LŚ: Ukartowana "dzika karta"

"Szkoda tej ciężkiej pracy, którą włożyliśmy w przygotowania. Bezsensowny przepis o małych punktach zamknął nam drogę do finału" - żali się na łamach "Przeglądu Sportowego" Sebastian Świderski.

Wszystko wskazuje na to, że decyzja o "dzikiej karcie" na finałowy turniej Ligi Światowej była ustalona zdecydowanie wcześniej niż się wydawało. Włosi, którzy rozgrywki w grupie C zakończyli dopiero na trzecim miejscu (za Francją i Rosją), byli pewni występu w Moskwie.

Reklama

O tym jak pewnie się czuli niech świadczy m.in. fakt, że pojechali na dwa ostatnie mecze grupowe do stolicy Rosji, rezerwując powrotne bilety dopiero na 29 sierpnia, czyli już po zakończeniu finałowego turnieju.

"Już przed trzema tygodniami mój włoski menedżer opowiadał mi, że działacze tamtejszej federacji głośno i bez ogródek informowali wszystkich, że dzika karta trafi w ich ręce" - ujawnił Świderski.

"Włosi są bardzo cenieni w światowej centrali. Telewizja RAI dała miliony za prawa do transmisji, a Italia inwestuje ogromne pieniądze w siatkówkę. Może nasza pozycja by wzrosła, gdybym został wybrany do zarządu FIVB" - tłumaczy z kolei Mirosław Przedpełski, prezes PZPS.

INTERIA.PL/Przegląd Sportowy
Dowiedz się więcej na temat: Sebastian Świderski | karta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama