Henin: Skupiam się na kobiecie

Nie sądzę, żebym przez wygranie Wimbledonu stała się szczęśliwszą osobą. Dla mnie nie miałoby to wielkiej różnicy - zdradziła Belgijka Justine Henin, była numer 1 światowego tenisa.

W zeszłym roku Henin niespodziewanie zakończyła karierę. - Chcę skupić się na kobiecie, która dojrzewa we mnie teraz. To jest dla mnie ważniejsze - mówi angielskiej prasie.

Reklama

- Po prostu nie chciałam, by moje imię było więcej figurowało w rankingach - tłumaczy swój wybór i w ogóle nie żałuje swojej decyzji, która zaskoczyła cały świat sportu.

- Absolutnie nie mam żadnych wątpliwości. Zdałam sobie sprawę z tego, że można świetnie żyć, nie rywalizując ciągle na najwyższym poziomie. Zdałam sobie sprawę, że mogę być szczęśliwa w inny sposób.

- By zostać numerem jeden na świecie i utrzymać się na szczycie, musisz być regularnym sportowcem. Wielu ludzi mówi, że Serena Williams jest najlepszą zawodniczką, kiedy jej głowa zajmuje się tenisem. Jelena Jankovic musi przenieść swoją grę na inny poziom, ale myślę, że ma do tego możliwości. Ana Ivanovic udowadnia, jak trudno jest zmierzyć się z nową dla siebie sytuacją, gdy wygrywa się French Open - komentuje obecną sytuację w kobiecym tenisie.

Belgijka nie zerwała ze sportem i jest cały czas obecna przy tenisie. - Utworzyłam akademię tenisową wspólnie z Carlosem Rodriguezem, trenerem, z którym pracowałam przez całą swoją karierę. Znajduje się ona w miejscowości Howey-in-the-Hills na Florydzie, która zawsze była ważną częścią mojej sportowego życia - wyjaśniła.

Za cel stawia sobie wychowanie przyszłych mistrzów. - Najważniejsze to traktować młodych zawodników jak ludzi. Zamierzam promować wśród nich wartości, których sama się nauczyłam, występując w cyklu WTA - twierdzi.

Wyjaśnia dlaczego nie założyła swojej akademii w ojczyźnie. - Mamy teraz w Belgii problem, bo nie posiadamy wystarczająco wiele ambicji. Jeżeli jesteśmy z czegoś zadowoleni, to nie chcemy nic więcej. Dzieciaki w Stanach Zjednoczonych wydają się mieć inną mentalność. Jeśli wiedzą, że mają potencjał, zdają sobie sprawę, że mogą być kimś - mówi.

Spotkaniem, które najbardziej zapisało się w jej pamięci jest półfinał US Open z 2003 roku, w którym zmierzyła się z Amerykanką Jennifer Capriati.

- Wygrałam 7:6 w trzecim secie po tym jak ona trzykrotnie serwowała na mecz. Byłam wycieńczona, pytałam się samej siebie: "Co ja mogę zrobić, kiedy ona gra tak świetnie?". I wtedy zagrałam najbardziej niesamowite uderzenie, które odwróciło wszystko - wspomina.

ASInfo/INTERIA.PL

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje