Reklama

Reklama

Agnieszka Radwańska: Chyba faktycznie mam jakieś układy "na górze"

Agnieszka Radwańska (nr 4.) pokonała Amerykankę Mallory Burdette 6:3, 6:2 i jest w trzeciej rundzie wielkoszlemowego Roland Garros na kortach ziemnych w Paryżu. Zdaniem 24-letniej Polki rywalka - 80. w klasyfikacji WTA Tour- grała chwilami na poziomie Top 20.

"Na pewno grała lepiej, niż wskazywał na to ranking. Grała falami, a momentami jakby była koło czołowej dwudziestki, ale chwilami dużo piłek psuła. Nie bardzo wiedziałam czego mam się po niej spodziewać, zawsze ciężko się walczy z rywalką, której się nie zna. Właściwie wszystko potrafiła, jednak kluczowe punkty zdobywałam ja" - powiedziała Radwańska, czwarta w rankingu WTA Tour.

Reklama

Po wtorkowym deszczowym dniu, w środę przed południem było trochę pochmurno, ale często wychodziło słońce.

"Chyba faktycznie mam jakieś układy "na górze", bo przedwczoraj też była ładna pogoda. Cieszę się, że udało mi się skończyć mecz zanim pogoda znów się zaczęła psuć. Zdecydowanie wolę grać pierwszy mecz. Nie muszę wtedy czekać w szatni kilka godzin, bo akurat faceci mają przed tobą pięć setów, albo mecze przede mną przerywa deszcz. Kiedy wychodzę do gry jako pierwsza, mam potem cały dzień dla siebie" - zaznaczyła Radwańska.

Po wygranym pierwszym secie 6:3, w drugim Burdette objęła prowadzenie 2:0. Jednak następne sześć gemów padło łupem 24-letniej krakowianki.

"Cóż, ona zaczęła tego seta bardzo dobrze, bo nie miała już nic do stracenia. Grała agresywniej i trafiała w kort właściwie wszystko. Niewiele mogłam zrobić w tych dwóch gemach. Jednak wiedziałam, że nie może grać tak przez cały czas, bo w takim wypadku miała by zupełnie inny ranking. Musiałam poczekać, aż się wystrzela i zaczęłam grać znów swój tenis" - powiedziała Radwańska.

22-letnia Amerykanka prowadząc 2:0 zdobyła punkt na 40-30 i była przekonana o skończeniu gema, więc szybkim krokiem poszła w stronę ławki. Dopiero po chwili zorientowała się, że na tablicy nie pojawił się wynik 3:0, który okazał się ostatecznie nieosiągalny dla niej. Ta sytuacja wzbudziła wyraźne rozbawienie paryskiej widowni, zresztą podobnie jak dwukrotne stawanie przez Polkę na naciągu rakiety położonej przez nią na korcie.

"Chodziło o naciąg. Piłki różnią się znacząco od tych z ubiegłego roku. Wtedy były ciężkie i daleko latały, trudno było je kontrolować. W tym roku w ogóle nie lecą, więc trzeba inaczej naciągać struny rakiety. To co zrobiłam było taką prowizoryczną próbą naprawy. Ale nie wiedziałam, że stały się przebojem w internecie. Tak się czasem robi w trakcie meczu" - wspomniała Radwańska.

Podobnie jak w pierwszym meczu w tegorocznym Roland Garros - wygranym z Shahar Peer z Izraela 6:1, 6:1 - Polka wystąpiła z opaską na prawym udzie. To zabezpieczenie przed urazem mięśnia przywodziciela.

"Jest już lepiej, choć obawiałam się, że będzie gorzej. Dzisiejszy mecz nie był co prawda długi, ale jakieś szarpnięcia i naciągnięcia się jednak zdarzały. Tak naprawdę, kiedy trzeba grać na sto procent każdą piłkę, to czasem wystarczy jeden krzywy ruch i można sobie zrobić krzywdę. Na szczęście nic takiego się nie stało, choć nie obeszło się bez bandaża. W sumie nie mogę narzekać. Ostatnio brałam zastrzyki przeciwbólowe i przeciwzakrzepowe w ubiegłym tygodniu, więc jest postęp. W końcu to jest zawodowy sport i nie da się w nim uniknąć problemów i kontuzji" - powiedziała krakowianka.

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | urszula radwańska | roland garros | WTA tour

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje