Wołowski: Lwie serca Polaków

Remis u siebie na starcie eliminacji mundialu rzadko bywa wynikiem dobrym dla drużyny mającej aspiracje do awansu. Polscy piłkarze przełamali jednak barierę lęku pokazując więcej serca do gry niż piąta drużyna światowego rankingu.

Reklama

Waldemarowi Fornalikowi na temat gry Anglików mówić nie wypadało. Roy Hodgson wspominał jednak o sporej dawce szczęścia. Faktycznie z dwóch drużyn, zajmujących tak skrajne pozycje w europejskiej hierarchii, Polacy mieli serca do walki zdecydowanie więcej. I to w pojedynku z przeciwnikiem, który ofiarność, waleczność i poświęcenie barwom nosi na sztandarach. Ten mecz, rozegrany dokładnie w rocznicę legendarnego remisu na Wembley i zakończony takim samym wynikiem, będziemy wspominali, jako kolejny, w którym zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki.

Jak na drużynę mającą aspiracje zaliczania się do światowej czołówki, Anglicy pokazali futbol chwilami wręcz prymitywny. Niczym piłkarscy jaskiniowcy zagrywali długie piłki do Wayne’a Rooney’a lub Jermaina Defoe zrzucając na dwójkę napastników odpowiedzialność za grę w ofensywie. Gwiazdy Premier League zachowywały się na boisku bardzo pasywnie, takie zjawisko jak atak pozycyjny Anglików występowało śladowo.

Napastnik Chelsea Fernando Torres postawił niedawno tezę, że od chwili, gdy Pep Guardiola stworzył w Barcelonie pewien ideał, niemal wszyscy zaczęli do niego dążyć. W Premier League, Bundeslidze, a nawet w Serie A wiele klubów uwierzyło w te same futbolowe wartości, co Katalończycy. Z pewnością Roy Hodgson ich nie wyznaje, bo jeśli chodzi o grę kombinacyjną, Anglików dzielą lata świetlne nie tylko od Hiszpanów, ale Włochów, Niemców, a nawet drużyn drugiego planu. Gdyby odebrać im talent do wykorzystywania stałych fragmentów gry, po stronie atutów pozostałoby niezbyt wiele.

Na tym tle, drużyna Fornalika wyglądała na grupę ludzi, której o coś chodzi. Gorzej wyszkoleni indywidualnie Polacy mieli swój plan, wiedzieli, jak chcą go wcielić w życie. Zagęszczenie własnego przedpola sprawiło, że Przemysław Tytoń spędzał czas dość spokojnie. Wszystko mogło runąć w gruzy po jednym nieszczęsnym rzucie rożnym, na szczęście tak jak Polacy zawalili pod swoją bramką, tak potrafili grzech odkupić po drugiej stronie. Gol Kamila Glika był aktem sprawiedliwości, gdyby nie on, wygrałaby drużyna, która na to nie zasłużyła.

Po hitowym starciu w Champions League Manchesteru City z Borussią Dortmund nasiliła się akcja kreowania Joe Harta na najlepszego bramkarza świata. Wypadł wtedy fenomenalnie, w Premier League też potwierdzał formę, od dziesięcioleci Anglicy nie mieli kogoś tak zdolnego między słupkami. Prasa całej Europy publikowała fotomontaż bramkarza-ośmiornicy przedstawiającego Harta z sześcioma rękami, łapiącego w jednej chwili kilka piłek. Przy golu Glika okazało się jednak, że watro dać okazję do prostego błędu nawet komuś tak fenomenalnemu.

Z 523 minut bez bramki w meczu reprezentacji, seria Roberta Lewandowskiego zwiększyła się do 613 minut. Napastnik Borussii należał jednak w pojedynku z Anglią do najlepszych na boisku. Wykonał tytaniczną pracę, mogą ją bagatelizować wyłącznie ci, dla których pozytywna ocena snajpera ogranicza się do suchej obecności na liście strzelców.

Ludovic Obraniak wreszcie chciał kierować grą drużyny narodowej. Przez 85. minut szukał kontaktu z piłką i kolegami, nie ustawał w myśleniu, jak może wpłynąć na wynik meczu. Nie opuścił rąk przy stanie 0-1, był pozytywnie zmotywowany, po tym, co stało się w Podgoricy. W środę nie miałem już wątpliwości, dlaczego wybrał grę w barwach biało-czerwonych?

Polscy piłkarze walczyli i myśleli na boisku. Nie dostali w nagrodę trzech punktów, ale nie pozwolili się ani przestraszyć, ani zdominować. Legenda potyczek z Anglikami wcale nie ułatwiała im sprawy, wynika z niej, że Polacy mogą zwyciężyć tylko wtedy, gdy sami należą do światowej czołówki. O tym, że obecna reprezentacja Polski jest od tego bardzo daleko, przekonaliśmy się podczas Euro 2012. Kłopoty z opanowaniem frustracji, bezsilności i obawy o przyszłość mogli mieć nie tylko kibice, ale i sami gracze.

5 pkt w trzech meczach eliminacji MŚ w Brazylii to mniej niż zakładał Waldemar Fornalik. Znacznie więcej jednak, niż po mniej dotkliwym niż polskie rozczarowaniu na Euro 2012, zdołała ugrać Ukraina. W Podgoricy i w Warszawie drużyna Fornalika pokazała charakter. W 18. potyczce z Anglikami stało się coś nowego: Polacy pierwsi stracili gola, a mimo to nie przegrali. Kibice, którzy pielgrzymowali na Stadion Narodowy aż dwa razy, nie mają podstaw, by czuć się zlekceważeni przez piłkarzy.

Autor: Dariusz Wołowski

Podyskutuj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Wyniki, terminarz i tabela grupy H el. MŚ 2014

Tutaj znajdziesz zapis relacji na żywo z meczu Polska - Anglia w wersji mobilnej

INTERIA.PL rozpoczyna akcję "Wybierz prezesa PZPN". By wziąć udział w akcji, wystarczy wejść na tę stronę

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama