Reklama

Reklama

Po odpadnięciu Sereny Williams nie gra się tylko o drugie miejsce

Agnieszka Radwańska zagra dzisiaj z Niemką o polskich korzeniach Sabine Lisicki o miejsce w finale wielkoszlemowego turnieju w Wimbledonie. Choć mówi się, że tenisistka z Krakowa ma spore szanse na triumf, ona sama jest ostrożna i nie wybiega w przyszłość.

INTERIA.PL zaprasza na tekstową relację na żywo z półfinału pomiędzy Agnieszką Radwańską a Sabine Lisicki. Początek około godz. 16.

Najpierw na kort centralny wyjdą Francuzka Marion Bartoli i Belgijka Kirsten Flipkens. Na godz. 14 zaplanowano ich półfinał. Po nich zagrają Radwańska i Lisicki. Transmisje w Polsacie Sport.

"Nie ma w drabince Sereny, więc dziewczyny poczuły, że nie grają tylko o drugie miejsce". Czy te słowa Johna McEnroe są prawdziwe?

Reklama

Agnieszka Radwańska: - Na pewno tak. Wiadomo, że jeśli Serena gra tak, jak potrafi najlepiej, to raczej trudno ją powstrzymać. Prawda jest taka, że przeciwko niej gra się tak, jak ona sama pozwoli. Kiedy "siedzi" jej serwis, kiedy atakuje już pierwszą piłkę, jaka ląduje na jej połowie kortu, to czasem naprawdę niewiele można zrobić.

Ale przed rokiem w finale pani jednak stawiała większy opór, choć Amerykanka grała bardzo dobrze.

- Nikt nie powiedział, że nie należy walczyć z Sereną i próbować. W przeciwnym razie wyjście na kort przeciwko niej mijałoby się przecież z celem. To jest sport, to jest tenis, w nim wszystko jest możliwe.

Czy nie należałoby dodać, że tenis kobiecy?

- Zazwyczaj tak, ale ten Wimbledon pokazał, że nie tylko my jesteśmy nieobliczalne. Jednak w męskiej drabince było sporo niespodzianek. Rafael Nadal odpadł w pierwszej rundzie, Roger Federer w drugiej. Myślę, że przed turniejem, a nawet już po losowaniu drabinki nikt by czegoś takiego nie przewidział.

Ale wciąż w turnieju są dwaj najwyżej rozstawieni, czyli Novak Djoković i Andy Murray.

- Ale też Jerzy Janowicz, który być może pokusi się o niespodziankę w meczu z Murrayem.

Czyli obstawia pani taniec na niedzielnym Balu Mistrzów Wimbledonu z Janowiczem? Zapytany o to przez dziennikarzy, miał nietęgą minę. Chyba nie lubi tańczyć.

- Niech się nie martwi, w razie czego ja go poprowadzę (śmiech).  Ale poważnie, tak daleko nie wybiegam w przyszłość. Znam przysłowie o indyku, który myślał o niedzieli.

Chyba kilka zawodniczek z czołówki rankingu tak właśnie myślało podczas tego Wimbledonu, choć raczej o sobocie, kiedy odbędzie się finał kobiet...

- Być może tak, dlatego ja się skupiam na najbliższym meczu i nie zastanawiam się, co może być dalej. Jak się słyszy, że drabinka się otworzyła, że jest szansa, że nie ma z kim przegrać, to zawsze dzieje się coś na przekór. Dlatego podchodzę do tego realistycznie. Mam teraz przed sobą do wygrania półfinał z Sabine Lisicki...

... która w czwartej rundzie wyeliminowała Serenę Williams.

- No właśnie, a ja jeszcze nigdy z Sereną nie wygrałam. Dlatego nie można nikogo lekceważyć, szczególnie Sabine, bo to naprawdę bardzo dobra zawodniczka. Proszę mi wierzyć, że bez dobrego tenisa naprawdę nie da się dojść do półfinału w Wielkim Szlemie. Przypadkowo można wygrać jeden mecz w turnieju, może dwa, ale my mamy za sobą już po pięć zwycięstw.

Pani nawet trzy bardzo ciężkie, trzysetowe. Czy to może się w jakimś stopniu odbić na kondycji i dyspozycji przed meczem z Lisicki?

- Nie sądzę, w końcu czas leczy rany, no i kilkuminutowa kąpiel w wodzie z lodem też. Zapewniam, że ona szybko stawia na nogi nawet po najcięższym meczu. To bardzo dobry układ, że nie gram tu w deblu. Dzięki temu właściwie po każdym meczu mam dzień na odpoczynek i regenerację. To pozwala nad wszystkim zapanować i właściwie się przygotować do gry. Najtrudniej było tak naprawdę we wtorek. Dzień wcześniej grałam dość późno trzysetowy pojedynek, a niecałą dobę później musiałam wyjść na kort przeciwko Na Li, jednak bardzo trudnej rywalce.

Czy styl w jakim pani z nią wygrała daje nadzieję na sobotni finał?

- Zaraz, zaraz, przecież myślał indyk o niedzieli, to znaczy sobocie. Jestem dopiero w półfinale, gram przeciwko bardzo mocnej Lisicki i najpierw muszę ten mecz wygrać. Jeśli mi się uda, wtedy będzie dzień na odpoczynek, regenerację i przygotowanie do finału.

I chyba także na kupno sukienki i butów na Bal Mistrzów?

- Na pewno nie. Przecież, w razie zwycięstwa w turnieju, będzie niedziela na zakupy. Wcześniej można skończyć jak ten nieszczęsny indyk, więc będę się wtedy skupiać tylko na występie w finale i niczym innym. Wimbledon 2013 jest pełen niespodzianek, więc naprawdę nie należy wybiegać zbyt daleko. Chociaż nie ma Sereny i faktycznie trochę inaczej myśli się o turnieju, to jednak inne dziewczyny są w tej samej sytuacji.

W Londynie rozmawiał: Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL