Reklama

Reklama

Agnieszka Radwańska dla Interii: Taka jest smutna prawda o moim organizmie po latach zawodowej kariery

- Nigdy nie byłam stworzona do zawodowego sportu, do morderczego treningu. Mnie to kosztowało dwa razy więcej wysiłku niż tenisistki, które miały lepsze warunki fizyczne. Teraz dopiero wszystko ze mnie wychodzi! Kręgosłup, kolana, barki, wszystkie stawy. Czasem mam problemy z otwieraniem butelki. Dłonie mnie bolą tak, że nie jestem w stanie odkręcić słoika. Taka jest smutna prawda o moim organizmie po latach zawodowej kariery - powiedziała w wywiadzie specjalnie dla Interii Agnieszka Radwańska.

Michał Białoński, Interia: Nieprzypadkowo spotykamy się na kortach warszawskiej Mery - nadal ciągnie wilka do lasu, w pierwszym wywiadzie, jakiego udzielasz po urodzeniu Jakuba. Gratulacje, bo pewnie jedno z marzeń się spełniło?

Agnieszka Radwańska: Na pewno tak. Założenie rodziny po zakończeniu kariery od zawsze było moim marzeniem. Teraz się spełniło. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała teraz mieć córeczkę!

Z mężem Dawidem zapowiadaliście, że postaracie się, aby syn poszedł w wasze ślady. Z tego co wiem, to twój tata Piotr Robert już przebiera nogami, wrócił do trenowania, by małego Kubusia przyuczać do rakiety. Jakub jest skazany na karierę tenisisty?

Reklama

- Na pewno będzie grał w tenisa, będziemy go uczyć. Czas pokaże, czy zdecyduje się na karierę zawodową. Pokażemy mu też inne sporty. Zobaczymy, w którym będzie sobie radził najlepiej. Nie da się ukryć, że tenis jest nam najbliższy. Gdyby w niego grał, bardzo byśmy się cieszyli.

Po zakończeniu kariery miałaś pewnie zamiar odpocząć dłużej. Tymczasem macierzyństwo pewnie wymaga sporo energii i poświęcenia. Jak się czujesz w roli młodej matki?

- Faktycznie, od zakończenia kariery minęły dopiero dwa lata, a już mam półrocznego synka. Miałam spokojny rok, gdy mogłam podróżować bez rakiet, nacieszyć się beztroskim życiem, z mniejszym nawałem obowiązków. Ale macierzyństwo jest piękne. Daje dużo radości, na nie się czekało. Dlatego nie zwlekałam z zajściem w ciążę.

Masz wsparcie rodziny? Mamy, taty, Uli? Chętnych do rozpieszczania Kubusia nie brakuje?

- Oczywiście, że tak, ale rodzice mają jednak ciężej, bo mieszkają w Krakowie, a ja w Warszawie. Natomiast Ula kontynuuje karierę - trenuje i gra, więc na nadmiar czasu nie narzeka, ale na wspólny spacer czy odwiedziny zawsze go znajduje.

Czyli, dopóki nie przyjdzie na świat siostra, to Kuba będzie jednym z najbardziej rozpieszczonych dzieci na świecie?

- (śmiech) Pewnie tak, nie da się tego ukryć. Tak to na ogół bywa przy pierwszym dziecku.

Skąd pomysł na imię Jakub? Nie jest tajemnicą, że lubisz się z Kubą Błaszczykowskim - bywasz w okresie świąt na imprezie jego fundacji "Ludzki Gest", on również był VIP-em na twoim benefisie. To dobry trop?

-  Nie. Po prostu bardzo lubię to imię i podoba mi się jego zdrobnienie. Nad wybraniem imienia głowiliśmy się nawet kilka miesięcy, było kilka innych opcji. Ale nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby grał w piłkę tak jak Kuba! (śmiech)

Dawid nie przeciągał liny na swoją stronę?

- Nie było takiej potrzeby. Byliśmy w tym zgodni: imię ma być ładne, polskie, bez amerykańskich wersji, których nie brakuje w naszym kalendarzu.

Macierzyństwo wygląda tak jak je sobie wyobrażałaś, czy znałaś z relacji mamy?

- Dużo rzeczy wychodzi w praniu. Sporo nasłuchałam się od przyjaciółek, matek dwójki-trójki dzieci, ale u każdej z nas ono wygląda troszkę inaczej, każde dziecko jest inne. Oczywiście, fajnie jest mieć dużą wiedzę. Ogólnie swoje doświadczenia oceniam pozytywnie. Nie sądziłam, że będę tak cierpliwa i tak dużo radości będzie mi sprawiać, że będę mieć takiego dzieciaczka, wpatrzonego we mnie. Nie mogę się napatrzyć, jak Kubuś szybko rośnie. Jest bardzo pogodnym, grzecznym dzieckiem, które - odpukać, nie sprawia kłopotów. Tylko się cieszyć!



Snu nie brakuje?

- Nie. Kubuś bardzo dobrze śpi. Przesypia noce od szóstego tygodnia życia. Nie mogę narzekać. Znam przeróżne historie dziewczyn. Nawet gdy zdarzyła się jedna gorsza noc, to nie mam prawa narzekać.

Udaje ci się tak zorganizować życie, żeby mieć czas na pasje, przychodzić na korty, śledzić wydarzenia ze świata tenisa?

- Przy małym dziecku ciężko o taką regularność. Jesteśmy po roku 2020, w którym, z powodu pandemii, wszystko było niepewne, zachwiane. Dlatego lepiej było siedzieć w domu. Tak minął okres mojej ciąży. Niedawno z Martą Domachowską zdecydowałyśmy się na postanowienie noworoczne, że jeżeli obostrzenia pandemiczne tylko na to pozwolą, to razem będziemy grały w tenisa i biegały. Mam nadzieję, że dzięki szczepionkom wrócimy do normalnego życia. Za tym chyba wszyscy tęsknimy.

Gdyby przyszło ci zagrać dzisiaj, to jak wyglądałaby twoja forma tenisowa?

- Ręka jest i myślę, że zawsze już będzie. Gorzej ze stawami, niestety. Po powrocie na kort będę grać delikatnie. Bez sensu się szarżować, żeby potem przez kolejne pół roku nie móc wyjść na kort. Raz, z tego powodu, że mam za sobą ciążę, po której ciało się zmieniło, a po drugie, przez dwa lata od zakończenia kariery nie miałam regularnych treningów, więc mięśnie szybko "zapomniały". Moje stawy to jedno wielkie permanentne zapalenie, które mnie dręczyło przez ostatnie lata kariery. Dlatego trzeba uważać. Dokładnie zdaję sobie sprawę z tego, na ile mogę sobie pozwolić. Na pewno nie na granie na punkty, chyba że w debla.

Mam nadzieję na powrót do sparingowej gry na punkty za kilka miesięcy, jak poradzimy sobie z pandemią i będzie można już trenować.

Wiadomo, że wszyscy twoi fani boleją, że nie grasz już zawodowo. Ale z drugiej strony jest mały plusik: wyobraź sobie, że musiałabyś ogłaszać koniec kariery w trakcie epidemii i nie mogłabyś się pożegnać z kibicami, zorganizować benefisu, wzorem tego z Krakowa. Smutny obraz?

- Na pandemii wszyscy cierpią. Sport przede wszystkim. Jak już się odbywa jakiś turniej, to straszą puste trybuny. Mecze wyglądają jak treningi.

Gra się dla kamer, nie dla kibiców.

- Tak, do tego ucieka prestiż, bo nie każdy może dojechać, inni się boją. Nie ma całej otoczki turniejów, która dawała adrenalinę. Gdy wychodziło  się na kort i na twój widok wiwatowało kilkanaście tysięcy osób, to zupełnie inaczej się czułeś niż gdy wychodzisz na mecz w ciszy, a na trybunach nie ma ani jednego kibica, jedyni ludzie to parę osób z obsługi. Bardzo smutny widok.

Tak samo jest zresztą w piłce nożnej, gdzie kibice zagrzewali do walki zwłaszcza podczas gry. U nas, w tenisie, gra się w ciszy. W piłce trybuny żyją non stop. Z utęsknieniem czekam na powrót normalności, żeby wszystko wróciło na dobre tory.

Gdy wstajesz rano, to zatęsknisz czasem do kariery zawodowej? Nie brakuje podróży, meczów?

- Nie, nie tęsknię...

Zbyt dobrze pamiętasz, z jakimi się to wiązało wyrzeczeniami?

- Dokładnie. Harówka była straszna. Życie na walizkach cały czas. Ja cały czas byłam spakowana, wymieniałam tylko rzeczy. W niektórych miejscach było trochę cieplej, w innych trochę zimniej. Czasem brałam jedną kolekcję sukien, innym razem - trzy. Ciągle w głowie miałam kolejny turniej, następny mecz. Bez wytchnienia. Bez żadnych przerw na odpoczynek fizyczny, o tym psychicznym nie wspominając. Sezon tenisowy jest bardzo długi, po nim następuje chwila wakacji, w trakcie których planujesz przygotowania do następnego sezonu. W święta Bożego Narodzenia już się wylatywało do Australii. Ciągła gonitwa. I tak rok po roku. Kumulacja tego spowodowała u mnie uczucie przesytu.

Gdy oglądałaś Rolanda Garrosa, w którym świat zachwyciła Iga Świątek, nie miałaś nutki sentymentu: "Szkoda, że mi się nie zdarzył turniej wielkoszlemowy, na którym cała światowa czołówka by się wykruszyła, bądź przyjechała w formie dalekiej od optymalnej"?

- Nie, nie miałam, bo to są sprawy, na które nie mam wpływu. Rzeczywiście, w poprzednim sezonie wiele zawodniczek z topu nie prezentowało wysokiej formy, jakby brakowało im motywacji, by odpowiednio przygotować się do  turniejów rozgrywanych podczas pandemii. Niepewność, przesuwane terminy, puste trybuny, ryzyko zakażenia - to wszystko ich odstraszało. Turnieje były odwlekane, nadal nie ma kalendarza na rok 2021. Jeszcze rok temu, gdyby w styczniu nie był znany kalendarz, uznano by to za absurd!

Australian Open nie będzie rozegrany w styczniu - to jest nie do pomyślenia! Te niewiadome powodują, że wielu tenisistów nie trenuje na pełną moc, brakuje im motywacji. Wychodzą z założenia, że nie ma sensu się przemęczać, skoro następny turniej może być np. dopiero za rok. Widać, że czołówka nie podchodzi do grania w czasach COVID-19 na 100 procent. Drugą rzeczą jest to, że teraz w WTA panuje bezkrólewie. Epoka Szarapowej, Sereny Williams, jej siostry Venus, dobiegła końca. Ich już nie ma. Wprawdzie Serena jeszcze gra, ale to już nie ta sama zawodniczka, co pięć, dziesięć lat temu. Nie wspominając już o Kim Clijsters, Calorine Wozniacki, Angelice Kerber, Ivanović, Kuźniecowej, Janković, Azarence. Niektóre ciągle jeszcze walczą, ale to już nie jest to, co kiedyś. To był tak mocny czub, pierwszych 10-15 miejsc w rankingu, który był nie do ruszenia. Żaden wielki szlem bez nich w drugim tygodniu nie mógł się obejść. Wiadomo, jak to w sporcie, zdarzały się niespodzianki, ale czub rządził. I trzeba było z trzema-czterema zawodniczkami z topu sobie poradzić, jeśli chciało się wygrać cały turniej. Dziewczyny, które zajmują dziś czołowe miejsca nie mają takiej powtarzalności jak ich poprzedniczki, stąd dużo zaskakujących wyników.

Jak długo potrwa takie bezkrólewie?

- Nie wiem, ciężko to przewidzieć. Z czasem powinno się to zmieniać. Czołówka powinna się kształtować i umacniać. Na razie ten trzon kierowałabym w stronę Naomi Osaki, Simony Halep, Ash Barty, chociaż ona od prawie roku nie grała. Reszta to albo młode, albo niedoświadczone tenisistki, którym przytrafiają się jeszcze spore wahania.

Masz nadzieję, że sen Igi Świątek, wygrywającej wielkiego szlema, będzie trwał? Nawet jej trener Piotr Sierzputowski powiedział, że ten sukces przyszedł dwa lata wcześniej niż planowali. Czy łatwo Idze będzie utrzymać formę wobec długiej przerwy?

- Czas pokaże. Ta przerwa może wyjść Polce na plus, bo Iga mogła troszkę odetchnąć po Paryżu. Z presją, która na niej będzie teraz ciążyła, nie musiała się mierzyć tydzień po zakończeniu Rolanda Garrosa. Teraz tylko odbierała nagrody. Na ogół, w sezonie, jesteś poddawany weryfikacji tydzień po tygodniu, bo tak pędzi kalendarz. Wiele razy mi się zdarzało, że w niedzielę kończyłam jeden turniej, a w poniedziałek zaczynałam kolejny. Iga ma trzy miesiące przerwy. To jest szmat czasu!

Za chwilę Australia, balon oczekiwań robi się coraz większy. Zobaczymy, jak Iga poradzi sobie z tą presją podczas Australian Open i całego zbliżającego się sezonu. Wszystkie oczy będą skierowane na nią.


Andy Murray i Roger Federer wycofali się z Australian Open z powodu epidemii.

- Mieli swoje powody, jak widać nie wszystkim pasują obostrzenia, którym trzeba się poddać w Australii. Roger wybrał rodzinę. Wielka szkoda, że ich nie będzie i to jest kolejny powód, aby mówić, że jesteśmy dalecy od normalności. Eliminacje na Bliskim Wschodzie, ciągłe testy na COVID-19, gra przy pustych trybunach - to wszystko powoduje, że mamy inne realia. Na sezon 2020 patrzę troszkę przez palce.  Mam nadzieję, że w drugiej połowie 2021 r. wrócimy w większej mierze do stanu sprzed pandemii. A o pełnej normalności powiemy wtedy, gdy będzie sztywny kalendarz, swobodny dostęp do turniejów, regularny udział najlepszych zawodników i zawodniczek oraz gra przy pełnych trybunach. Jest ogromna różnica, kiedy stadion jest pusty i wtedy, gdy siedzi na nim 15 tys. ludzi. Emocji temu towarzyszących nie da się z niczym porównać.

Gdy oceniasz grę Igi, to co byś z jej atutów wzięła do swojego tenisa? Warunki fizyczne, dające znacznie mocniejsze uderzenie?

- Iga ma niesamowity power w ręce i to bym od niej pożyczyła natychmiast. To już jest taka siła uderzenia, że przy tych warunkach, które były w Paryżu, przy zimnie i mocnych podmuchach wiatru, wciąż dawała piorunujący wręcz efekt. Inne dziewczyny z trudem dobijały piłkę do siatki czy na drugą stronę, a Iga się przebijała przez ten wiatr. W zimnie masz wrażenie, że piłka prawie w ogóle nie leci, a Iga nie miała z tym żadnego problemu. Jej ręka jest naprawdę niesamowita. To widać gołym okiem, a więcej będę mogła powiedzieć, gdy Iga rozegra jeszcze przynajmniej dwa pełne sezony.

Twój tata ładnie skomentował jej zwycięstwa we Francji: "Polski czołg jedzie i miażdży wszystko, co napotka na swej drodze".

- Z taką siłą się człowiek rodzi! Tego nie można wytrenować, czy wymyślić. Tego nie zastąpisz taktyczną grą. To jest talent, połączony z mocą uderzenia, która jest w ręce. Trzeba to wykorzystać, kontrolując piłkę. Tak naprawdę to jest coś, co Iga dostała od Boga. Właśnie w takich warunkach i przy takich okazjach powinna to wykorzystywać, bo to jest ta przewaga, jaką może sobie wypracować.

Nie tak dawno temu był twój benefis w Krakowie, którego gościem honorowym była Caroline Wozniacki.

- Półtora roku temu.

Karolina to największa twoja przyjaciółka. Jak zareagowała na przyjście na świat Kubusia?

- To prawda, z nią i Angie Kerber jesteśmy cały czas w kontakcie. Z Karoliną rozmawiałam dzisiaj. Ona miała dużego, chyba największego farta: skończyła karierę w lutym 2020 r.

Tuż przed pandemią COVID-19.

- Dokładnie. Ona by też nie trenowała po to, żeby zagrać za rok turniej. Ja z kolei miałam to szczęście, że udało mi się mieć benefis, po którym zostały wspaniałe wspomnienia. Karolinie się to nie udało. Jej benefis miał być w maju ubiegłego roku. Miała zagrać w Kopenhadze z Sereną. Jej pożegnanie było przekładane kilka razy, a teraz nie wiadomo czy się w ogóle odbędzie. Minął już prawie rok. To się robi dla ludzi, a nie dla pustych trybun.

Z Karoliną mamy bardzo dobry i stały kontakt, choć dzielą nas kilometry. Ona przeważnie jest w USA. Fajnie, że przy zawodowym tenisie można zawrzeć takie przyjaźnie. Wcześniej miałyśmy na głowie treningi, rywalizację. Teraz jest to na tak dalekim planie, więc tematyka rozmów jest diametralnie inna. Rywalizacja na profesjonalnym poziomie już nas nie interesuje. Ani Karolina, ani ja nie wrócimy już na kort dla zawodowego grania. Najważniejsze, że takie przyjaźnie, jak z Wozniacki czy Kerber zostały.

Wracając do polskojęzycznych zawodniczek w WTA, podczas przygotowań do tego wywiadu przypomniałem sobie twą wygraną 6-1, 6-1 nad Sabine Lisicki, w Cincinnati. W drugim secie prowadziłaś 5-0. W przerwie Sabine rozpłakała się w rozmowie z trenującą ją mamą: "Mamuś, jo nie chca przegrać do zera" - mówiła po śląsku. "Córuś, is egal" - pocieszała ją mama. Słyszałaś to i ulitowałaś się? Za chwilę oddałaś gema przy własnym podaniu i wygrałaś do jednego.

- Nie pamiętam tamtej sytuacji i mamy Sabine nie słyszałam. Nie sądzę jednak, bym mogła pozwolić sobie na takie podejście w zawodowym tenisie. Natomiast pamiętam wiele takich sytuacji podczas krajowej rywalizacji, w wieku do 12 lat, w kategorii skrzatów, myślę o turniejach ETA. Moja dominacja była wówczas olbrzymia, wyglądałam na przedstawicielkę innej ligi, miałam pełna kontrolę nad każdym meczem. Wówczas pozwalałam sobie na oddanie kilku gemów dla pocieszenia rywalek, które były moimi koleżankami.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Gdy po latach spoglądasz na gablotę z trofeami, to z którego jesteś najbardziej dumna? Masters, Miami, Pekin, Wimbledon?

- Na pierwszym miejscu nie stawiam trofeum za wygranie któregokolwiek turnieju, choć z każdym się wiąże piękna historia, świetne mecze, pokonanie gigantek z czołówki światowego tenisa, jak Dementiewa, Clijsters, Ivanović, Janković, czy Szarapowa. Przede wszystkim, w moich czasach czołówka światowa w kobiecym tenisie była tak mocna, a ja się w niej jednak utrzymywałam, przez długi okres byłam na drugim miejscu rankingu WTA. Ta właśnie regularność mojego tenisa, cały przebieg kariery dają mi najwięcej powodów do dumy, to stawiam na pierwszym miejscu. Dopiero na drugim znalazłby się któryś z turniejów. 

Nie byłam zawodniczką jednego sezonu, a mogłabym wymienić kilka takich nazwisk, które błysnęły na jednym turnieju, po czym przepadły i należało ich szukać w trzeciej setce rankingu. Ja potrafiłam się utrzymać w czubie przez dłuższy czas.

Gdy wypiliśmy kawę z twoim tatą Piotrem Robertem, po tym jak ogłosiłaś koniec kariery, on miał fajną refleksję: byłaś popularna na całym świecie, stanowiłaś reklamę Polski niczym najlepszy jej ambasador. To zjawisko dowodzi też, że tenis jest globalną dyscypliną, popularną wszędzie.

- Rozpoznawalność największą miałam w Polsce, chociaż chyba tutaj ludzie na mnie najbardziej psioczyli. Wiadomo, wszystkim się nie dogodzi. W Ameryce i zwłaszcza w Azji byłam również ulubienicą kibiców. Strasznie im się mój tenis podobał. Fani rozpoznawali mnie nie tylko na korcie, ale też na ulicach, lotniskach, restauracjach. Prosili mnie o autografy, wspólne zdjęcia. Faktycznie, tenis jest globalnym sportem. Cieszyło mnie to, że moja gra podbijała serca kibiców także spoza naszego kraju. A reakcje fanów czasem były śmieszne.

Na przykład?

- Sporo zależało od kultury danego kraju. Nigdy nie zapomnę sytuacji z Tokio. Wychodziłam z restauracji, gdy około czterdziestoletnia kobieta zaczęła przeraźliwie piszczeć na mój widok.

Pomyślałaś pewnie, że coś jej się stało?

- Wszyscy się zeszli, by przekonać się, o co chodzi. Pisk był niesamowity, nie mogła się uspokoić. Podobnie było w sklepie w Australii. To była perfumeria, w której chciałam zrobić zakupy. Młodsza, około dwudziestoletnia fanka na mój widok zareagowała tak żywiołowo, nie mogła uwierzyć, że to ja. Zaczęła wywijać, w poszukiwaniu telefonu zrzuciła wszystko z trzech półek sklepowych. Tak się trzęsła, że telefon upadł jej ze trzy razy. Zachowywała się tak, jakby zobaczyła ducha. W sklepie zrobiło się pobojowisko totalne. Ludzie się na to patrzyli, ja też nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Biedna dziewczyna nie mogła się kompletnie opanować. To były fajne reakcje fanów. Miło mi było, że jestem tak odbierana.

Piękne było też to, że cementowałaś Polaków na całym świecie. Na twój przyjazd mobilizowała się Polonia Amerykańska i ta Australijska.

- Faktycznie, w Sydney i Melbourne to było bardzo odczuwalne. Zauważyłam, że co roku przychodziły mi kibicować te same twarze. Fajnie było ich spotykać. W Ameryce, szczególnie w Nowym Jorku, Polonia również mi gorąco kibicowała, żyła tenisem. Znałam tu mnóstwo osób jeszcze z czasów dzieciństwa.


Od kilku lat mieszkasz na stałe w Warszawie. Wychodzisz już na dwór czy jeszcze na pole?

- Jestem krakuską, więc wychodzę na pole. Nie da się ukryć, że tu faktycznie brzmi to śmiesznie...

Dlatego pewnie wychodzisz na zewnątrz?

- (śmiech) Dokładnie tak i to zamyka dyskusję. Ja nie mogę się przemóc z wychodzeniem na dwór. Nigdy na niego nie wychodziłam. To dla mnie co najmniej dziwne, więc idę na zewnątrz.

Dobrze ci się żyje w Warszawie. Od razu widać, że jesteś szczęśliwa.

- Umówmy się - jeżeli cokolwiek się dzieje, a funkcjonuję w świecie biznesu i mediów, to wszystko się odbywa w Warszawie. Dlatego przeprowadzka do niej była ułatwieniem. Warszawa rozwija się w dobrym tempie, łatwiej się w niej żyje. Jeżdżę do Krakowa co jakiś czas, więc mam porównanie.

I jak wypada Kraków na tle stolicy?

- O Jezu! Po powrocie do Krakowa podnosi mi się ciśnienie! Nie można tam nigdzie dojechać, zaparkować. Odnoszę wrażenie, że jest coraz gorzej! Wszystko poblokowane, rozkopane. Bardzo ciężko się przemieszczać po mieście.

Po raz pierwszy wróciłam do Krakowa w wakacje 2019 r., bo tych ostatnich przez COVID-19 prawie nie było. Dawno wakacji nie spędzałam w Krakowie, bo na ogół ich okres spędzałam w Ameryce. Przeżyłam wstrząs! Nie byłam w stanie przejechać dwóch przecznic! Co tam się działo?! To był jeden wielki szok! Powiedziałam sobie, że nigdy więcej w środku sezonu wakacyjnego nie pojadę na weekend do Krakowa, bo nie można wtedy nic zrobić! Byłam wręcz przerażona. Warszawa w takim okresie jest przeważnie pusta, można w niej funkcjonować, odpocząć, zrealizować więcej niż normalnie - szybciej się przejedzie miasto. A Kraków? Coś makabrycznego! Naprawdę nie wiem, co się dzieje, że w mieście jest coraz gorzej pod tym względem, ale władze Krakowa coś z tym powinny zrobić.

Jak postrzegasz szkolenie tenisowej młodzieży w Polsce? Są postępy w Merze Warszawa czy innych ośrodkach w Polsce?

- Ciężko oceniać coś, czego nie widzi się z bliska. Na Merze wygląda naprawdę dobrze, są postępy, jest mnóstwo dzieciaków zafascynowanych tenisem.

Koronawirus nie zablokował treningów.

- Nie, bo tenis to bezpieczny sport, zawodnicy są od siebie oddaleni, sporo wolnej przestrzeni, do niedawna gra i treningi na wolnym powietrzu. Dopiero zimą w hali.

Ze szkoleniem w Polsce jest coraz lepiej. Wykorzystujemy w tym coraz więcej doświadczenia i wiedzy. Fajnie by było, gdyby to wyglądało, jak w skokach narciarskich. Zapoczątkował modę na skoki Adam Małysz. Później pałeczkę po nim przejął Kamil Stoch, a teraz mamy kilku zawodników na światowym poziomie, co chwilę są na podium. Kubacki, Kot, Stękała, czy Żyła. To sport, w którym mamy mnóstwo zawodników.

Chciałabym, żeby tak też było w mojej dyscyplinie.

Szkoda, że po Justynie Kowalczyk nie znalazła się biegaczka na zbliżonym do niej poziomie.

- Może jest na to jeszcze za wcześnie? Justyna niedawno skończyła. Znalezienie jej następczyni może zająć kilka lat. Adam Małysz był sam w czołówce, a teraz mamy tam większą falę zawodników. Mam nadzieję, że w tenisie doczekamy też takiej fali, w której znajdzie się nie tylko Iga. Zresztą w tym wypadku też można mówić o takim przejęciu pałeczki po mnie. Między nami jest 12 lat różnicy. To jest całe tenisowe pokolenie. Gdy ja wygrywałam juniorski Wimbledon, to Iga zaczynała grać w tenisa! Fajnie, że jest i pisze swoją historię. Pamiętajmy też o Magdzie Linette, która od kilku lat jest w TOP 50 WTA i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Tenis w Polsce będzie szedł do przodu. Im więcej będzie u nas pracować trenerów z doświadczeniem międzynarodowym, tym większe postępy będzie robiła młodzież. To wszystko zacznie się rozpędzać swoim tempem. Polski Związek Tenisowy działa znacznie prężniej, wspiera zawodników, organizuje turnieje. To też jest bardzo ważne. Mam nadzieję, że to wszystko spowoduje, iż będziemy mieć  coraz więcej polskich zawodniczek i zawodników liczących się na świecie.

I będziemy tacy jak Czesi, którzy potrafili wprowadzić kilka zawodniczek do czołowej trzydziestki na świecie? Nawet w najmniejszych miastach Czesi budują ogólnie dostępne korty.

- Gdy uczestniczyłam jeszcze w rozgrywkach ligowych, w czeskim Prościejowie, poszłam grać z dziećmi trzy-czteroletnimi. Patrzę: "Boże, co ja tu będę robić z takimi maluchami? Pewnie porzucam im piłeczki z gąbki". Tymczasem one wymiatały rakietą tak, że zbierałam szczękę z podłogi! Nie mogłam uwierzyć w technikę, jaką prezentowało dziecko, które miało cztery lata! Jakie uderzenia, świadomość grania! Niebywałe!

W czeskich klubach jest ogromna liczba tych dzieci. One nie przychodzą dla zabicia czasu, tylko chcą grać zawodowo. Ta świadomość im zapewnia kompletnie inny start. Nieważne czy nabywają ją w klubie, czy w domu od rodziców. Do tej pory wspominam tę wizytę w Prościejowie. To było niesamowite.

Pamiętam z czasów wczesnej młodości, gdy rozgrywałam turnieje do lat 12, 14, czy 16, to najwyższy poziom w Europie prezentowały właśnie Czeszki. W drabince turniejowej na 32 zawodniczki było 20 Czeszek. I nie było tak, że połowa z nich nie potrafiła grać. Każda z nich była na wysokim poziomie. Wiadomo, później, w wieku 18-19 lat część odpadła. To taki wiek, w którym albo idziesz w zawodowstwo i się do niego nadajesz, albo ... stawiasz na naukę. Natomiast od dawna w Czechach poziom był najwyższy, największa liczba zawodników i zawodniczek. To świadczy o tym, że u naszych sąsiadów tenis jest bardzo rozwinięty, pomimo tego, że kraj jest znacznie mniejszy od naszego.

Myślisz o powrocie do show-biznesu? Propozycji pewnie ci nie brakuje. Był "Taniec z gwiazdami", teraz każda stacja widziałaby w tobie komentatora-eksperta. W jakiej roli się widzisz?

- Ogólnie nigdy nie byłam fanką bycia na świeczniku. Robiłam swoje, a to automatycznie stawiało mnie w świetle reflektorów, ale nigdy show-biznes, czy ścianki broń Boże! To nie dla mnie, to kompletnie nie mój świat. A "Taniec z gwiazdami" był bardzo fajną przygodą.

Zawsze lubiłaś tańczyć.

- Dokładnie. Uwielbiam to. Ale nie po to, żeby być w show-biznesie, absolutnie! Dobrze się czuję na własnej kanapie, nie wpychając się wszędzie gdzie popadnie.

Twój mąż Dawid Celt świetnie sobie radzi w roli komentatora.

- Tak, bardzo dobrze, a ja na razie komentuję w domu (śmiech). Może kiedyś zdarzy się okazja do komentowania. Tenis kobiecy teraz będzie można śledzić w Canal Plus, jest tam fajna grupa ludzi, więc może i ja się tak kiedyś pojawię.

Sądząc po tej rozmowie, bardziej prawdopodobne jest przyjście na świat siostry Kubusia niż twój powrót do zawodowego grania?

- Do zawodowego grania na pewno nie wrócę. Nie tęsknię za nim. Mam świadomość stanu, w jakim jest moje ciało, które po karierze jest w kawałeczkach. Organizm jest wyniszczony, przemęczony. To nawet za mało powiedziane. Kilkanaście lat zawodowego grania pozostawiło w moim ciele spustoszenia. Z tego się już nie wychodzi.

Plecy, barki? Co doskwiera najbardziej?

- Kręgosłup, układ nerwowy po tylu latach napięć też mocno dostał po tyłku.

Musisz być poddawana zabiegom terapeutycznym?

- Cały czas o to dbam. W ciąży było to ograniczone przez pandemię Po każdym większym wysiłku fizjoterapeuta jest mile widziany, ale to też za sprawą tego że wypadłam z regularnego treningu.

Mówią, że sport to zdrowie.

- I owszem, ale nie w zawodowym wydaniu. Nigdy nikt nie będzie zdrowy po karierze profesjonalisty. To na pewno. Zwłaszcza gdy przebijałam się do czołówki światowej, pomimo drobnej figury, jaką mam. Nigdy nie byłam stworzona do zawodowego sportu, do morderczego treningu. Mnie to kosztowało dwa razy więcej wysiłku niż tenisistki, które miały lepsze warunki. Teraz dopiero wszystko ze mnie wychodzi! Kręgosłup, kolana, barki, wszystkie stawy. Czasem mam problemy z otwieraniem butelki. Dłonie mnie bolą tak, że nie jestem w stanie odkręcić słoika. Taka jest smutna prawda o moim organizmie po latach zawodowej kariery.

Wagę musisz kontrolować, pilnujesz diety?

- Nie muszę. Do swej wagi wróciłam bardzo szybko, tydzień po porodzie. Mam dobrą przemianę materii, odżywiam się zdrowo. Dbam o siebie cały czas. Zależy mi na tym nie tylko jako byłej sportsmence, ale też jako kobiecie.

Zdrowa dieta w twoim wypadku na czym polega?

- Na zdrowym rozsądku.

Rozmawiał: Michał Białoński



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama