Widzew nie komentuje zatrzymania Listkiewicza

Widzew Łódź nie chciał w czwartek komentować informacji dotyczącej zatrzymania przez wrocławską prokuraturę byłego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej Michała Listkiewicza.

Były szef PZPN to kolejna osoba, której postawiono zarzuty w związku ze śledztwem dotyczącym nieprawidłowości gospodarczych w Widzewie. Wcześniej w tej sprawie prokuratura postawiła już zarzuty byłemu wiceprezesowi PZPN Eugeniuszowi K., sekretarzowi generalnemu PZPN Zdzisławowi Kręcinie, byłemu prezesowi Widzewa Jackowi D. oraz byłemu prezesowi i współwłaścicielowi Widzewa Andrzejowi G.

Reklama

Temu ostatniemu prokurator zarzucił "przywłaszczenia wielomilionowych kwot w celu ukrycia ich przed egzekucją". Zdaniem prokuratury ponad 7 mln zł należnych Widzewowi trafiło z konta PZPN do należącej do G. firmy J.A.G. Sportmarketing GmbH na polecenie ówczesnego prezesa związku Michała Liskiewicza.

Jerzy Kasiura z Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu wyjaśnił, że przekazanie pieniędzy firmie Andrzeja G. z pominięciem zajętych przez komornika kont Widzewa uszczupliło lub udaremniło zaspokojenie wielu wierzycieli zadłużonego klubu.

Zdaniem b. reprezentanta Polski i b. szefa komisji etyki PZPN Jana Tomaszewskiego wszyscy wierzyciele Widzewa powinni podać do sądu PZPN.

"Jestem przekonany, że każdy sąd wyegzekwowałby te pieniądze od PZPN. W 2004 r. kiedy nastąpiły ogromne nieprawidłowości, dla mnie to było przestępstwo; przy przekształceniach własnościowych w Widzewie, zarząd PZPN udzielił licencji nowemu podmiotowi. Udzielając licencji stał się więc gwarantem tych długów, jakie miał klub. PZPN wiedział o tych długach, jednak licencję Widzewowi dał" - powiedział Tomaszewski.

Dodał, że jego zdaniem największym złem PZPN nie był b. prezes ani sekretarz generalny związku, tylko zarząd, który zatwierdzał wszystkie decyzje. Tomaszewski podkreślił, że to członkowie ówczesnego zarządu PZPN "powinni otrzymać zarzuty i powinni być usunięci z polskiej piłki".

Byli działacze Widzewa Jacek D. i Andrzej G., którzy mają postawione zarzuty w sprawie nieprawidłowości gospodarczych w tym klubie po raz pierwszy spotkali się pod koniec lat 60. w łódzkim Włókniarzu. D. był wówczas trenerem, a G. jednym z jego podopiecznych w drużynie juniorów. Po latach "zeszli się" w Widzewie, gdzie obaj w różnych okresach pełnili m.in. funkcję prezesa.

G. formalnie z klubem z al. Piłsudskiego związał się w 1993 roku, gdy stał się udziałowcem i prezesem Sportowej Spółki Akcyjnej Widzew. Na tym stanowisku szybko zastąpił go Andrzej Pawelec. G. nie stracił jednak wpływów w klubie, którego stał się jednym z dwóch głównych udziałowców, a później także menedżerem.

Za rządów G. i Pawelca w drugiej połowie lat 90. Widzew zdobył dwa razy mistrzostwo Polski i wywalczył awans do Ligi Mistrzów. Wyniki te osiągnął pod wodzą Franciszka Smudy, którego G. jako nieznanego szkoleniowca sprowadził z Mielca.

Po tych sukcesach zespół zaczął systematycznie spadać w dół piłkarskiej piramidy. W prasie coraz częściej pojawiały się informacje o gigantycznych długach widzewskiej spółki, która nie wywiązywała się praktycznie z żadnych zobowiązań finansowych.

Na przełomie wieków najczęstszym gościem w klubie z al. Piłsudskiego był komornik. Konta były systematycznie blokowane, a liczba wierzycieli rosła w zastraszającym tempie. Regularnie odcinano klub od wody i prądu. Za każdym razem, gdy sytuacja wydawała się tragiczna pojawiał się G., który ratował z opresji. Jedni nazywali go mężem opatrznościowym, inni szarlatanem i lichwiarzem.

W 2002 r. ówczesny prezes Widzewa Mirosław Czesny poinformował media, że G. pożyczał Widzewowi pieniądze "na procent". Ten odparował, że "od pożyczania pieniędzy są banki", ale Widzewowi żaden nic nie pożyczy, bo "bankrutowi nie daje się pożyczek".

Przez te wszystkie lata jedną z ważniejszych postaci w klubie był Jacek D., który trafił do Widzewa jako trener, a później był m.in. prezesem. W 2003 r. został ukarany przez Wydział Dyscypliny PZPN dwuletnią dyskwalifikacją z zawieszeniem na rok za to, że w jednym z banków Widzew pożyczył pieniądze pod zastaw kart zawodniczych piłkarzy. Było to działanie niezgodne z przepisami PZPN.

"Gdyby nie te pieniądze, to Widzewa mogło już nie być. Czasami trzeba poświęcić konkretne sprawy, aby ratować to, co można jeszcze uratować" - mówił wówczas D., który funkcję prezesa SPN Widzew sprawował w latach 1998, 2002, 2003 i 2004.

Ten ostatni rok był końcem balansowania nad przepaścią. Widzew spadł z ekstraklasy, a na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek było już jasne, że spółka, której prezesem był wówczas D., nie otrzyma licencji na grę w ekstraklasie i 2. lidze.

O licencję wystąpiło więc stowarzyszenie RTS Widzew, które w 1993 r. przekazało SPN Widzew drużynę piłkarską. Od czerwca do 27 lipca 2004 r. obowiązki prezesa stowarzyszenia RTS Widzew pełnił D.

Po otrzymaniu licencji RTS przekazał ją założonemu przez Zbigniewa Bońka nowemu "Stowarzyszeniu Widzew", które w sezonie 2004/2005 przystąpiło do rozgrywek 2. ligi. Działacze "nowego" Widzewa na każdym kroku podkreślali, że nie są następcą prawnym SPN.

"Nowy" Widzew wkrótce stał się jednym z niechlubnych bohaterów afery korupcyjnej. Zarzuty kupowania spotkań w sezonie 2004/2005 usłyszał Wojciech Sz., jeden z dwóch, obok Bońka, współwłaścicieli "nowego" Widzewa.

W połowie 2007 r. właścicielem Widzewa został Sylwester Cacek, który kupił klub od Bońka i Sz. Od tego czasu Widzew odcina się już nie tylko od ery Pawelca i G., ale też od tego, co działo się za czasów Bońka i Sz.

G., Pawelec i Sz. stali się głównymi wrogami kibiców i nowych działaczy Widzewa. Do dzisiaj wszyscy chwalą się jednak sukcesami osiągniętymi w "erze Andrzejów".

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje