Reklama

Reklama

Agnieszka Radwańska: Najgorsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić

Agnieszka Radwańska podkreśliła, że - mimo problemów z kolanem - nie brała pod uwagę kreczu w finale turnieju WTA Tour w Indian Wells. "Nie myślałam o tym, by się poddać" - zaznaczyła polska tenisistka po niedzielnej porażce z Włoszką Flavią Pennettą 2:6, 1:6.

"To, że zostałam zdominowana w decydującym spotkaniu tak prestiżowej imprezy oraz fakt, iż nie byłam w stanie grać na 100 procent moich możliwości, to najgorsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić. Nie byłam w stanie normalnie się poruszać. Robiłam jednak wszystko, co mogłam, bo to był finał" - powiedziała w rozmowie z dziennikarzami Radwańska.

Reklama

Rozstawiona z numerem drugim w kalifornijskim turnieju Polka w spotkaniu z Pennettą trzykrotnie korzystała z pomocy medycznej. Jak przyznała, problemy z kolanem zaczęły się u niej kilka dni temu, podczas jednego z treningów.

"Dziś ból był intensywniejszy niż wcześniej, nic nie pomagało. Podczas meczu liczyłam jeszcze, że przejdzie, ale wciąż był równie silny. Na razie nie potrafię w tej chwili precyzyjnie powiedzieć, co mi dolega. Razem z moim sztabem zajmiemy się tym teraz dokładnie. Zrobię wszystko, by być w pełni sił na zawody w Miami (18-29 marca - przyp. red)" - zadeklarowała.

Krakowianka oceniła, że finał imprezy w Indian Wells - nazywanej piątą lewą Wielkiego Szlema - to wciąż dobry rezultat (dotychczas jej najlepszym wynikiem w tych zmaganiach był półfinał sprzed czterech lat). Jak dodała, jest obecnie jednak przede wszystkim zawiedziona tym, że nie mogła walczyć w pełni sił.

"Rozczarowanie jest ogromne zwłaszcza wtedy, gdy masz wielką, ale to naprawdę wielką ambicję, by wygrać cały turniej" - zaznaczyła.

Pennetta z kolei na konferencji prasowej podkreśliła, że uświadomienie sobie wagi niedzielnego sukcesu zajmie jej kilka dni.

"Nie mogę w to uwierzyć. Czekałam na to zwycięstwo wiele lat. Ciężko na nie pracowałam. Rok temu wypłakiwałam się na ramieniu mojego fizjoterapeuty po porażce w pierwszej rundzie. To był bardzo bolesny moment" - wspominała 32-letnia Włoszka.

Zawodniczka z Italii jest drugą obok Martiny Navratilovej tenisistką, która wygrała kalifornijski turniej, mając co najmniej 30 lat.

"W świecie sportu 32 lata to dużo. Chinka Na Li jednak też tyle ma, a moja rodaczka Francesca Schiavone jest o dwa lata starsza. Jesteśmy sprawne fizycznie i silne. Nad młodszymi rywalkami mamy przewagę, bo dzięki doświadczeniu potrafimy dobrze radzić sobie z emocjami" - analizowała.

Pennetta odniosła w niedzielę największy sukces w karierze. Wcześniej wygrała dziewięć imprez WTA (po raz ostatnią cztery lata temu w Marbelli), ale żadna z nich nie był równie prestiżowa. Dzięki temu triumfowi w poniedziałkowym notowaniu światowej listy powinna awansować na 12. pozycję.

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | Flavia Pennetta | WTA tour

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje