłkarzem "Pasów". Zaczął nawet treningi piłkarskie. Pewnego dnia, na przełomie lat 40. i 50. XX wieku, po zajęciach piłkarskich do młodych piłkarzy "Pasów" przyszli działacze sekcji hokejowej. "Kto potrafi jeździć na łyżwach, zapraszamy do nas" - ogłosili.

Zgłosiło się kilku chętnych, ale do pierwszego zespołu przebiło się tylko dwóch eks-piłkarzy - Władysław Radwański i Antoni Montean. - Władek nauczył się śmigać na łyżwach na stawach w Płaszowie, a ja na lodowisku Olszy - wspomina Montean.

Pan Władysław miał pecha - gdy zaczynał przygodę z dorosłym hokejem, w Cracovii kończyły się dobre czasy, brakowało pieniędzy na wszystko. O mecenasie na miarę współczesnego Janusza Filipiaka hokeiści mogli tylko pomarzyć. Po latach 1946-1949, gdy "Pasy" święciły triumfy bijąc krajową konkurencję i sięgając po cztery mistrzostwa Polski z rzędu, zostały tylko wspomnienia.

Odmłodzoną rewolucyjnie drużynę hokeistów spajał i mentalnie prowadził jej legendarny zawodnik - Włodzimierz Kopczyński. - Tylko dzięki niemu hokej przetrwał w Cracovii te najtrudniejsze czasy - podkreśla Montean.

"Pasy" bazowały na wychowankach, bądź zasilały się graczami Podhala Nowy Targ czy KTH Krynica, którzy studiowali w Krakowie. Ten krakowsko-góralski przekładaniec balansował między drugą a trzecią ligą, awanse do ekstraklasy, w spartańskich warunkach, w jakich funkcjonowała sekcja, były traktowane jak cud.

Jeden z tych cudów nastąpił 1 marca 1959 r., gdy "Pasy" z Radwańskim w składzie pokonały na Torkacie Mysłowice 09 5-1 i awansowały do ekstraklasy.

Obok pana Władysława i Antoniego Monteana w tamtej drużynie występowali m.in. Dutkiewicz, Kaleta, Adam Kopczyński, Juliusz Korzeniak, Leopold Michno, Maksymilian Więcej i Leszek Zbożeń. 

Treningi o drugiej w nocy

W Krakowie nikomu się wtedy jeszcze nie śniło sztuczne lodowisko. Swe mecze "Pasy" rozgrywały pod Wawelem tylko w warunkach zimowych, na naturalnym lodowisku przy ul. Kałuży, w miejscu, gdzie latem były... korty tenisowe.

- Dzisiaj stoi tam nowoczesny stadion. My jednak mieliśmy gospodarza obiektu, Michała "Dżona", który był prawdziwym czarodziejem. Miał jakąś metodę, że nawet przy temperaturze zero stopni potrafił zamrozić taflę - opowiada Antoni Montean.

Zanim nadeszła zima, hokeiści Cracovii jeździli na treningi do Katowic, na tamtejszy Torkat - jedno z pierwszych lodowisk w Polsce. - Torkat był oblegany niemal przez całą dobę. W oczekiwaniu na swą kolej musieliśmy sypiać w pokojach obiektu. Pamiętam, że przed drugą w nocy budził nas kierownik drużyny, bo akurat nadeszła pora naszego treningu - opowiada pan Antoni.

Razem z Władysławem Radwańskim wsiadali w pociąg do Katowic z kijami hokejowymi w prawej, a torbami z resztą sprzętu w lewej ręce. Na dworcu w Katowicach, pod zegarem, czekali na resztę zespołu.

Z panem Władysławem tworzyli zgraną paczkę, chociaż nie grali w jednej "piątce". Dziadek sióstr Radwańskich nosił pseudonim "Siwy" - z uwagi na blond włosy - i tworzył atak najczęściej z Dutkiewiczem i Korzeniakiem.

Nie podobała mu się "siła razy gwałt", bez gry kombinacyjnej

Na lodowisku przy Siedleckiego, razem z Antonim Monteanem, byli regularnymi bywalcami. Płakali z radości, gdy przekreślany przez większość ekspertów zespół sięgnął w marcu po mistrzostwo Polski.

- Władek nie przepadał za współczesnym stylem gry, za tym ciągłym wstrzeliwaniem krążka za bramkę i jak najszybszym zamykaniem tercji przeciwnika - taka siła razy gwałt, bez gry kombinacyjnej przemyślanej akcji. Obu nam nie podobało się, że w odróżnieniu od naszych czasów zespół przypomina armię zaciężną, ale przecież to nasza Cracovia, więc chodziliśmy na jej mecze i cieszyliśmy się sukcesami. Poza tym taki Leszek Laszkiewicz był już tu tak długo, że traktowaliśmy go jak wychowanka - opowiaada Antoni Montean.

Dwaj przyjaciele z lodowiska po raz ostatni widzieli się w miniony piątek. Żaden z nich nie podejrzewał, że "Siwemu" zostały jeszcze tylko dwa dni "na tym łez padole".

- Był podekscytowany tym, że wychodzi, i tym, że jego wnuczka gra wspaniale w Toronto. Pielęgniarka akurat wniosła obiad. Poprosił: "Antek, musisz mnie nakarmić", bo w jednej ręce miał bezwład, druga mu się trzęsła. To były jednak małe problemy jak na jego charakter - opowiada Montean o ostatnim spotkaniu z przyjacielem.

Rozmawiali o piłce i o hokeju, zastanawiali się jak "Pasy" poradzą sobie bez Leszka Laszkiewicza i Nicolasa Bescha, którzy po mistrzowskim sezonie opuścili zespół, cieszyli się, że Cracovia ma prof. Janusza Filipiaka, który zapewnia jej stabilizację finansową, podczas gdy "zasłużony ŁKS wylądował w czwartej lidze".

Teraz Władysław Radwański zasilił już drużynę hokejową Świętego Piotra. - Jestem wstrząśnięty odejściem Władka - nie kryje Montean. - Choroba, chorobą, ale byłem przekonany, że mój przyjaciel pożyje jeszcze trochę, a tu tak nagle odszedł...

Autor: Michał Białoński

Poniższy materiał prezentujemy dzięki uprzejmości serwisu Terazpasy.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje