Wołowski: Atletico budzi Neptuna

Cierpienie mają we krwi, aż po masochizm. Dziś, po 48 latach stolica Hiszpanii znów jest we władaniu Atletico. Tysiące rozhisteryzowanych fanów świętowało pod fontanną Neptuna triumf w Lidze Europejskiej.

Rozstrzygnięcie dramatycznego finału z Fulham było zapisane w gwiazdach i nie mogło być inne. W 116. min Aguero podał do Forlana, by ten dokończył dzieła strzałem najtrudniejszym z możliwych. Firmowa akcja "dyżurnych" bohaterów sprawiła, że na cztery minuty przed końcem Atletico prowadziło 2-1. Wrzask szczęścia przerwał samotną modlitwę Miguela Angela Gila, syna zmarłego prezesa Jesusa. Patrzenie na dogrywkę było ponad jego siły: wybiegł z zamkniętej sali dopiero na ostatnie cztery minuty. Fulham nie dało już rady odwrócić losów meczu.

Reklama

Tysiące czerwono-białych serc w Madrycie oczekiwało pewnie czegoś przeciwnego. Każdy kibic Atletico jest w skrytości ducha fatalistą. "Jeśli coś może się nie udać, to na pewno nie uda się właśnie nam". Tak jak jedyny finał Pucharu Europy z 1974 roku. 15 maja na Heysel w Brukseli Atletico prowadziło z Bayernem 1-0. Bramkę w 114. minucie zdobył Luis Aragones - ten sam, który dwa lata temu, jako trener doprowadził Hiszpanię do mistrzostwa Europy. W ostatnich sekundach dogrywki Hans-Georg Schwarzenbeck złamał jednak serca fanów Atletico. W powtórzonym finale Hiszpanie przegrali gładko 0-4.

Neptun, pod którym kibice Atletico świętują sukcesy klubu, spał jak kamień przez 14 lat. W 1996 roku czerwono-biali zdobyli ostatnie trofea - mistrzostwo i Puchar Hiszpanii. Wczoraj fani wreszcie go "obudzili" stąd wziął się poetycki tytuł w dzienniku "El Pais". Żeby zrozumieć tę radość, trzeba na chwilę wejść w skórę kibica Atletico. Ich klub był robotniczą "odpowiedzią" na Real, któremu kibicowali zawsze bogaci mieszkańcy Madrytu. Santiago Bernabeu powstał na arystokratycznej ulicy Castellana, Vicente Calderon przy browarze nad rzeką Manzanares. W czasach dyktatury Franco fani Atletico śpiewali, że Real jest drużyną rządową i przynosi wstyd krajowi - zapominając, że dyktator był na samym początku miłośnikiem ich drużyny.

Jak zauważył Zbigniew Boniek to miał być sezon, w którym na Santiago Bernabeu Ronaldo, Kaka i Benzema zdobędą dla Realu 10. Puchar Europy, a tymczasem stolicę Hiszpanii "uratował" ten mniej znany klub. Wczoraj, w uniesieniu pod fontanną Neptuna wielu fanów Atletico życzyło mistrzostwa Hiszpanii Barcelonie, choć to ich drużyna jest jedyną, która zdołała pobić Katalończyków w tym sezonie.

Atletico żyje w cieniu wielkiego rywala z Bernabeu. Samo jest jednak trzecią potęgą w Hiszpanii. Tytuł mistrza kraju i Puchar zdobywało po 9 razy, w 1962 roku wygrało Puchar Zdobywców Pucharów, 12 lat później Puchar Interkontynentalny. Jeszcze w 1986 roku dotarło do finału PZP, ale przegrało go 0-3 z Dynamem Kijów. Niecały rok później zmarł legendarny prezes Vicente Calderon - nastała era kontrowersyjnego polityka Jesusa Gila, który uczynił z klubu swój folwark fundując mu 15 lat nieustannego trzęsienia ziemi. Pierwszą ofiarą został Cesar Luis Menotti (mistrz świata z Argentyną) - Gil zatrudnił go i zwolnił po 29 meczach. Potem zmieniał szkoleniowców 38 razy, w "rekordowym" sezonie 1993-94 pracowało ich sześciu. Klub stał się w Europie synonimem braku rozsądku i stabilizacji. Jedną z ostatnich ofiar Gila był twórca sukcesów Milanu Arrigo Sacchi - też nie zdołał przepracować na Vicente Calderon choćby roku.

Niedługo potem zespół spadł do drugiej ligi, Gila aresztowano za malwersacje finansowe. W 2003 roku zrezygnował z funkcji prezesa, ale większościowy pakiet akcji zachował do śmierci robiąc z syna Miguela Angela dyrektora generalnego. Tego samego, który wczoraj samotnie modlił się o zwycięstwo opowiadając potem mediom, że to z pewnością tata musiał pomagać z góry Forlanowi i Aguero.

Ten sezon zaczął się od marszów protestacyjnych przeciw Enrique Cerezo. Fani byli wściekli, że nie wzmocnił drużyny, choć prezes tłumaczył jak kosztowne było dla klubu zatrzymanie Forlana i Aguero. Wczoraj, pod fontannę z Neptunem fani przynieśli flagi Urugwaju i Argentyny, żeby uczcić swoich bohaterów. Atletico przypomniało sobie przydomek z lat 70., gdy zatrudniało tak dużo piłkarzy z Ameryki Łacińskiej, że zespół nazwano "Los Indios". Indianin z Peru Jose Maria Arguedas pisał kiedyś, że radość człowieka o cierpiącym sercu ma w sobie wiele z nieba. Tak można rozumieć szczęście Atletico. Los go w ostatnich latach nie rozpieszczał.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim!

Czytaj również:

Liga Europejska dla Atletico! Forlan bohaterem

Dowiedz się więcej na temat: W.E. | klub | liga | Puchar | Dariusz Wołowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje