Reklama

Reklama

Radwańska: Na podobne kontrakty nie mam co liczyć

Agnieszka Radwańska występem w półfinale turnieju WTA Championships w Stambule zakończyła najlepszy rok w karierze. Tenisistkę czekają krótkie wakacje i przygotowania do nowego sezonu, podczas których pozwoli sobie na odstępstwa od sportowej diety.


Z czego się składa dieta zawodowej tenisistki?

Agnieszka Radwańska: - To bardzo indywidualne, bo zależy od tego, jak działa metabolizm, czyli de facto od tego, na ile można sobie pozwolić. Wiadomo, że trochę inaczej wygląda dieta podczas turniejów, a inaczej gdy jest przerwa w startach. W pierwszym przypadku, to przede wszystkim banany, makarony i kurczak. Natomiast, kiedy jestem w domu, to mogę sobie pozwolić praktycznie na wszystko. Mam takie szczęście, że nie mam z tym żadnych problemów.

Reklama

A mogłoby się wydawać, że podstawą pani diety jest czekolada, kebab i jeszcze czekolada. Chyba się nie pomyliłem?

- Tak, wydało się (śmiech). Ale poważnie, to na pewno sobie takich rzeczy nie odmawiam, ale nie są to stałe punkty mojego programu żywienia. Znam osoby, które mają problem ze spalaniem i po porządnym kebabie w bułce od razu miałyby kilogram czy dwa więcej. Ale mój metabolizm działa bez zarzutu.

- No wiadomo, że na co dzień się nie obżeram tortami czekoladowymi dekorowanymi morzem bitej śmietany, ale po prostu jem jak normalna osoba. Oczywiście inaczej jest przed meczami, bo wtedy jest wciąż to samo, czyli banany, makarony i kurczak. Ale po meczu, na przykład trzygodzinnym, to spokojnie mogę iść na pizzę i zjeść porcję za dwie osoby.

Skończył się sezon, więc teraz chyba będzie czas swobody i pokus?

- A my znów o czekoladzie? (śmiech) No, nie ukrywam, że przez ostatnie dziesięć miesięcy rozegrałam tyle meczów, że wystarczająco dużo kalorii spaliłam na korcie. Teraz więc mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa, może nawet więcej niż odrobinę. Po dwóch ponadtrzygodzinnych maratonach w Stambule dostałam nawet esemesa od znajomych, z którymi wybieram się teraz na wakacje, że będę miała najlepszą figurę na całej plaży.

Ale chyba trzyipółgodzinny mecz z Sarą Errani o awans do półfinału trwał krócej niż cała ceremonia losowania grup w turnieju?

- W sumie gdybym powiedziała, że trwało to tyle ile moje dwa najdłuższe mecze w grupie razem wzięte, to bym się niewiele pomyliła. Sama podróż samochodem do hotelu nad Bosforem zajęła nam ponad 40 minut, bo to kawałek był jednak. W sumie przygotowania, czyli malowanie i strojenie się w sukienki, zajęły prawie dwie godziny, a musiałyśmy być gotowe na 18, bo tak była zaplanowana najpierw sesja zdjęć grupowych, a potem indywidualne. Natomiast samo losowanie rozpoczęło się o 19. i gdzieś po 20 byłyśmy wolne. Całość z dojazdem zajęła więc koło sześciu godzin.

W sumie trochę to uciążliwe przed jednym z najważniejszych turniejów w sezonie?

- Cóż, takie są nasze obowiązki, ale już zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Tutaj w Stambule każda z nas miała dokładnie po cztery konkretne rzeczy do zrobienia, jeszcze przed pierwszymi meczami. Ja choćby uczestniczyłam w aukcji naszych rakiet na cele charytatywne. Wszystkie brałyśmy udział w All Access Hour z dziennikarzami. Wiadomo, że im się jest wyżej w rankingu, tym więcej obowiązków się pojawia. Ale na szczęście przed takimi turniejami jak ten w Stambule dostaję maila z WTA, w którym wszystko jest rozplanowane co, jak i kiedy mam zrobić, więc się w tym nie gubię.

Oficjalne gale, wystąpienia publiczne, kontakty z mediami, to mogłoby być podstawą, żeby pani kiedyś została gwiazdą telewizji, jak choćby Barbara Schett. Czy to nie kusi?

- Na razie się nie zastanawiam nad tym co będzie kiedyś. Mam nadzieję, że jeszcze przez kilka ładnych lat pogram w tenisa i to na najwyższym światowym poziomie, a co będzie potem zobaczymy.

W tym sezonie była pani już numerem dwa na świecie, a kończy go na czwartym miejscu. Ale pani portfolio jeśli chodzi o sponsorów nie jest wciąż zbyt bogate, na tle największych gwiazd tenisa. Skąd się to bierze?

- Na pewno trudno mnie porównywać z takimi gwiazdami jak Serena Williams czy Maria Szarapowa, albo Roger Federer. Oni mają w dorobku parę wielkich szlemów, o wiele więcej wygranych turniejów i w ogóle to trochę inna kategoria. Są właściwie już niemal instytucjami wyrastającymi nawet poza sport. Trudno się więc z nimi mierzyć. Ale jest też czynnik, powiedziałabym geograficzny. Weźmy na przykład Na Li i jej zamożnych chińskich sponsorów. Ale tam jednak jest trochę inna ekonomia niż u nas prawda? Polska gospodarka wygląda, jak wygląda, więc na podobne kontrakty jak choćby Li raczej nie mam co liczyć.

Ale chyba aż tak źle nie jest z naszymi firmami, bo przecież ostatnio reklamuje pani nowoczesną polską kuchenkę, która jak wynika z klipu jest tak jak pani: inteligentna, elegancka, doskonała...

- No bez przesady! (śmiech) Nikt przecież nie jest doskonały. Staram się jak mogę, ale do ideału wciąż daleko. W najbliższym czasie chciałabym trochę poprawić swoje umiejętności kulinarne. W końcu sezon mam już za sobą i będzie trochę więcej czasu na wszystko.

Czyli na...

- ...tak, tak, na czekoladę też, ale o tym już mówiliśmy.

W Stambule rozmawiał Tomasz Dobiecki


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje