Reklama

Reklama

Robert Radwański: Do tej pory zasypiałem na meczach Agnieszki

Agnieszka Radwańska w 13. zwycięskim spotkaniu od początku roku pokonała byłą liderkę rankingu tenisistek Serbkę Anę Ivanović i awansowała do 1/4 finału wielkoszlemowego Australian Open. To pierwszy mecz obejrzany w całości przez jej ojca Roberta Radwańskiego.

Polska Agencja Prasowa: Dwa wygrane turnieje WTA Tour, 13 meczów bez straty seta, to chyba wymarzone otwarcie sezonu?

Robert Radwański: - Tak, czuję potężną satysfakcję i radość, bo z przyjemnością patrzę na świetną grę starszej córki. Choć szczerze muszę przyznać, że dzisiaj po raz pierwszy obejrzałem cały mecz, od pierwszej do ostatniej piłki.

Czyżby w Krakowie kibicowanie wyszło z mody?

- Ależ, nie, bynajmniej. Po prostu dotychczas grała mecze w nocy naszego czasu. Ja, widząc jak w każdym kolejnym występie utrzymuje wysoką formę, gra dobrze i kontroluje przebieg wydarzeń na korcie, po prostu zasypiałem zazwyczaj jeszcze przed końcem pierwszego seta. Zgubna, a właściwie błogo uspokajająca była pewność, że nic złego się nie wydarzy, bo nie ma prawa przy takiej grze córki.

Reklama

Ale niedzielny mecz z Ivanović to jednak nie była zwykła "bułka z masłem"?

- No nie, tym bardziej, że Ana naprawdę dobrze grała w tym turnieju i dzisiaj również. Mimo wszystko, tak jak w poprzednich meczach w Melbourne, Isia kontrolowała grę i nie dała jej zbyt wielu możliwości do rozwinięcia skrzydeł. Było widać, że Serbka musiała maksymalnie ryzykować, żeby liczyć na punkty, bo właściwie każda piłka wracała na jej połowę. Nie dostawała absolutnie żadnych prezentów. Cztery niewymuszone błędy Agnieszki mieszczą się przecież w marginesie błędu statystycznego.

Agnieszka jest już w ćwierćfinale, więc poprzeczka poszła znów w górę. Z drugiej strony z Chinką Na Li wygrała dziesięć dni temu w Sydney i to w dwóch setach...

- Tak, ale to jest nowe otwarcie. Tamten mecz to już historia, bo tu są choćby nieco inne korty, no i o wiele ważniejszy turniej. Wielki Szlem zawsze dodatkowo motywuje zawodniczki. Jest wyzwaniem, które potrafi wydobyć z każdej dziewczyny to, co w jej grze najlepsze. Nie ma więc łatwych meczów czy rywalek. Dlatego cieszę się, że Aga, mimo iż zgłosiła się do debla, to jednak nie wystąpiła w nim. To wycofanie się dało jej więcej czasu na odpoczynek i regenerację przed kolejnymi pojedynkami w singlu.

Tym bardziej, że 13 styczniowych meczów czuje się przecież w nogach. Czy to nie była zbyt karkołomna droga tuż przed Australian Open?

- Karkołomna albo i nie, bo same treningi, nawet najciężej przepracowane, nie zastąpią przecież gry o punkty. Czasem lepiej więc zagrać, nawet trochę na luzie, jakiś mały turniej, kilka spotkań, niż tylko odbijać piłki ze sparingpartnerem. Dlatego bardzo się cieszę, że Agnieszka utrzymuje cały czas wysoką formę, którą wyniosła z naszych przedsezonowych przygotowań w Krakowie. No i mam nadzieję, że dalej ją utrzyma i będzie grała wciąż na tak wysokim poziomie. Jeśli tak będzie, to śmiem nawet stwierdzić, że ma spore szanse na końcowe zwycięstwo w Melbourne.

Po Li prawdopodobnie byłby półfinał z Rosjanką Marią Szarapową, a w finale albo Białorusinka Wiktoria Azarenka, albo Amerykanka Serena Williams. Chyba przyzna pan, że droga jest co najmniej wyboista?

- Oczywiście, że nie będzie łatwo. Ważne jest to, ze dochodząc do ćwierćfinału Iśka obroniła punkty sprzed roku, więc teraz już może tylko zyskiwać. W tej fazie mogą się też przecież zdarzyć jakieś niespodzianki. Jeśli nie sprawią ich inne zawodniczki, spoza czołowej trójki rankingu, to być może postara się o nie Agnieszka. Z taką grą, jaką prezentuje ostatnio, naprawdę jest w stanie powalczyć z każdą rywalką. Na pewno jej forma pozwala poważnie myśleć co najmniej o półfinale. A może i... cóż, zobaczymy.

Udanym otwarciem sezonu nie może się pochwalić młodsza z córek - Urszula. Porażka w pierwszym meczu z Amerykanką Jamie Hampton, która w trzeciej rundzie urwała seta Azarence, to chyba jednak pewne rozczarowanie?

- Na pewno oczekiwania były większe, ale niestety na cztery dni przed tym meczem Ula zwichnęła kostkę na rozgrzewce. Cóż, zwyczajny pech, który się jej czasem przydarza. Grając przeciwko Hampton wyraźnie oszczędzała nogę i nie biegała tak szybko, jak to zwykle robi. W tym tygodniu odpoczęła, więc jest już lepiej. Właśnie dzisiaj wróciła z Australii. Odebrałem ją z lotniska i jutro rozpoczynamy treningi w Krakowie, a w sobotę leci na turniej halowy do Paryża. Kolejna impreza w kalendarzu, kolejna szansa na punkty. Zobaczymy, co będzie dalej.

Rozmawiał: Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama