Reklama

Reklama

Roland Garros. Radwańska po porażce z Cornet: Może bym na „ziemi” lepiej zaśpiewała?

- Kort był mokry, taka mokra glina się wręcz zrobiła, piłki były bardzo ciężkie, więc ja dziś męczyłam się sama z sobą. Czy to przy serwisie, czy przy innych uderzeniach, czy też przy bieganiu, przy poruszaniu się, no nie pomogło mi to. Niestety nie mam warunków fizycznych do gry na „ziemi”. Chociaż może lepiej bym na niej zaśpiewała, kto wie? – powiedziała ze śmiechem Agnieszka Radwańska.

Agnieszka Radwańska odpadła w trzeciej rundzie wielkoszlemowego Roland Garros. Polka, która w Paryżu wróciła do gry po miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzja stopy, przegrała nieoczekiwanie z Francuzką Alize Cornet 2:6, 1:6.

Reklama

- Na pewno Alize zagrała dzisiaj bardzo dobrze, widać, że dobrze czuje się na tej nawierzchni, w przeciwieństwie do mnie. Na korcie robiła wszystko poprawnie, tak jak być powinno, a ja nie. Na pewno rzadko się zdarza, że nie wygrywam w meczu gema przy swoim serwisie. Dziś kort był mokry, taka mokra glin się wręcz zrobiła, piłki były bardzo ciężkie, więc ja dziś męczyłam się sama z sobą. Czy to przy serwisie, czy przy innych uderzeniach, czy też przy bieganiu, przy poruszaniu się, no nie pomogło mi to. Niestety nie mam warunków fizycznych do gry na "ziemi". Chociaż może lepiej bym na niej zaśpiewała, kto wie? - powiedziała ze śmiechem Radwańska.

- Trudno powiedzieć, kiedy zaczęło się takie moje nastawienie na ziemi, zwykle ono rodzi się na początku kariery. Z roku na rok jest mi coraz ciężej, moje ciało coraz trudniej znosi przechodzenie na mączkę, nie wytrzymuje tego, bo za chwilę jest bark, łokieć i tak dalej, jak domino. Pewnie dlatego męczę się na niej sama z sobą i przyjeżdżam tu z takim nastawieniem. Trudno więc, żebym skakała z radości, że gram kolejne turnieje na ziemi i będzie super. Chociaż przecież wychowałam się na "ziemi", a czasy juniorskie to była tylko gra na niej w ITF-ach czy turniejach, a hard kort wtedy dla mnie był taką abstrakcją i się kompletnie nie odnajdywałam na nim, nigdy nie trenowałam. Podobnie jakiś dywan, sztuczna trawa, czy jakieś inne klepiska. Ale pod wpływem kalendarza WTA wszystko się zmieniło o 180 stopni. - dodała.

Od kilku lat tenisowy kalendarz zmienia się mocno ograniczając liczbę turniejów na kortach ziemnych. Gra się na nich głównie od kwietnia do maja, potem jeszcze sporadycznie w mniejszych imprezach w lipcu, a tak naprawdę 75 procent roku to występy na twardych kortach.

- Z mojej perspektywy to dobry kierunek, bo "cegła" u mnie ogranicza się do minimum, czyli trzech turniejów w roku: w Rzymie, Madrycie i Paryżu. To się szybko kończy i można wreszcie na trawie zagrać kilka meczów. Także jest teraz ulga, że już schodzimy z "ziemi". Trudno jest odpuścić Roland Garros, bo to jest jednak Wielki Szlem i ciężko jest też zrobić sobie takiej dużej luki przerwę, jak Roger Federer, i nie grać na "ziemi" wcale. Ale kto wie, może w przyszłości tak zrobię, choć to będzie zależało od tego, jak będę grała przez pierwsze miesiące w roku. Na razie będą jednak tu grała, nawet ograniczając to minimum, ale zobaczymy jak będzie za parę lat, jak to będzie znosić dalej moje ciało - powiedziała Interii Radwańska.

Krakowianka pauzowała przez miesiąc, w wyniku problemów ze stopą, a treningi wznowiła w tygodniu poprzedzającym Roland Garros, w którym jej najlepszym wynikiem jest wciąż ćwierćfinał osiągnięty w 2013 roku.

- Myślę, że jeszcze ze dwa tygodnie temu, kiedy jeszcze kroku nie mogłam dobrze zrobić, to pewnie trzecią rundę tutaj, ba nawet drugą, to bym pewnie brała i to w ciemno, gdyby mi ktoś oferował. Ale przyjeżdżając tu już czułam się lepiej, na korcie treningi też wcale nie wyglądały źle, więc choćby z ambicji nie wiem, czy bym "wzięła" trzecią rundę, ale się nie udało jej przejść. Wiadomo, że taki mecz na "ziemi" trochę zdrowia kosztuje, ale czułem się ok, noga mnie nie bolała, więc jest już dobrze - powiedziała Radwańska.  

Po kilkudniowych upałach w Paryżu, w piątek wieczorem i w nocy padało, więc zrobiło się chłodniej. Lekkie zwiewne sukienki odsłaniające ramiona i plecy przysłoniły żakiety lub obcisłe kurtki, a na butach paryżanek pojawiły się krótkie kozaczki. To znaczy, że w stolicy Francji temperatura spadła do granicy chodu, czyli jakiś 20-21 stopni.

Chłodem powiało też na samym korcie im. Philippe’a Chatrieara, szczególnie z oczu Cornet, która wyszła do gry z miną wybitnie naburmuszoną, morderczym spojrzeniem i przyklejonym grymasem na twarzy. Trudno się dziwić, bo oficjalny bilans dotychczasowych pojedynków z krakowianką wynosił 1-7.

Zresztą, jeśli pogrzebać dokładniej w statystykach Radwańskiej, to można odnieść wrażenie, że nie przepada z rywalkami z Francji, albo po prostu ma na nie tzw. patent. Z niegrającą już Marion Bartoli rywalizację zakończyła w stosunku 7-0, a z obecną czołówką "trójkolorowych" również jest na plus: z Caroline Garcią 4-1, Pauline Parmentier 2-0, tylko remisuje z Virginie Razzano 2-2.

- Statystyki i cyfry rankingowe nie grają na korcie - często powtarza 28-letnia krakowianka. I faktycznie, w sobotnim meczu trafia na zadziwiająco solidny opór ze strony Cornet. Przede wszystkim tenisowy, w postaci mocno odgrywanych piłek, często na granicy błędu po liniach, pewnego serwisu i uporu w dobieganiu do zaskakujących skrótów. W sferze psychicznej za to Francuzka dała prawdziwy koncert fochów, donośnych westchnięć, pogardliwych parsknięć, okrzyków, przekleństw, ale i głośnych tyrad, których nie powstydziłby się sam Georges Danton.

Ale wracając do tenisowych aspektów meczu, to Francuzka już w drugim gemie zdołała przełamać podanie rywalki, ale przy 2:0 oddała jej od razu swoje. Ta solidarna wymiana "breaków" trwała do stanu 4:2, a przerwała ją Cornet utrzymując swojego gema. Chwilę później, dzięki kolejnemu prezentowi serwisowemu ze strony Radwańskiej, rozstrzygnęła na swoją korzyść pierwszego seta 6:2, po 40 minutach gry.

Druga partia rozpoczęła się udanie dla Radwańskiej, która wyszła na 1:0, wygrywając gema przy podaniu zawodniczki gospodarzy. Jednak szybko okazało się, że to tylko miłe złego początku, bo sześć kolejnych padłu łupem coraz bardziej rozpędzonej Francuzki. Przy pierwszym meczbolu co prawda jej dropszot zatrzymał się na siatce, ale przy drugim zdołała minąć rywalkę znajdującą się przy siatce i zakończyła spotkanie po godzinie i 19 minutach.

- "Ziemię" w tym roku mam już za sobą, teraz przede mną ulubiona trawa. Jeszcze do końca nie wiem, jak to będzie, aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że pewnie będę zaczynać sezon na trawie od pierwszego turnieju, czyli w s’Hertogenbosh, który jest za tydzień praktycznie. No a potem zobaczymy, czy będą w sumie trzy, czy tylko dwa starty przed Wimbledonem. Wiadomo, że teraz będą pracować trochę inne mięśnie, boleć inne miejsca na początku, będzie inny kozioł piłki, inne bieganie, przechodzimy tutaj ze skrajności w skrajność. Gdzieś tam zawsze coś poboli, ale to nie jest tak, że to od razu jest coś poważnego - dodała Radwańska.

Wstępny plan startowy 28-letniej Polki najbliższe trzy tygodnie zakłada jeszcze występy w Birmingham i Eastbourne, a 3 lipca rusza trzecia wielkoszlemowa impreza w sezonie - Wimbledon.

Z Paryża Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwanska | roland garros

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje