Vukovic: Cupiała znam z TV

Stało się to już faktem, do Legii wrócił po półrocznej przerwie Aleksandar Vuković. Wczoraj o 14.30 przyjechał na zgrupowanie do Cetniewa.

Nie miał zbytnio czasu, gdyż od razu zajął się nim Jacek Zieliński, który koniecznie chciał wiedzieć, w jakiej formie jest Aco.

Reklama

Wieczorem zaprzyjaźniona z INTERIA.PL redakcja legia.net szczerze porozmawiała z zawodnikiem.

Aco, cofnijmy się pół roku, a może nawet dalej. Liczę na szczerą odpowiedź. Dlaczego zdecydowałeś się odejść z Legii i szukać szczęścia poza klubem, którego byłeś postacią bardzo ważną?

Zawsze zdawałem sobie sprawę, gdzie jestem, w jakim klubie gram i czym on dla mnie jest. Jednak w pewnym momencie zacząłem przekonywać się do myśli, że może warto by było zaryzykować, spróbować czegoś innego. Sprawy niestety nie potoczyły się tak, jak bym tego chciał i z tego punktu widzenia dziś wiem, że popełniłem duży błąd. Ten błąd skrzywdził jednak najbardziej mnie samego. Ja na tym najwięcej straciłem. Straciłem wiele i zapewne już tego nie odzyskam.

Jednak w Polsce mówi się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Zgadza się, są pozytywy tego i ja to staram się tak odbierać. W pewnym czasie zaistniała możliwość naprawienia tego błędu, czyli powrotu do Legii i od razu ją wykorzystałem. Rzeczą ludzką jest błądzić, ja popełniłem błąd, ale sztuką jest, a tym błędzie się czegoś nauczyć. Ja nauczyłem się wiele.

Wcale Legii nie musiałeś przecież odchodzić. Kochali Cię kibice, ufali trenerzy, działacze. Jak to było z Twoimi negocjacjami nowego kontraktu latem?

Legia była i jest dla mnie szczególnym klubem. Wiem, że wiele jej zawdzięczam i zawsze na boisku dawałem z siebie wszystko. Kiedy rozmawialiśmy o przedłużeniu umowy jasno postawiłem swoje warunki i chcę podkreślić, że nigdy ich nie zmieniałem. Od Legii wymagałem dwa razy mniejszych pieniędzy niż od jakiegokolwiek innego klubu, który się po mnie zgłaszał. W czasie negocjacji pojawiały się rożne propozycje, jednak oferta Legii była sporo niższa od tego, co ja chciałem zarabiać w tym klubie. W międzyczasie otrzymywałem sygnały, że jest kilka klubów, które zapłacą mi dwa razy tyle, co Legia nie chciała mi zapłacić. Jednak po raz kolejny podkreślam, że o każdej propozycji gry w innym klubie informowałem, nic nie robiłem za plecami działaczy i trenerów. Po długich negocjacjach uznaliśmy, że nie dojdziemy do porozumienia. Podaliśmy sobie ręce, podziękowaliśmy za współpracę i doszło do tego, do czego doszło. Rozstawaliśmy się w przyjaźni, powiedziano mi, że gdybym przed końcem okresu transferowego rozmyślił się, zmienił zdanie, to drzwi tego klubu stoją dla mnie otworem.

Później jednak nie wyszły Ci plany, które miałeś i zgłosiłeś chęć powrotu na Łazienkowską.

Tak, na początku lipca zadzwoniłem do pana Sochy i powiedziałem, że możemy wrócić do rozmów. Chociaż przygotowania do sezonu już się rozpoczęły, ale koledzy byli ledwie po kilku dniach treningu - podobnie jak teraz, więc ewentualne zaległości szybko bym nadrobił.

No właśnie, jak to było. Jedni mówią, że sam zgłosiłeś się do klubu, ale nie chcieli Cię działacze twierdząc, że nie ma atmosfery do gry Aco w drużynie, a druga, że nie chciał Cię trener Kubicki. Która jest prawdziwa?

Z tego co pamiętam, rozmawiałem wtedy z panem Sochą, który powiedział, że trener Kubicki nie widzi mnie już w drużynie. Podobno także warunki finansowe stanowiły wtedy problem, ale dla mnie przestało być to już istotne. Chciałem wrócić na warunkach, jakie Legia mi zaproponuje. Mówiąc wprost, to, co by mi zaoferowała, podpisałbym, aby tylko móc grać. Przyznałem się do błędu i nie miałem już argumentów, więc głupotą z moje strony byłoby żądać jakichś wielkich pieniędzy. Chciałem tylko to, co do tej pory zarabiałem. Wiem, że niektóre gazety pisały, że Vuković przyszedł do Legii i błagał, aby go przyjąć z powrotem. Chcę stanowczo podkreślić, że tak nie było. Przyjąłem do wiadomości to, co usłyszałem od pana Sochy i zrozumiałem. Nie miałem żalu do działaczy i trenera, bo wiedziałem, że sam jestem sobie winien. Odpowiedź z Legii była jasna, podziękowałem i musiałem znaleźć sobie inne rozwiązanie. Nie przewidywałem wielkich problemów, gdyż po tym, jak okazało się, że w Legii nie będę występował, okres transferowy w Europie trwał jeszcze dwa tygodni, więc byłem przekonany, że coś sobie znajdę.

Mówisz, że nie miałeś żalu. Jednak nie wmówisz mi, że w okolicach serca nic tam Cię nie ukuło.

Oj ukuło. Z jednej strony zrozumiałem, bo jak już wspomniałem, sam sobie byłem winien. Nie mogłem mieć żalu o to, iż nie chciano, abym wrócił do zespołu. Z drugiej strony było to, co mnie trochę poruszyło. Odniosłem wrażenie, że nagle wszyscy w Legii są przeciwko mnie. Zaczęły pojawiać się różne napisy, spotkało mnie wiele przykrych sytuacji. A ja naprawdę nie zrobiłem nic złego, nic za plecami działaczy, miałem czyste sumienie. Z mojego punktu widzenia nie było przeciwwskazań ku temu, abym mógł wrócić do Legii. I to mnie zabolało. Musiałem sobie zdać sprawę, że w mojej Legii niestety już nie zagram.

A może na szczęście?

Rzeczywiście, może na szczęście. Tamten czas zbyt przyjemny dla mnie nie był. Z moich kilku wypowiedzi wyciągnięto jakieś chore wnioski, kilka innych zupełnie przeinaczono. To absolutnie nie jest żadne usprawiedliwienie z mojej strony. Chcę tylko, aby była jasność.

I dochodzimy do sedna sprawy. Wisła Kraków. Jak to było? Tylko szczerze, jak na spowiedzi.

Kiedy w trakcie sezonu, pomiędzy meczami finału Pucharu Polski z Lechem, zgłosił się do mnie człowiek i poinformował, że jest zainteresowanie moją osobą z Wisły Kraków odpowiedziałem, że jestem piłkarzem Legii, sezon trwa i o sprawach transferowych będziemy mogli rozmawiać po jego zakończeniu. Niedługo po tym o sprawie dowiedziały się media i ją odpowiednio nagłośniły. Pisano różne bzdury, a to, że jeździłem do Krakowa, że spotykałem się z działaczami. Podkreślam stanowczo. Pana Cupiała, Kasperczaka czy Krzoskę znam jedynie z telewizji i z meczów Legii z Wisłą. Nigdy się z nimi nie spotkałem. Zdaję sobie sprawę, że gdybym temu menedżerowi od razu powiedział: "Nie interesuje mnie to", całego zamieszania by nie było. Jednak proszę mnie zrozumieć. Byłem w trakcie rozmów z Legią, nie wiedziałem czy zakończą się powodzeniem, a musiałem myśleć o przyszłości. Jeśli to, że nie odmówiłem stanowczo Wiśle jest powodem tego, że część kibiców nagle mnie znienawidziła czy straciła zaufanie, to ja niestety nic na to nie poradzę. Wiem, że kiedyś składałem różne deklaracje, że w innym klubie w Polsce niż Legia nie zagram. Jednak człowiek czasem może zmienić zdanie. Mówiąc to, miałem 21-22 lata, dziś już takiej deklaracji nie złożę, bo życie jest zbyt cenne i za krótkie, żeby palić za sobą mosty. Jak teraz słyszę młodych chłopaków przychodzących do Legii czy piłkarzy zagranicą, którzy składają takie deklaracje wiem, że się mylą. Życie lubi płatać figle i różnie może się potoczyć.

Jednak brakowało z Twojej strony jasnego przedstawienia sprawy, czyli powiedzenia głośno, że tego czy tamtego nie powiedziałeś.

Odbierałem wtedy dziesiątki telefonów. Dzwoniono do mnie i pytano się, co z propozycją z Wisły. Odpowiadałem, że owszem, słyszałem o tym, że jest z ich strony zainteresowanie, ale na temat zmiany klubu będę mógł rozmawiać dopiero po zakończeniu sezonu, a obecnie żadnych rozmów nie prowadzę. Podkreślałem także, że Wisła jest jedynym klubem w Polsce, który dorównuje poziomem sportowym Legii. Czy wypowiadając się w taki sposób powiedziałem może nieprawdę? Co mogłem później zrobić, skoro przeczytałem niby swoją wypowiedź, że dla mnie liczą się tylko Legia i Wisła. Przecież to ma zupełnie inne znaczenie, a co za tym idzie, całkowicie inny odbiór przez kibiców.

Dobrze, więc dlaczego nie uderzyłeś pięścią w stół, nie poprosiłeś o spotkanie z kibicami i nie powiedziałeś: "Nie udzielałem tej i tej wypowiedzi, jest tak i tak"?

Pewnego razu miało miejsce takie zdarzenie, że po wejściu na teren stadionu podeszło do mnie kilka osób i agresywnie zapytało, czy to prawda, że idę do Wisły. Zdenerwowałem się bardzo i odpowiedziałem, że to moja sprawa gdzie będę grał. Wtedy postanowiłem niczego nie komentować, bo uznałem, że to nie ma sensu. Ludzie i tak uwierzą dziennikarzom, a nie mnie.

Tak, ale jak już wspomnieliśmy, Ty nie byłeś jakimś tam szeregowym piłkarzem, byłeś dla wielu osób idolem. Można było na stadionie usłyszeć: "Aco to jeden z nas, sam jest kibicem, wie jak to jest".

Tak i to jest problem. Ja nie ukrywam, że do dziś dnia kiedy gra Partizan serce dużo mocniej mi bije. Jednak, gdybyśmy się na chwilę zamienili rolami i ja bym podochodził do sprawy z punktu widzenia kibica, na pewno byłbym wśród tych, którzy siedzieli na Krytej i oklaskiwali mnie, a nie wśród tych, którzy wyzywali i wygwizdywali. To jest sposób, żeby zatrzymać zawodnika. Łzy mi do oczu napływały, kiedy po ostatnim meczu podchodzili do mnie ludzie i mówili: "Aco dziękuję. Nie ma znaczenia czy pójdziesz do Wisły czy nie. Dziękuję". To jest sztuka i w momentach, kiedy człowiek musi zdecydować, co dalej, właśnie takie zachowania mogą przesądzić. Przecież będąc w Legii udzielałem wielu wywiadów, bardzo dużo rozmawiałem ze zwykłymi kibicami, którzy pochodzili do mnie na treningu, na ulicy, przez co kibice mogli mnie poznać jako nie tylko piłkarza, ale także jako człowieka. Przecież ja bym w Krakowie nie zaistniał i z tego zdawałem sobie sprawę. Nie chodzi o to, że jestem miękki. Jestem wrażliwy i pewnych spraw nie mógłbym przeskoczyć.

I odszedłeś z Legii. Z wielkich transferów nici, wylądowałeś w Grecji. Nagle temat Twojej ponownej gry przy Łazienkowskiej powrócił.

Odchodząc z Legii, pozostałem w bardzo dobrej komitywie z kolegami, dużo do siebie dzwoniliśmy, rozmawialiśmy, z Jackiem Zielińskim, z kierownikiem Zawadzkim. I pod czas jednej z takich rozmów "Kiero" "rzucił" pomysł, że może bym wrócił. To było na początku listopada, a ja w swojej nowej drużynie zaliczyłem dopiero kilka meczów. Wiedziałem, że Ergotelis to nie jest zespół dla mnie, że będzie ciężko mi się tutaj pokazać, wypromować. To słaba drużyna i jej gra mi wcale nie odpowiada, bo w sposobie gry, który polega na obronie własnej bramki przez 90 minut, zawodnik taki jak ja nie ma nawet możliwości zaprezentowania swoich umiejętności. Powiedziałem kierownikowi, że ja już raz do klubu dzwoniłem i chciałem wrócić i więcej nie zadzwonię. Jeśli Legia mnie chce, to niech mi o tym powie, a wtedy usiądziemy do rozmów. Po kilku dniach zadzwonił do mnie Jacek Bednarz, potem pan Zygo i szybko doszliśmy do porozumienia. Pozostał nam wtedy tylko jeden problem - rozwiązania kontraktu z Ergotelisem. Powiem szczerze, że nie chciałem się przez ten czas wypowiadać w mediach na ten temat, bo unikałem tego, aby ta sprawa nabrała rozgłosu. Wiadomo, jacy są Grecy. Jakby wiedzieli, że Legia bardzo mnie chce, to mogliby zażądać za mnie kwoty odstępnego, a tego chcieliśmy uniknąć. Jakoś udało mi się dogadać i rozwiązaliśmy umowę.

Na początku grudnia dostałem telefon od tego menadżera, który latem poinformował mnie o zainteresowaniu Wisły moją osobą. Wtedy miałem już uzgodnione warunki gry w Legii, ale nic nie podpisaliśmy. Przedstawił mi ofertę gry w Krakowie, dużo lepszą od tego, co ustaliłem z Legią. Od razu pomyślałem, że tym razem nie popełnię błędu i nawet przez chwilę nie wahałem się, aby tej propozycji nie przyjmować. Poprosiłem jedynie o chwilę do namysłu i o przesłanie mi tych warunków finansowych sms-em. Dostałem tego sms-a, mam go do dziś, gdzie wszystko jest napisane, a temu menedżerowi odmówiłem [ten menedżer to Serb, który współpracuje z Adamem Mandziarą, przeprowadzającym większość transferów do Wisły - przyp. red.]. O to mi chodziło. Cały czas byłem w kontakcie z Jackiem, obiecałem mu, że wracam i innej możliwości nie było.

Pod koniec negocjacji z Ergotelisem dotyczących rozwiązania Twojego kontraktu pojawił się kolejny "życzliwy" menedżer, który próbował nakłonić działaczy z Grecji do nie rozwiązywania Twojej umowy i "wyciągnięcia" od Legii parę euro.

Tak rzeczywiście było. Nie będę mówił o nazwiskach [chodzi o Jarosława Kołakowskiego - przyp.red.], ale trochę namieszał. Poprzez jego "interwencję" Grecy nie chcieli mnie puścić za darmo i w końcu musiałem sam ze swojej własnej kieszeni zapłacić im odszkodowanie. To chyba również świadczy o tym, że chciałem bardzo do Warszawy wrócić. Nawet nie próbowałem mówić działaczom Legii, żeby coś za mnie zapłacili, bo na tyle bezczelny nie jestem. Nie wyobrażałem sobie, żeby klub z Grecji, który nic dla mnie ani dobrego ani złego nie zrobił, zarabiał jeszcze na mnie, a Legia musiałaby ponieść dodatkowe koszty, chociaż nie wzięła za mnie ani złotówki, kiedy odchodziłem. To byłoby nieuczciwe.

No i jesteś w Legii. Siedzimy sobie tutaj, rozmawiamy. Aco, gdybyś miał możliwość zwrócenia się do kibiców Legii, to co im chciałbyś powiedzieć?

Nie wiem, co mam powiedzieć. Naprawdę, ja po tym wszystkim nie mogę nikogo przepraszać, gdyż postąpiłbym wbrew sobie. Mogłem kiedyś postawić sprawę jasno i powiedzieć Wiśle stanowcze "Nie", ale tego nie zrobiłem i za to biorę odpowiedzialność. Biorę także odpowiedzialność za to, że kiedyś zadeklarowałem, że nigdy nie zagram w innym klubie niż Legia. Tak było, ale więcej takiej deklaracji nie złożę. Natomiast, że do tego klubu mam wielki sentyment, tak w dalszym ciągu jest. Nie byłem do tego zmuszony. Jakby to mi było obojętne i liczyłbym się tylko z pieniędzmi, to dziś grałbym pewnie w Wiśle czy Szinniku Jaroslawl czy w Norwegii i opcja mojego powrotu nigdy by nie zaistniała.

Coż mogę więcej kibicom powiedzieć. Głupio to wszystko wyszło. Na pewno część fanów zmieniła zdanie na mój temat, ale gwarantuję, że na większość zastrzeżeń i obelg, jakie mnie spotkały nie zasłużyłem. Powiedziałem już w tej rozmowie za co mogą mieć do mnie pretensje i zdaję sobie sprawę. Fakty jednak są takie, że wcześniej w Legii grałem trzy lata, teraz podpisuję kontrakt na 4,5 roku. To całe moje piłkarskie życie. Kiedy skończy się ten kontrakt, będę miał 29 lat. Być może wtedy, jak będziemy rozmawiać będę w stanie powiedzieć tobie coś nowego. Mając 21 lat, kiedy odnosiłem pierwsze i to od razu znaczące sukcesy w mojej karierze, bardzo chciałem powiedzieć: "W innym klubie nie zagram". To wszystko było niesamowite. Myślę, że żaden kibic Legii i kibice w całej Polsce nawet ja sięgną głęboko do pamięci, nie będą sobie mogli przypomnieć ani jednego złego słowa na temat Legii, które padłoby z moich ust. Wiem, że już nie będzie tak, jak było przed chociażby rokiem. Zdaję sobie sprawę, że na szacunek kibiców Legii, na oklaski z ich strony mogę zasłużyć tylko i wyłącznie dobrą grą. Jak będę grał dobrze, będą oklaski, jak będę grał źle, można gwizdać.

Można gwizdać?

Jeśli zasłużę, to tak. Kiedyś pamiętam, że nawet jak grałem źle, to gwizdów nie było. Na pewno z tego już nie będę mógł cieszyć. Chciałbym, aby kibice wyszli z takiego założenia, że w tym klubie byłem trzy lata, a będę jeszcze ponad cztery, a może i do końca kariery. Myślę, że to przewyższy wszystkie gorsze chwile w naszym wspólnym legijnym życiu. Wiem także, że dużo osób dalej darzy mnie szacunkiem i bardzo chętnie powita z otwartymi ramionami w klubie. Ja pamiętam dokładnie, kto podchodził do mnie, pocieszał, mówił, że nic się nie stało dziękował. Pamiętam i zawsze oni dla mnie będą kimś wyjątkowym. I podkreślam jeszcze raz. Nie było tematu "Vuko w Wiśle". Nigdy nie rozmawialiśmy nawet "półkonkretnie". Wisła zainteresowała się mną i zapewne chciała mieć u siebie licząc się ze sprzedażą Szymkowiaka. Jak się okazało, że ten piłkarz nie wyjedzie z Polski, temat upadł. A prasa pisała dalej, jaki to Vuko jest niedobry. Tego nie uda mi się odkręcić. Ja będę starał się grać jak najlepiej i z gry chcę być rozliczany. Jak się ułożą stosunki z kibicami, zobaczymy. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Bo przecież trzeba wybaczyć żonie, która poszła z innym facetem na kawę, a potem nigdy go więcej nie spotkała.

Raz w międzyczasie zadzwonił i zaproponował drugą.

Ale odmówiła (śmiech).

Miałeś w ciągu ostatniego pół roku taki moment, że usiadłeś przed lustrem i powiedziałeś sobie: "Aco, co ty najlepszego zrobiłeś!"?

Jestem raczej typem człowieka, który nie wraca i nie rozpamiętuje decyzji. Nie szukam tanich usprawiedliwień i zawsze jestem gotów ponieść odpowiedzialność swoich czynów. Jestem człowiekiem wierzącym i wiem, że po śmierci ktoś podsumuje mnie za to, co podczas niego zrobiłem złego i dobrego. To, co wydarzyło się przez ostatnie pół roku wiele mnie nauczyło, doszedłem do kilku wniosków. Najważniejszy z nich jest taki, że ten klub jest mi zapisany. Nie wspomniałem tutaj wielu rozmów, propozycji, jakie miałem. Mówi się tylko o tej jednej. Wiem, że jakby odszedł do dowolnego klubu na świecie nikt pretensji do mnie by nie miał. Mogłem sobie teraz siedzieć w Rosji, w Szinniku, zarabiać cztery razy więcej i liczyć tylko kasę. Radek Stanew dzwonił do mnie, mówił, że kontrakt jest gotowy i mam tylko przyjechać i podpisać. Powiedziałem, że mam 25 lat i nie mogę grać za drobne, ale nie mogę także grać w zimnej Rosji w klubie, który nawet tam znaczy niewiele. Zdaję sobie sprawę, że gdyby Legia zagrała lepiej troszkę tę rundę, to być może tematu mojego powrotu również by nie było. Wybrałem latem Grecję, bo myślałem, że tam zdołam się pokazać. Działacze przekonywali mnie, że ten klub stać na walkę o górną część tabeli.

Pomyliłeś się.

Pomyliłem się, ale to też było mi pisane.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje