Reklama

Reklama

Żużel. Gdzie jest lekarz? O sukcesie decydują detale

Mateusz Błażykowski z Abramczyk Polonii w niedzielnym meczu w Krośnie zaliczył dwa upadki. Po tym drugim lekarz zawodów (ze strony gospodarzy) zadecydował, że junior jest niezdolny do jazdy, co poirytowało bydgoszczan. Goście nie mieli jednak nic do powiedzenia, bo przyjechali na Podkarpacie bez swojego medyka. Po tej sytuacji czarno na białym widać jak ważny jest każdy szczegół. O sukcesie w żużlu decydują nawet najmniejsze detale.

Reklama

Bez lekarza na wyjazd ani rusz. Jeżeli klub chce osiągać sukcesy (medale, awans, fazę play-off), to musi wysyłać razem z zespołem na wyjazd lekarza. W innym przypadku lekarz zawodów (ze strony gospodarzy) może wykluczyć żużlowca gości po całkowicie niegroźnym upadku. W tej sytuacji zawodnik jest "niezdolny do jazdy" nawet, jeśli czuje się dobrze i nie doskwiera mu żaden ból. Boleśnie w niedzielę o tym przekonała się Abramczyk Polonia Bydgoszcz oraz jej junior Mateusz Błażykowski, który zakończył spotkanie przedwcześnie.

Doszło do wymiany zdań

Reklama

21-latek miał gigantyczne problemy z jazdą po krośnieńskim torze i nieatakowany przez nikogo zaliczył dwa upadki. Po tym drugim lekarz zawodów stwierdził, że młodzieżowiec jest niezdolny do jazdy. Przyjezdni pojawili się w Krośnie bez swojego medyka, więc mimo słownych protestów, nie mieli nic do powiedzenia. Przepisy są niepodważalne. Ktoś może zapytać, o co ta cała afera, skoro Błażykowski nie był w stanie nawet dojechać do mety. Trafiło na juniora, ale równie dobrze mogło trafić na jednego z liderów.

Nie chodzi już tylko o bydgoski zespół. Taka kuriozalna sytuacja może przydarzyć się w każdym ligowym spotkaniu, szczególnie w meczach, kiedy przyjdzie czas na najważniejsze rozstrzygnięcia w sezonie: medale, awans, utrzymanie lub walkę o fazę play-off. Przy tak wyrównanych drużynach każdy zdobyty punkt jest na wagę złota - może komuś otworzyć drzwi do walki o najwyższe cele, może również wypisać zespół z tej walki w dość dziwnych okolicznościach. Przy wyrównanych pojedynkach nawet strata żużlowca z tzw. "drugiej linii" ma kolosalne znaczenie, bo później musi zastępować go młodzieżowiec, a juniorów potrafiących rywalizować z seniorami jak równy z równym, jest coraz mniej.

Koszt nie jest wielki

Lekarz klubowy na wyjeździe to koszt od 500 do 2000 złotych. W czasach pandemii trzeba liczyć każdy grosz, choć dla klubów nie są to wielkie pieniądze. Wynagrodzenie dla medyka zależy przede wszystkim od długości trasy (nie pracuje on tylko na stadionie, doliczmy jeszcze dojazd, obecność w parkingu kilka godzin przed meczem, czy też czasami nocleg w hotelu). Oszczędności są ważne, lecz zabieranie lekarzy w delegację wykluczy kontrowersje lub domysły.

Z lekarzem się nie dyskutuje

- Opinia lekarza jest niepodważalna. Nawet jeżeli zawodnik twierdził, że był zdolny do jazdy, a lekarz ocenił inaczej, to znaczy że tak jest. To fakt i nie ma dyskusji, natomiast pierwszeństwo w orzekaniu ma zawsze lekarz klubowy. Taka jest hierarchia. Zrobiono to po to, żeby później nie było tego typu dziwnych domysłów. Ja osobiście uważam, że w normalnym, cywilizowanym świecie wystarczyłby lekarz zawodów - mówi nam Jacek Frątczak. - Na wyjazdy zabiera się ich dlatego, że lepiej znają zawodników, szczególnie w sytuacji powypadkowej. Jest coś takiego jak komfort psychiczny - ważne, kto zajmuje się zawodnikiem. To ma kluczowe znaczenie. Każdy pacjent woli mieć pierwszy kontakt z lekarzem, którego dobrze zna - dodaje.

Czy gospodarze mogą wykorzystywać nieobecność lekarza gości? - Jeżeli ktoś nie zabiera ze sobą lekarza, to w ogóle nie ma prawa dyskutować i na tym dyskusja powinna się zakończyć - uważa nasz ekspert. - Krążą różne legendy, historie, opowiadania. Ja nie znam lekarza - a pracowałem w Zielonej Górze, Toruniu oraz na innych zawodach - z którym miałbym problem lub chociaż procentową utratę zaufania co do jego wiarygodności. Nie spotkałem na swojej drodze lekarzy, którzy fałszowali dokumentację medyczną i dzięki Bogu. Szczerze mówiąc nawet nie mieści mi się to w głowie. Mówiąc wprost - byłby to moralny upadek. Nie wiem, czy takowi w ogóle istnieją - podkreśla Frątczak.

- Opinia lekarza jest decyzją ostateczną. Umówmy się, w sportach motorowych nie ma niegroźnych upadków, tylko każdy jest groźny. Motocykl waży 80 kilogramów, jedzie z określoną prędkością. Kilka lat temu Jason Doyle po kolizji z Adrianem Miedzińskim zjechał do parkingu na motocyklu i tam z niego spadł. Doszło do urazu śródstopia wskutek kontaktu dwóch motocykli, a noga Jasona była w środku. W pierwszym momencie zadziałała adrenalina i nic nie czuł. Niekoniecznie musi dojść do upadku, czasami wydaje się że nic się nie stało. A Jason dwa dni później przeszedł bardzo poważną operację. Tutaj nie ma reguły - podsumowuje Frątczak, pytany o niegroźnie wyglądające upadki w sporcie żużlowym.

Abramczyk Polonia przegrała na wyjeździe z Cellfast Wilkami Krosno 38:51, choć wykluczenie z końcówki zawodów Błażykowskiego akurat nie miało wpływu na losy meczu.


Dowiedz się więcej na temat: Abramczyk Polonia Bydgoszcz | Cellfast Wilki Krosno | żużel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje