Reklama

Reklama

Agnieszka Radwańska: Chyba podpadnę wielu osobom

Mecze Agnieszki Radwańskiej, ćwierćfinalistki wielkoszlemowego Roland Garros na kortach ziemnych w Paryżu, można od początku roku oglądać w polskiej telewizji. 24-letnia zawodniczka liczy, że spopularyzuje to tenis w Polsce, i nie boi się miłośników seriali.

Polska Agencja Prasowa: Ogląda pani seriale w telewizji?

Reklama

Agnieszka Radwańska: Nie, bo zwyczajnie nie mam czasu. Do tego trzeba regularności i dłuższych pobytów w domu, co u mnie jest niemożliwe. Zresztą seriale nigdy mnie nie za bardzo nie wciągały.

Nie boi się pani, że popadnie w niełaskę wszystkich "gospodyń domowych" w Polsce?

- Ale dlaczego?

Bo od tego roku coraz częściej wieczorem w TVP 2 zamiast kolejnych odcinków "M jak Miłość" można zobaczyć transmisje z pani meczów, albo pani siostry Urszuli.

- Naprawdę? Oj, to przepraszam, choć nie wiem, czy przeprosiny wystarczą. Chyba faktycznie podpadnę wielu osobom i to mocno. Ale to chyba dobry znak, że ten sport wreszcie jest w naszym kraju w szerszy sposób popularyzowany. Nie da się ukryć, że tego jeszcze nie było, żeby mecze tenisowe były pokazywane w telewizji publicznej. Tym bardziej, że i męski tenis, choćby za sprawą Jurka Janowicza, też staje się w kraju coraz bardziej popularny.

Czy odczuwa pani wzrost popularności i zainteresowania swoją osobą w ostatnich miesiącach? Ponoć "bywanie w telewizji" jest w tym przypadku gwarancją sukcesu.

- W sumie nie czuję różnicy. Właściwie tak samo czuję się od czterech czy pięciu lat.

Nie ma pani wrażenia, że jest bardziej rozpoznawana za granicą niż w kraju?

- Nie, nie mogę tego powiedzieć. Za granicą jestem w stanie się jakość ukryć, a w Polsce już nie. Niezależnie od tego, czy mam włosy blond czy ciemne, a nawet duże okulary. Ale nie narzekam, czasem w codziennych sytuacjach pomaga to coś szybciej załatwić. Ostatnio, gdy spieszyłam się gdzieś i wsiadłam w Krakowie do taksówki, kierowca nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy za kurs, choć nalegałam, że zapłacę. To było miłe.

No właśnie, obecny kolor blond to u pani kaprys, czy zmiana długoterminowa?

- Właściwie całe życie miałam ciemne włosy, choć już w różnych odcieniach, ale w kwietniu zdecydowałam się na zmianę. Jestem zadowolona i dobrze się w nich czuję, ale pewnie za jakiś czas znów zmienię.

Oswoiła się pani z częściową utratą prywatności czy nadmiernym zainteresowaniem mediów?

- Na szczęście nie jestem Marią Szarapową, za którą biegają ciągle paparazzi. Ale faktycznie, fajnie jest móc gdzieś wyjść w spokoju, żeby nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Czasem tak jest w krajach, w których tenis nie jest zbytnio popularny. Tam nie rzucam się w oczy w tłumie. W Polsce jest to już jednak niemożliwe, zawsze praktycznie wszyscy wiedzą, kim jestem.

Zdarzyły się pani jakieś nieprzyjemne sytuacje wynikające z popularności?

- Raczej nie, choć zawsze będę miała rezerwę do Chińczyków. U nich zdarza się, że na korty przechodzimy między metalowymi barierkami, które dodatkowo przytrzymują ochroniarze, by powstrzymać napór tłumu, który za wszelką cenę chce zdobyć autograf czy zrobić zdjęcie. Były takie momenty, że można się było przestraszyć. Człowiek czuje się całkowicie bezradny wobec siły tłumu.

Czyli nie kusi pani, by być celebrytką?

- Taką w stylu "nieważne co napiszą, byleby nie przekręcali nazwiska"? Nie, zdecydowanie nie należę do osób, które chcą być cały czas w centrum uwagi. To zupełnie nie mój świat. Ciągłe bywanie na salonach czy kariera telewizyjna, nie - to po prostu nie dla mnie.

Chyba jednak, chcąc nie chcąc, jest już pani od kilku lat częścią świata, który funkcjonuje na czerwonym dywanie?

- Niby tak, ale to jest część naszych obowiązków poza kortem. Choćby uroczysta gala z udziałem znanych ludzi tuż przed rozpoczęciem Wimbledonu. Musimy na niej być, więc potrzebne są wieczorowe kreacje, szpilki, ale raczej nie widać, żeby ktoś z zawodników się tam długo bawił. W sumie to po prostu część naszej pracy. Podobnie jest podczas innych turniejów, gdy musimy brać udział w imprezach organizowanych przez głównych sponsorów czy w sesjach autografowych.

Czy w tym wszystkim udaje się zachować jeszcze normalność i dystans?

- To na pewno sztuka. Ale jest przecież sporo osób, które choć zostały na przykład numerem jeden na świecie i mają praktycznie wszystko, to jednak są wciąż po prostu tymi samymi ludźmi, co wcześniej. Ich się najbardziej szanuje i chce naśladować. Choćby Roger Federer - to klasa sama w sobie, tak po prostu. Ja też staram się zachować dystans do tego wszystkiego i chyba z powodzeniem, bo wydaje mi się, że cały czas jestem tą samą zwyczajną dziewczyną.

W Paryżu rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | roland garros | urszula radwańska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje