Trudne chwile kaliskiej siatkówki

Siatkarki Calisii jeszcze przed rokiem walczyły o medale mistrzostw Polski. Dziś znajdują się w diametralnie innej sytuacji - drużyna zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, a klub wciąż spłaca ogromne zadłużenie z poprzedniego sezonu.

Od sześciu lat kaliskie siatkarki systematycznie sięgają po medale mistrzostw Polski. W sezonach 2004/05 i 2006/07 zdobywały tytuł najlepszej drużyny w kraju. Trzecie miejsce wywalczone w ubiegłym roku uznano za porażkę. Co gorsza, po zakończeniu rozgrywek okazało się, że klub jest poważnie zadłużony, a sponsor tytularny - koncern Nestle wycofał się z finansowania zespołu. Najlepsze zawodniczki wraz z trenerem Igorem Prielożnym przeniosły się do Bielska-Białej.

Reklama

Kaliski zespół wrócił do starej nazwy, Calisia i ze skromnym budżetem oraz zaledwie dziewięcioma zawodniczkami wystartował w rozgrywkach. Po 13. kolejkach podopieczne Mariusza Pieczonki zajmują ostatnie miejsce w tabeli.

Prezes Calisii Wiesław Kostera nie ukrywa, że sytuacja klubu jest bardzo trudna. - Po odejściu sponsora tytularnego, który zapewniał ponad połowę budżetu, walczymy praktycznie o przetrwanie. Cały czas spłacamy długi. A co do wyników - nasz skład to na pewno nie jest "pierwszy sort", ale cóż, tak krawiec kraje ile materii staje - przyznał sternik kaliskiego klubu.

Trener kaliszanek Mariusz Pieczonka nie ukrywa, że "krótka ławka" to poważny problem jego drużyny. Ze względu na kontuzję środkowej Eweliny Toborek, na jej pozycji musi grać Dominika Sieradzan, która niemal całą swoją karierę występowała jako skrzydłowa.

- Chcieliśmy uzupełnić skład, ale większość zawodniczek miała już wcześniej podpisywane kontrakty. Byliśmy nawet już dogadani z dwoma siatkarkami, ale dziewczyny wiedziały o naszych kłopotach i szukały stabilności w innych klubach - powiedział szkoleniowiec.

Pieczonka, mimo trudnej sytuacji, nie traci optymizmu. - W meczu z Piłą przez większość spotkania byliśmy równorzędnym partnerem. Wraca do nas Ewelina Toborek, może zagra już w najbliższym meczu ligowym z Gwardią Wrocław, dla nas niezwykle ważnym. Nie gramy źle, ale brakuje trochę szczęścia, a czasami popełniamy za dużo łatwych błędów - przyznał trener, który zdementował plotki o swojej ewentualnej dymisji.

- Wiem, że mam pełne poparcie zarządu - podkreślił.

W Kaliszu kibice przeżywali już podobną huśtawkę nastrojów. W latach 90., dzięki ogromnemu wsparciu Augusto, klub zdobywał tytuły mistrza kraju. W 1999 roku sponsor się wycofał, a z wielkiej drużyny, w której występowała m.in. Małgorzata Glinka, pozostały tylko wspomnienia. Wówczas jednym z ratowników kaliskiej siatkówki został Kostera, który objął funkcję szefa klubu. Kaliski zespół w kolejnym sezonie musiał walczyć w barażach o pozostanie w ekstraklasie.

- W tamtym okresie dwukrotnie graliśmy w barażach i dwa razy utrzymywaliśmy się w lidze. Nie mam nic przeciwko temu, by taki scenariusz się powtórzył. Jeśli utrzymamy się w lidze, na pewno łatwiej będzie nam rozmawiać z potencjalnymi sponsorami. Nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy spaść z ligi. Co się wtedy stanie z kaliską siatkówką? Nie wiem, gdyż jeszcze nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji - stwierdził Kostera.

Jego zdaniem obecny kryzys finansowy na pewno nie ułatwia pozyskiwania sponsorów. - Sam prowadzę dużą firmę i do końca nie wiem w jakim kierunku ten kryzys podąży. Wiele firm będzie miało jednak powód do wytłumaczenia, dlaczego nie chcą zaistnieć w życiu sportowym. Siatkówka jest w tej chwili na topie, ale uważam, że jest mocno przegrzana koniunktura. Zawodniczki zarabiają zdecydowanie za dużo jak na możliwości polskiego rynku. Dziś w żeńskiej lidze prezesi dwóch, może trzech klubów mogą powiedzieć, że mają zamknięty budżet. A pozostali? No cóż, mówi się, że kryzys czyści najsłabszych, a my niestety jesteśmy tego najlepszym przykładem - podsumował Kostera.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: chwila | kryzys | medale | klub | siatkarki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje