• 1 .Real Madryt (93 pkt.)
  • 2 .FC Barcelona (90 pkt.)
  • 3 .Atletico Madryt (78 pkt.)
  • 4 .Sevilla FC (72 pkt.)
  • 5 .Villarreal CF (67 pkt.)
  • 6 .Real Sociedad San Sebastián (64 pkt.)
  • 7 .Athletic Bilbao (63 pkt.)
  • 8 .Espanyol Barcelona (56 pkt.)

Trzy wojny transferowe w Primera Division

Gorący wakacyjny okres transferowy sprzyja narastaniu konfliktów pomiędzy klubami. W Primera Division z powodu transferów wybuchły lub rozgorzały na nowo trzy wojny: Atletico Madryt z Deportivo, Valencii z Malagą oraz Villarrealu z Realem Mallorca.

Adrianowi Lopezowi - najskuteczniejszemu strzelcowi Deportivo, najbardziej nieskutecznego zespołu zakończonego sezonu, w czerwcu wygasał kontrakt. 23-letni napastnik postanowił nie przedłużać go i związał się nową umową z Atletico. Taki ruch nie przypadł do gustu Augusto Cesarowi Lendoiro, prezydentowi Deportivo, który uważał, że ma prawo jednostronnie prolongować kontrakt Adriana na kolejny sezon.

Reklama

Lendoiro nie liczył na to, że po degradacji Deportivo uda się zatrzymać Adriana w Segunda Division. Liczył za to na 5 mln euro, które za Adriana byli gotowi zaoferować działacze niemieckiego VfL Wolfsburg. Na tak względnie wysoką wycenę napastnik Deportivo nie zapracował w trakcie sezonu, w którym wspólnie z kolegami z drużyny wręcz porażał nieudolnością pod bramką rywali, a na rozgrywanych w Danii mistrzostwach Europy U-21, skąd cudownie odmieniony Adrian wrócił z najcenniejszymi tytułami: mistrza kontynentu, króla strzelców i najlepszego zawodnika turnieju.

Lendoiro nie chciał koniecznie wytransferować Adriana do Bundesligi, za pięć milionów euro oddałby go również Atletico. Jednak działacze Rojiblancos pozostawali nieugięci, podobnie jak sam bohater całej afery. Ciągnęło go do gry na Vicente Calderon, a tylko w przypadku wolnego transferu mógł mieć pewność, że tam trafi. Trwający przez kilka tygodni konflikt znalazł finał w sądzie pracy.

Zgodnie z wyrokiem, kontrakt Adriana z Deportivo przestał obowiązywać i zawodnik mógł przenieść się do Atletico. Po jego bramkach i asystach czerwono-biali pokonali norweski Stromsgodset w trzeciej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Europy.

Bitwa o Isco

Urodzony w Maladze w 1992 roku Francisco Roman Alarcon, znany jako Isco, w Valencii uchodził za naturalnego następcę sprzedanego przed rokiem do Manchesteru City Davida Silvy. Trener Unai Emery nie sądził jednak, że młody napastnik jest już gotowy do gry w pierwszym zespole "Nietoperzy", dlatego wolał zesłać go na wypożyczenie do słabszej drużyny.

Inaczej swoją przyszłość widział sam Isco, przekonany o własnej wartości, dlatego zaczął flirtować z Malagą, której działacze szybko zwietrzyli świetny interes. Dyrekcja sportowa Valencii próbowała reagować, proponując zawodnikowi podwyżkę, ale było już za późno. Wyższe zarobki, miejsce w pierwszej kadrze, powrót w rodzinne strony i udział w ambitnym projekcie szejka Al-Thaniego skłoniły Isco do przeprowadzki.

Malaga oficjalnie poinformowała Valencię, że wpłaci zapisane w kontrakcie zawodnika sześć milionów euro odstępnego. 19-latek przeszedł testy medyczne, podpisał umowę i w drugim tygodniu lipca został zaprezentowany jako kolejny nabytek Malagi. Dołączył między innymi do Joaquina Sancheza, również wyciągniętego z Valencii, również po mało serdecznych negocjacjach.

Minął miesiąc, a Malaga do dziś nie wywiązała się ze swoich zobowiązań - Valencia została bez Isco i bez obiecanych pieniędzy. Prezydent Los Ches Manuel Llorente zaczął domagać się przelewu, grożąc oficjalną skargą do władz ligi. Malaga nie reagowała, co mogło dziwić. Nie tylko dlatego, że szejk Abdullah Al Thani przygotował stumilionowy budżet transferowy. Głównie dlatego, że za Santiego Cazorlę, sprowadzonego na La Romareda już po Isco, za kwotę ponad trzykrotnie wyższą niż wychowanek Valencii, Villarreal otrzymał pieniądze bez żadnych opóźnień.

Wszystko przez ramadan

Llorente nie chciał dłużej czekać - sam potrzebował gotówki na własne transfery - dlatego ostatecznie doniósł na Malagę do władz ligi. W efekcie Andaluzyjczycy do czasu uregulowania zobowiązań nie mogą zarejestrować do rozgrywek żadnego piłkarza sprowadzonego po Isco, co w tym przypadku blokuje transfer Cazorli.

- Jeżeli są tak skrupulatni z wpłatami na konto, czemu nie są tacy sami z wypłatami? - ironizował Jose Carlos Perez, jeden z pracowników zarządu Malagi, nawiązując do powszechnie znanych problemów finansowych Valencii.

Perez podkreślał też, że Olympique Lyon, "klub większy i ważniejszy od Valencii", nie miał problemów z drobną zwłoką w zapłacie za transfer Jeremy'ego Toulalana. Opóźnienie w przelewie działacz Malagi tłumaczył... trwającym ramadanem, świętym miesiącem muzułmanów, czasem ścisłego postu od świtu do zmierzchu. - W trakcie ramadanu w Katarze i innych krajach arabskich pojawiają się opóźnienia z przelewami - wyjaśniał Perez.

Przepisy są nieubłagane - dopóki Malaga nie zapłaci Valencii sześciu milionów euro, ani Isco, ani Cazorla nie zagrają w drużynie Manuela Pellegriniego.

Mallorca vs Villarreal: zemsta bankruta

Choć Mallorca zajęła w sezonie 2009/10 piąte miejsce w tabeli, premiowane grą w Lidze Europy, Los Bermellones nie dane było wystąpić w pucharach. Klub ogłosił niewypłacalność, co skutkowało oddaniem władzy w ręce komisarycznego zarządu, który miał pilnować interesów wierzycieli. UEFA, zgodnie z własnym regulaminem, choć mocno podjudzana przez Fernando Roiga, prezydenta Villarrealu, wykluczyła Mallorkę z rozgrywek, a zwolnione miejsce zajęła właśnie ekipa Amarillos. Śmiertelnie urażeni działacze Mallorki zerwali stosunki z Villarrealem i ogłosili, że z tym klubem nie przeprowadzą w przyszłości żadnych interesów.

Po roku mogli zrealizować swoją groźbę. Villarreal upatrzył sobie następcę Cazorli, tymczasowej ofiary wojny Malagi z Valencią, w Jonathanie de Guzmanie, który rozegrał fantastyczny sezon w barwach Mallorki. Klub z Balearów - wciąż rozpaczliwie poszukujący gotówki - byłby gotów oddać holenderskiego pomocnika za 6-8 mln euro, ale... nie do Villarrealu. Gdyby De Guzman chciał obrać kurs na El Madrigal, musiałby sam wykupić swój kontrakt za 12 mln euro - taki zapis widnieje w jego umowie. Pieniądze zawodnikowi przekazałby oczywiście właściciel Villarrealu, ale takie stanowisko Mallorki poważnie zwiększa koszty transferu. Poza 12 mln euro dla klubu, drugie wyniosłyby podatki do skarbu państwa.

Na razie cicho na temat innych ofert dla De Guzmana, więc Holender prawdopodobnie zostanie w bankrutującej Mallorce. Sam transferu wymuszać nie zamierza, być może mając w pamięci powitanie, jakie fani Bermellones zgotowali Borji Valero, gdy ten przyjechał na Majorkę. Valero był lżony i wygwizdywany z trybun przy każdym dotknięciu piłki, choć przez dwa sezony był w Mallorce ulubieńcem trybun. Później śmiał trafić do Villarrealu.

Dowiedz się więcej na temat: Primera Division | malaga | Villareal | Atletico Madryt | Valencia CF

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje