Matlak: Zostałem bez gwiazd!

Ważny jest końcowy efekt. Udało się awansować i to jest sukces, bo mistrzostwa świata są raz na cztery lata, a nie wszystkie gry zespołowe mogą na to liczyć - powiedział INTERIA.PL trener reprezentacji siatkarek Jerzy Matlak po turnieju kwalifikacyjnym, który odbył się w Rzeszowie.

- W polskiej siatkówce kobiecej mamy wiele problemów, które nie znalazły rozwiązania w ostatnich latach i spadły na mnie. Po olimpiadzie w Pekinie wszystko pękło jak bańka mydlana i zostałem bez gwiazd polskiej siatkówki! Musiałem ściągać zawodniczki, których już w tej kadrze nie było, z których ktoś wcześniej zrezygnował i przez ostatni rok albo dwa w niej nie grały. Ale ktoś musi ten zespół ciągnąć. Dziewczyny, które grały w Rzeszowie, robią to z powodzeniem i chwała im za to - mówił selekcjoner "biało-czerwonych".

Reklama

Kłopot z Turczynkami

W turnieju rozegranym w hali Podpromie najlepsze okazały się Turczynki, który również pojadą do Japonii, na trzecim miejscu uplasowała się Belgia, a na czwartym Francja.

- Turczynki grały od nas płynniej, lepiej, są ze sobą chyba trzeci rok w podobnym składzie, z tym samym trenerem i pewne zagrania mają bardziej wypracowane. My jesteśmy ze sobą dopiero dwa miesiące, stąd nasze problemy, a na zbudowanie zespołu potrzeba czasem dwóch, trzech sezonów. Muszę więc trochę zmniejszyć moje wysokie oczekiwania w stosunku do drużyny, bo wiem, czym dysponuję, a niekoniecznie mam kim zastąpić albo wspomóc grające obecnie zawodniczki, bo po porostu takich nie ma. W Rzeszowie były wszystkie najlepsze polskie siatkarki, którymi obecnie dysponujemy i są zdrowe, ale jak się okazało, jest to za mało, jeżeli chodzi o konkurencję na wysokim poziomie. Wystarczyło to na Belgijki czy Francuzki, ale już z Turczynkami był kłopot - zaznaczył Matlak.

Nie ma tłumu w poczekalni

- Problemem polskiego zespołu jest przyjęcie zagrywki. Dlatego męczymy się, jak to miało miejsce w spotkaniu z Turcją, kiedy byliśmy w tym elemencie o około 20 procent gorsi od rywalek. Skutek był taki, że nie mogliśmy uruchomić środka, graliśmy za dużo prawym albo lewym skrzydłem, gdzie nas blokowano - tłumaczył trener.

- Skład osobowy jest taki, jaki jest i powstaje problem, aby tę kadrę w najbliższym czasie kilka zawodniczek wzmocniło. Nie widzę takiego tłumu, który czekałby w poczekalni. Dwie czy trzy siatkarki mogłyby zmienić obraz tej sytuacji, jeżeli chodzi o konkurencję w zespole, siłę ataku czy bloku, bo tutaj mamy kłopot. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje na treningach, wystawiałem do gry te zawodniczki, które są w danym momencie najzdrowsze, nie zawsze najlepsze. Robię tak, żeby jeszcze bardziej nie pogorszyć swojej sytuacji związanej z kontuzjami - dodał selekcjoner "biało-czerwonych".

Absencje wytłumaczone

Trener Matlak wie, że to dopiero początek jego pracy z kadrą, ale, jak mówił, nie wszystko od niego zależy: - Miałem zadanie i je wykonałem, a nad losem polskiej siatkówki nie tylko ja muszę się zastanowić, ale wiele osób. Przecież zależy on nie tylko ode mnie czy od tych zawodniczek, które obecnie grają w kadrze, bo one są najmniej winne temu wszystkiemu. Do tych, których nie ma z nami, też nikt nie zgłasza wielkich pretensji, bo są to absencje wytłumaczone. Sprawę może załatwić czas i rozwiązania systemowe. Jeżeli każdy będzie chciał być w tej kadrze, jak wtedy, gdy zdobywano medale, to sytuacja byłaby dużo lepsza. Różne okoliczności powodują absencje, o szczegółach nie chcę mówić, bo ktoś się może obrazić, nie zrozumieć, po co i dlaczego to powiedziałem - mówił.

Chcemy jechać 200 km/h

- W siatkówce często wielkie znaczenie ma jedna czy dwie zawodniczki, takie prawdziwe liderki, które tutaj nie grały, a wcześniej były. Po dwóch miesiącach wspólnej pracy trzeba się cieszyć, że nam się udało, bo przecież nie było tej kadry, środowisko było skłócone, nie było wyników, pojawiły się poglądy, że nie da się już tego odbudować. Na razie nie jest najgorzej, ale wszystko wymaga poprawy i czasu - wyznał trener Matlak. - Może za jakiś czas uda się podciągnąć pewne sprawy, ale w tym momencie nie ma kim. To tak, jakby się chciało jechać 200 km/h, a na razie silnik ciągnął tylko150...

Wg trenera, Nie można być pesymistą do końca, ale trzeba szybko zaproponować jakieś wyjścia z sytuacji. Tylko ktoś się tym musi zainteresować: - Sytuację, jaką mam teraz w kadrze, wynika z lat zaniechań. Przecież niedawno dwa razy nasze panie były mistrzyniami Europy i nikt tego sukcesu mądrze dla polskiej siatkówki nie spożytkował.

Mogę liczyć na 20 dziewczyn!

- Cztery ostatnie lata są bez większych sukcesów, a zawodniczek zamiast przybywać, ubywa. Z tych, które wtedy konsumowały ten triumf, nieliczne są w tej kadrze. Większość przestała w niej grać: albo rodzą dzieci, albo są kontuzjowane, a następców nikt nie wychował - przyznał Matlak.

Selekcjoner żeńskiej reprezentacji nie ma takiego komfortu jak opiekun męskiej kadry: - Siatkarze mogli postawić na młodzież, bo ona jest. Ja nie mam takiego wyboru, jak wśród tych 8-10 chłopaków, którzy występowali w Lidze Światowej, już młodych i utalentowanych i grających na dobrym poziomie. To jest problem żeńskiej siatkówki, że takiego zaplecza, żeby zmienić 10-12 zawodniczek, po prostu nie ma. Z kadry juniorek można wziąć dwie siatkarki, z kadry B, która grała na Uniwersjadzie, także dwie, a biorąc pod uwagę, że tutaj miałem 15 zawodniczek, to w sumie możemy liczyć na jakieś 20 dziewczyn i one muszą nam wystarczyć, bo lepszych i więcej nie mamy - powiedział trener "biało-czerwonych".

Grupa "do użytku"

Po turnieju w Rzeszowie nasze siatkarki nie będą miały przerwy.

- Za cztery, pięć dni zbieramy się w Kielcach, gdzie odbędzie się polski turniej World Grand Prix. Potem większa część wyjedzie na inne turnieje, jedna czy dwie zostaną trenować w kraju, bo nie mam możliwości, by je wymienić. Zagramy więc w podobnym składzie jak w Rzeszowie. To nie jest dobre rozwiązanie, ale innego nie mam - stwierdził Matlak

- Polska nie jest zespołem, który wychodzi z jakiegoś systemu. Po przyjściu do kadry powołałem grupę zawodniczek, która, nazywając to może trochę wulgarnie, była "do użytku". Osiem siatkarek, o których myślałem na początku, nie ma w reprezentacji. Albo zrezygnowały ze względów zdrowotnych, albo się w niej nie widzą, a są te, które chciały w niej być od początku. W ciągu miesiąca powinny do nich dołączyć Lena Dziękiewicz i Natalia Bamber i na razie więcej nie widać - dodał.

Wiele zależy od lekarzy...

Kto może ten zespół wzmocnić w perspektywie mistrzostw Europy, które za dwa miesiące odbędą się w Polsce?

- Katarzyna Skowrońska, ale dla mnie ten temat jest na razie zamknięty, bo decyzja nie zależy ode mnie czy od niej, ale od lekarzy. Jeżeli lekarze się zgodzą, to dołączy do kadry, jeśli nie, a takie są prognozy, to będziemy musieli sobie dać radę bez kolejnej gwiazdy polskiej siatkówki - powiedział selekcjoner "biało-czerwonych", który jednak jeszcze nie myśli o czempionacie Starego Kontynentu.

- Jestem zadowolony, że dziewczyny wywalczyły awans do mistrzostw świata i w najbliższej przyszłości nie interesuje mnie nic więcej. Połowę zadania, jakie mieliśmy w tej trudnej sytuacji, wykonaliśmy. Teraz trzeba się zastanowić, co możemy zrobić do mistrzostw Europy. Jeżeli ten zespół będzie uzupełniamy innymi zawodniczkami, to dobrze, jeśli nie, to będziemy sobie dawać radę w tym składzie, ale nie jest on wystarczający, żeby pokonać Turczynki na własnym parkiecie - stwierdził Matlak.

Paweł Pieprzyca, Robert Kopeć; Rzeszów

***

CZYTAJ TAKŻE:

Gajgał: Mamy problem z utrzymaniem równej formy

Świeniewicz: Zawiodłyśmy kibiców

El. MŚ: Belgia na trzecim miejscu

Polki nie sprostały Turczynkom

Dowiedz się więcej na temat: problem | polki | Belgia | selekcjoner | biało | reprezentacja | siatkarki | Rzeszów | kadry | 'Gwiazdy'

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama