Sportowy piknik przy piwie!

Czy możliwa jest sportowa impreza masowa bez przekleństw, bójek i zamieszek? W sobotę we Wrocławiu mogliśmy przekonać się, że jak najbardziej.

Żużlowa GP Europy może stanowić wzór organizacji imprez dla innych miast, które zamierzają gościć u siebie najlepszych sportowców świata.

Reklama

Wrocławskie zawody śmiało można nazwać sportowym piknikiem. W sobotni wieczór nie brakowało sportowych emocji, ale i wspaniałej zabawy wśród fanów "czarnego sportu". Mimo iż w obrębie stadionu prowadzono sprzedaż piwa, nie widać było zataczających się ludzi, ani takich, którzy w przypływie sił demolują co tylko popadnie. Wszyscy świetnie się bawili. Czyż nie jest to dziwne, że na stadionach piłkarskich, gdzie nie sprzedaje się piwa zdarzają się rozróby chuliganów, a na żużlowych, mimo hektolitrów sprzedanego alkoholu, nie ma żadnej agresji?

Już na cztery godziny przed rozpoczęciem zawodów wokół stadionu olimpijskiego gromadziły się tłumy fanów z całej Polski, a także z Anglii, Szwecji, Danii oraz USA. Na rozłożonych na trawnikach kocach całe rodziny wymieniały poglądy na temat pierwszego w tym roku turnieju Grand Prix. Atmosfera pikniku przeplatała się z gorącymi dyskusjami o szansach najlepszych żużlowców świata.

Nikt nie miał prawa być głodnym przed, podczas i po zawodach. Kiełbaski z grilla, steki, golonka, szaszłyki były dostępne dla publiczności jeszcze dwie godziny po zakończeniu imprezy.

Atmosfera na trybunach podczas imprezy była godna Grand Prix. Wzorowy doping, oklaski, śpiewy i wiwaty towarzyszyły żużlowcom podczas ich startów. Największa wrzawa miała miejsce kiedy na torze pojawiał się pupil miejscowej publiczności Jarosław Hampel. "Mały" o szerokość opony przegrał batalię o finał, gdyż na ostatnich metrach wyprzedził go Australijczyk Leigh Adams. - Przegrałem po równej walce, a na ostatnim łuku dodatkowo miałem pecha, bo postawiło mi motocykl. Adams niestety to wykorzystał. To bardzo boli, ale nie ma co załamywać rąk - powiedział po zawodach Hampel.

Pozostali Polacy nie dostosowali się do wspaniałej publiczności. Największa nadzieja "biało-czerwonych" (chyba już niespełniona) Tomasz Gollob zupełnie nie radził sobie w walce nie tylko z najlepszymi żużlowcami świata, ale również ze średniakami. - Jakbym miał typować, to Tony Rickardsson na 90 procent będzie mistrzem świata. To, czym on dysponuje, to coś niesamowitego - piał z zachwytu nad sprzętem Szweda Gollob, który przed sezonem zainwestował ogromne pieniądzie w sprzęt, ale jak widać była to chybiona inwestycja.

Rzeczywiście, klasą dla siebie był Rickardsson, który wygrał wszystkie 7 biegów, w jakich startował. - To był jeden z najlepszych turniejów w mojej karierze. Przed zawodami trochę się obawiałem, bo bolały mnie plecy... no powiem szczerze, trochę niżej bolało..., no d.... mnie bolała - stwierdził z uśmiechem Szwed.

Największą niespodzianką GP Europy był pochodzący z Brazylii Szwed Antonio Lindbaeck. 20-latek startował bez kompleksów i zapewnił sobie miejsce w finale, w którym tylko dość ostra jazda Jasona Crumpa na ostatnim łuku pozbawiła go miejsca na podium.

Żużlowa GP Europy 2005 przeszła już do historii. Jednak jeszcze w tym roku Wrocław ponownie będzie stolicą światowego speedwaya. Na początku sierpnia na stadionie olimpijskim odbędą się drużynowe mistrzostwa świata i można być pewnym dwóch rzeczy - wspaniałej organizacji oraz kultury wśród kibiców. Tego mogą fanom czarnego sportu pozazdrościć prawdziwi kibice piłki nożnej.

Andrzej Łukaszewicz, Rafał Dybiński, Wrocław.

Zobacz GALERIĘ ZDJĘĆ z żużlowej Grand Prix we Wrocławiu

Dowiedz się więcej na temat: impreza | W.E. | Wrocław | Grand Prix | GP europy | piknik | sportowy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje