Kosowski: Smuda mnie nie odkurzył, tylko wyjął z LM

- Franz Smuda nie odkurzył mnie po zdjęciu z szafy, na której sobie dwa lata leżałem, tylko wziął mnie z klubu, z którym awansowałem do Ligi Mistrzów! To powołanie oczywiście jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale też nagrodą za półtora roku ciężkiej pracy - podkreśla w rozmowie z INTERIA.PL Kamil Kosowski.

INTERIA.PL: Trener Smuda zapowiedział, że wystarczy mu, żebyś w kadrze zagrał tak jak w dwumeczu Wisły z Barceloną. To duże wyzwanie.

Reklama

Kamil Kosowski, pomocnik APOEL-u Nikozja i reprezentacji Polski: - Mówił to oczywiście z sympatią i przekąsem, żartobliwie, bo wydaje mi się, że po tym dwumeczu z "Barcą" to jeszcze parę niezłych występów było w moim wykonaniu. Czy teraz wypadnę równie dobrze?Trenowaliśmy w pocie czoła i wiem, czego trener ode mnie oczekuje. Będę się starał spełnić te oczekiwania - zagrać dobry mecz. Mam nadzieję, że wszyscy wystąpią dobrze i jeśli nawet się nie uda wygrać, to chociaż pokażemy, że chcemy, że poprawiliśmy styl gry reprezentacji. Reprezentacja powinna grać fajny, miły dla oka futbol.

- Nie zapominajmy jednak, że nie gramy - nikogo nie obrażając - z San Marino ani z Liechtensteinem, tylko z reprezentacją Rumunii, która w swoich szeregach ma niezłych piłkarzy. Ale ja nikogo się nie boję, oni też są ludźmi. Grają wprawdzie w lepszych klubach, w silniejszych ligach niż my, ale nie jesteśmy na straconej pozycji. Grunt, żebyśmy zrealizowali taktykę trenera Smudy. Życzyłbym sobie, żeby pierwszy mecz wyszedł nam jak najlepiej.

Trener Smuda powołał cię, bo pamięta twoje żywiołowe rajdy po skrzydle. Masz jeszcze w sobie tę fantazję?

- Franz Smuda nie odkurzył mnie po zdjęciu z szafy, na której sobie dwa lata leżałem, tylko wziął mnie z klubu, z którym awansowałem do Ligi Mistrzów! To powołanie oczywiście jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale też nagrodą za półtora roku ciężkiej pracy. Wbrew temu, co się o niej mówi - "liga dla emerytów", liga cypryjska nie jest wcale lekka i słaba. To tylko się tak niektórym wydaje. Trzeba w niej zasuwać w czterdziestostopniowym upale, czasami dwa razy dziennie, a i poziom nie jest byle jaki.

- Życzyłbym sobie i Polsce, żeby chociaż raz na dziesięć lat miała reprezentanta w Champions League, bo Cypr ma już drugi rok z rzędu swego mistrza w fazie grupowej. Z tego, co widzę, to kolejne kluby mają na to chrapkę. Wszyscy chcą wygrać mistrzostwo - do walki o prymat dołączyły Apollon i AEL, które zwiększyły budżety i sprowadziły lepszych piłkarzy. Liga jest ciekawsza od polskiej. Nie jest tak, że kilka miesięcy czeka się na jakiś hit rundy, tylko co kolejkę jest jakiś ciekawy mecz, a do emocjonujących derbów dochodzi niemal co drugą kolejkę. Do tego na Cyprze mają troszeczkę bardziej zielone boiska.

Porównaj trenera Smudę obecnego do tego sprzed siedmiu lat, z którym pracowałeś w Wiśle. Duże zmiany w nim zaszły?

- Szczerze powiem, że nic się nie zmieniło. Trener ma chyba nawet ten sam kolor włosów. Najważniejsze, że u Smudy nie zmieniła się wizja futbolu i spojrzenie na taktykę. Te aspekty zresztą nie zmienią się u niego nawet za 20 lat.

To przemawia na jego korzyść?

- Dla mnie zdecydowanie na korzyść! Ja zawsze byłem za Smudą. Jeśli chodziło o boisko, to my się zgadzaliśmy. Wyznawałem te same wartości piłkarskie, preferowałem tę samą taktykę, która oczywiście nie wszystkim się podobała. Jedni wybrzydzali, że "za bardzo do przodu", inni, że "za bardzo oparte to na pressingu". Mnie generalnie zawsze to pasowało i pasuje do dzisiaj. Mam nadzieję, że zdrowie będzie. Po to, żeby wybiegać i wywalczyć wynik.

Ćwiczycie bardzo wysoki pressing. To ryzykowna taktyka - prostopadłe podanie na szybkiego napastnika rywala może mu przynieść groźną kontrę.

- Każda taktyka jest ryzykowna. Trener dopiero zaczął selekcję i - co nam podkreślał - nie spodziewa się, że od razu muszą przyjść wielkie wyniki. Taktykę trzeba korygować. Nie wydaje mi się, by jakakolwiek drużyna miała na tyle pary, żeby przez 90 minut siedzieć na przeciwniku.

- Trener Smuda sporo uwagi przywiązuje do odbioru piłki. Gdy już ją posiadamy, to wielkiego problemu nie ma, kiedy mamy z przodu kreatywnych piłkarzy, którzy potrafią zawiązać akcję. Odbiór piłki w miejscu, w którym ją straciliśmy, pozwoli uniknąć bieganiny do tyłu za nią i związanej z tym utraty sił.

Siłą Wisły za twoich i Smudy czasów było to, że stanowiliście świetnie rozumiejącą się paczkę na boisku, ale też poza nim. W budowanej od zera reprezentacji trudno o taki monolit. I nie tylko dlatego, że Roger i Obraniak nie mówią biegle po polsku, ale najzwyczajniej spędzacie ze sobą za mało czasu, bo za chwilę rozjedziecie się do swoich klubów.

- Piłka nożna to nie jest wielce skomplikowana gra. Trzeba w niej szybko biegać i jeszcze szybciej myśleć. Trener wybrał sobie takich zawodników, którzy potrafią i jedno, i drugie.

- Fakt, dziesięć dni zgrupowania to krótki czas, żeby się jakoś zintegrować, ale przynajmniej na boisku każdy będzie wiedział, co ma robić, bo trener długo i cierpliwie tłumaczy.

- Młodzi chłopcy, którzy w polskiej lidze są już gwiazdami, to szybko myślący zawodnicy, wiedzący, co trzeba zrobić z piłką w odpowiednim momencie. Dlatego brak czasu nie powinien być dla nas wielkim problemem. Oczywiście, będą się zdarzać jakieś nieporozumienia na murawie, ale to jest normalne.

Na lewej stronie będziesz współpracował z Piotrem Brożkiem. Graliście w Wiśle razem na tej flance?

- Rzadko, bo podczas drugiego pobytu w Wiśle ja raczej grałem na prawej stronie i tylko czasem zmieniałem się z Markiem Zieńczukiem, i schodziłem na lewą. Ale z Piotrkiem znamy się kupę lat, więc sobie poradzimy. Piotrek dobrze wie, o co chodzi w piłce nożnej. Bardzo się cieszę, że w końcu go ktoś dostrzegł i powołał, bo wcześniej były z tym wielkie problemy, choć był zdecydowanie najlepszym lewym obrońcą w lidze.

- Czeka nas pierwszy mecz z Rumunią. Ja debiutowałem w reprezentacji właśnie przeciwko Rumunom na stadionie w Bydgoszczy. Mam nadzieję, że Piotrek zagra na swoim poziomie i w reprezentacji, tak jak ja, te 50 meczów "nastuka". Życzę mu, żeby zagrał i sto!

Trener Smuda, powołując cię, liczył pewnie na to, że w jednej osobie będzie miał i dobrego piłkarza, i boiskowego wodza.

- Wydaje mi się, że wodzem i kapitanem jest Michał Żewłakow. Ja życzyłbym sobie być ważną częścią zespołu. Najważniejsze, żebym wykorzystał daną przez trenera szansę. Wisła też miała szansę, mogła ją wykorzystać i zagrać w Lidze Mistrzów, tak jak to zrobił mój obecny zespół, APOEL, który nie należy do światowej czołówki, ale swoje zadanie spełnił. Skoro z Cypryjczykami mi się udało, to może uda się też z reprezentacją.

Jak zamierzacie odzyskać zaufanie kibiców, którzy ostatnio zbojkotowali mecz kadry?

- Nie będę się silił na żadne apele do fanów. Zamierzamy ich przyciągnąć tylko i wyłącznie dobrą grą! To najlepszy argument. Z Rumunią gramy na stadionie Legii i w związku z jego przebudową na trybuny wejdzie tylko pięć tysięcy widzów. Mam nadzieję, że nie będzie ani jednego pustego miejsca.

Co powiesz o poziomie gier treningowych?

- Jestem nim mile zaskoczony. Są nie za długie, szybkie, na jeden, dwa kontakty z piłką. Absolutnie nikt się nie wyłamuje, a wszyscy prezentują solidny poziom.

- Trener kompletuje dopiero sztab. Nie ma w nim jeszcze fizjologa, który może się przydać, ale jak człowiek jest świeży, nie jest zmęczony, to nie tęskni za taką pomocą. Mamy krótkie i intensywne treningi, czyli takie, jakie ja lubię.

Z twoim przyjazdem na kadrę zamieszania było niemało. Gazety rozpisywały się, że trener nie chce cię puścić, a jeśli już przyjedziesz, to dopiero po poniedziałkowym meczu ligowym. Tymczasem w poniedziałek, jako jeden z pierwszych, byłeś już na zgrupowaniu. Jak to się stało?

- O szczegóły trzeba by zapytać pana Ryszkę z PZPN-u, bo on wszystko załatwiał. Ja stałem z boku.

I nie naciskałeś na APOEL, żeby ci nie rzucał kłód pod nogi w drodze do kadry?

- Absolutnie nie. W niedzielę rozmawiałem z trenerem Jovanoviciem, który powiedział, że nie bierze mnie na mecz. Uznał, że jest za wcześnie na to, żebym grał od pierwszej minuty, a w rezerwie nie chciał mnie trzymać. Trener dał mi do zrozumienia, że trochę się o mnie martwi. Jak to sobie na spokojnie przemyślałem, to trochę mi się cieplej zrobiło na sercu. Bo takie zachowanie klubowego trenera to dowód, że zależy mu na mojej osobie.

- Po meczach reprezentacji mamy siedem ważnych spotkań, które mogą zadecydować o tym, czy obronimy mistrzostwo Cypru, a także czy w Lidze Mistrzów zajmiemy trzecie miejsce, dające występy w Lidze Europejskiej. W lidze czekają nas boje właściwie jak w play-offie, bo gramy z czterema najsilniejszymi konkurentami: Anorthosis Famagusta, Omonią Nikozja, Apollonem Limasol i AEL-em Limassol. To sama czołówka ligi. My i Apollon mamy tylko trzy punkty straty do lidera, a więc bezpośrednie konfrontacje będą miały wielkie znacznie.

- Między meczami ligowymi czekają nas dwa występy w Lidze Mistrzów. Najpierw najważniejszy mecz - z Atletico u siebie, bo przy ewentualnym zwycięstwie powinniśmy awansować do Ligi Europejskiej z trzeciego miejsca w grupie.

Dlaczego nie grałeś w rewanżu z Porto?

- Paradoksalnie przez to, że wystąpiłem w pierwszym meczu z Portugalczykami, a okazało się, że mój naciągnięty wcześniej mięsień dwugłowy nie był jeszcze na sto procent wyleczony. Po 25 minutach mięsień się zmęczył i trener musiał mnie zdjąć. Te kłopoty z mięśniem wlokły się za mną aż do początku zgrupowania reprezentacji w Grodzisku.

Ostatnia przygoda z reprezentacją skończyła ci się dwa lata temu również przez mięsień, który nie pozwolił ci kontynuować gry w Belgradzie, w meczu z Serbią, i trener Beenhakker przestał cię powoływać.

- Jakoś tak się pechowo składa, że gdy trener Beenhakker mnie powołał, to na każde zgrupowanie przyjeżdżałem z jakimś urazem. Najpierw miałem nadwerężony staw skokowy i ból był potworny. Wydawało mi się nawet, że złamałem nogę. Podszedłem do tego ambitnie i jakoś wytrzymałem, ale na następnym zgrupowaniu odezwał się mięsień dwugłowy. W Serbii wypadło mi 50. spotkanie w reprezentacji, zanosiło się na fajny mecz, dobry do grania, bo z Serbami zawsze szło mi dobrze, aż tu nagle światła zgasły zdecydowanie za wcześnie, bo już w 17. min. Mięsień się skurczył i trzeba było opuścić boisko.

Jakie masz gwarancje, że teraz mięsień wytrzyma?

- Teraz jest inaczej. Chociażby dlatego, że jest z nami na kadrze doktor Urban, który mój organizm zna doskonale. Jestem spokojny tym bardziej, że pracuje z nami Grzegorz Żeleźnik, który jest - wiadomo - światowy top fizjoterapii. Ten człowiek przed meczem Wisły z Schalke postawił na nogi Mirka Szymkowiaka, a miała być operacja, która wyeliminowałaby "Szymka" z gry na długo.

- Bardzo się cieszę, że oni są. Mogli obejrzeć moje bolące miejsca i kręgosłup. Wszystko było trochę zagmatwane i trzeba było ponastawiać, nacisnąć, gdzie trzeba. Gregor wie, gdzie nacisnąć, a nie wszyscy mają tę wiedzę. Nie chcę zapeszać, ale jest dużo lepiej i mam nadzieję, że zakończy się to wszystko happy endem.

Rozmawiał: Michał Białoński

Tu znajdziesz serwis poświęcony reprezentacji Polski!

Czytaj również:

Lewandowski: Smuda wniósł powiew świeżości!

Smuda: Włożę garnitur i nie będę oszukiwał trenera Rumunów

Piotr Brożek: Chcę wykorzystać szansę

Franza posiłki z Lecha i Schalke

Rumuni z Chivu i Ratem na Polskę!

Dowiedz się więcej na temat: kamil | liga | szafy | nozna | reprezentacja | mecz | Franciszek Smuda | Kamil Kosowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje