MŚ siatkarek: Kto jest winien?

Polskie siatkarki jeszcze nie zakończyły swojego udziału w mistrzostwach świata w Japonii. Nie ma jednak wątpliwości, że ich występ w Kraju Kwitnącej Wiśni był fatalny.

Zdołowane psychicznie siatkarki zmierzą się z Turcją i Kubą. W tych spotkaniach mistrzynie Europy walczyć będą o zachowanie twarzy. Czarne chmury już wiszą nad reprezentacją. Prawdziwa burza rozpęta się jednak po powrocie siatkarek do Polski.

Reklama

Przez ostatnie kilka miesięcy zespół przygotowywał się do najważniejszej imprezy w tym sezonie. Porażki w Grand Prix tłumaczono, że docelową imprezą jest japoński mundial i właśnie wtedy ma przyjść szczyt formy. Formy jednak nie ma i zamiast walczyć o czołowe lokaty, Polki bronią się przed wcześniejszym powrotem do domu. Co się stało i kto jest winny takiego stanu?

Winę ponosi Andrzej Niemczyk. Zresztą sam, jak na twardego faceta przystało, nie unika odpowiedzialności. Trener, który stworzył ten zespół, doprowadził go do dwukrotnego mistrzostwa Europy, dwa miesiące przed mistrzostwami świata zostawił swoje podopieczne. W chińskim Ningbo podczas jednego z turniejów Grand Prix Niemczyk wyrzucił z kadry Małgorzatę Glinkę, a potem oddał się do dyspozycji PZPS. Później trener zniknął bez śladu i nie stawiał się na kolejne wezwania siatkarskiej centrali. Do tego doszły problemy zdrowotne Niemczyka. Efekt. Niemczyk przestał być trenerem kadry. W najmniej oczekiwanym momencie. Dwa miesiące przed mistrzostwami świata.

Nie udało się uratować dla reprezentacji Glinki (przynajmniej w tym sezonie), to należało ratować pozostałe zawodniczki. Niemczyk powinien nadal pracować z kadrą. Z Glinką, czy bez.

Ireneusz Kłos także ponosi winę za kiepski występ w Japonii. Choć nie w tak dużym stopniu, jak Niemczyk. Nagle były znakomity rozgrywający z asystenta stał się pierwszym trenerem. Kłos miał kontynuować pracę Niemczyka. Zadanie jednak go przerosło. Nie udźwignął ciężaru. Symptomem, że z tej mąki nie będzie chleba były eliminacje do Grand Prix 2007 w których Polki rzutem na taśmę wywalczyły awans. Mistrzostwa świata pozbawiły wszelkich złudzeń.

PZPS także ponosi odpowiedzialność. Po feralnym turnieju w Ningbo zamiast łagodzić atmosferę, siatkarska centrala jeszcze ją podgrzewała. Skoro już doszło do takiego kryzysu tuż przed światowym czempionatem, to związek jest od tego, żeby kryzys zażegnać. Znaleźć rozwiązanie.

Co dalej z siatkarkami? Rozpadający się zespół, ktoś musi sklecić. I musi to być osoba, która zdoła odbudować psychicznie zawodniczki i która sprawi, że znów z chęcią będą grać w reprezentacji. Ktoś z autorytetem.

PZPS ma dwa warianty. Powrót Andrzeja Niemczyka lub zatrudnienie obcokrajowca.

W Polsce, oprócz Niemczyka nie ma trenera, który byłby w stanie dokonać tego karkołomnego zadania. W mediach pojawiło się nazwisko Alojzego Świderka (byłego asystenta Niemczyka). Świderek jest drugim trenerem męskiej kadry i niech tak lepiej zostanie. W ekipie prowadzonej przez Raula Lozano współpraca układa się dobrze, więc po co to psuć.

Czy jednak Niemczyk będzie w stanie odzyskać zaufanie zawodniczek, które porzucił? Ze swoją charyzmą pewnie by tego dokonał. Tylko brakuje pewności, że sytuacja, jak w Ningbo, nie powtórzy się.

Kadrę siatkarek do Pekinu powinien poprowadzić obcokrajowiec. Trener z nazwiskiem i autorytetem. A takich na pewno nie brakuje. Szkoda Massimo Barboliniego (prowadzi Włoszki), który wymieniany był jako następca Niemczyka. Ale na przykład jest Marco Bonita. Pod jego wodzą siatkarki z Italii zdobyły mistrzostwo świata.

Ruch należy do PZPS. Czasu jest mało, bo już za rok mistrzostwa Europy, a za dwa lata igrzyska w Pekinie.

Dowiedz się więcej na temat: występ | kadry | Grand Prix | siatkarki | niemczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje