Smuda: Piłka jak narkotyk (wywiad)

Według rankingu tygodnika "Tylko Piłka" najlepszym trenerem ligowym III RP jest Franciszek Smuda. Redakcja podliczyła punkty w lidze z ostatnich 15 lat.

- Jak pan myśli, kto został najlepszym trenerem ligowym ostatnich 15 lat według obliczeń "Tylko Piłki"?

Reklama

- To mnie pan teraz "zastrzelił". Janusz Wójcik?

- Nie, Franciszek Smuda!

- Poważnie? Bardzo mi miło!

- Jak został pan trenerem?

- Już kiedy zaczynałem grać w piłkę, interesowała mnie filozofia pracy szkoleniowca. Czyli jak można nauczyć piłkarza grać i osiągać sukces. Jako zawodnik borykałem się z kontuzjami i nie osiągnąłem zamierzonych celów. W trenerce już kontuzji nie miałem. No, chyba że tylko wtedy, gdy moja drużyna przegrywała (śmiech). Będąc piłkarzem zawsze analizowałem warsztat moich trenerów, ich metody pracy - dla siebie, nic nikomu nie mówiąc. Oceniałem ich tak, jakbym był prezesem klubu, choć byli to moi wychowawcy! Dlatego robiłem to po cichu (śmiech).

- Czy szkolenie trenerów w ostatnich latach w Polsce jest właściwe? Pan wywodzi się ze szkoły niemieckiej.

- Rewolucji w piłce nie ma i być nie może. Nie można powiedzieć, że trenerzy kiedyś byli lepsi, a teraz są gorsi bądź odwrotnie. Albo masz w sobie to "coś", albo nie. W piłce nie można wiele "przewrócić". Dla mnie najważniejsza jest praktyka. Teoria? Okey, jest coraz więcej badań szybkościowych, wytrzymałościowych, siłowych, coraz więcej naukowych informacji - ale to wszystko jest dla mnie tylko statystyką. Przede wszystkim trzeba umieć rozeznać umiejętności każdego piłkarza indywidualnie. A badania są na końcu priorytetów.

- Można pana zatem nazwać praktykiem, a nie teoretykiem?

- Tak. Pracując w taki sposób, osiągałem dobre wyniki. Nie korzystałem z laptopów, tych wszystkich badań, których jest "od groma". Trzeba pamiętać, że z nimi wiąże się także strata pieniędzy dla klubów. Kosztowne jest np. przeprowadzenie szczegółowych badań fizjologicznych. Nasze kluby są biedne. Dlatego starałem się robić wiele rzeczy sam. Albo jestem trenerem, albo jest nim maszyna.

- Pamięta pan swój debiut trenerski w Polsce?

- Oczywiście, był to mecz Polonia Warszawa - Stal Mielec. Wróciłem wtedy do kraju, bo chciałem się tu "spróbować". Ale dla mnie nie robi większej różnicy, gdzie pracuję. Nie "uderza" mnie to. Tym, co może zrazić trenera jadącego pracować za granicą, jest bariera językowa. Nigdy nie miałem takich problemów. Gdy pracowałem w Turcji, robiłem wszystko, by jak najszybciej poznać tamtejszy język. W miarę spokojnie dogadywałem się z piłkarzami bez tłumacza.

- Abstrahując od zdolności lingwistycznych, czy miał pan dobry kontakt z piłkarzami?

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem konflikt z grupą piłkarzy danego klubu. Z pojedynczym zawodnikiem - owszem, są od czasu do czasu problemy. Wiadomo, jak to w drużynie - ktoś musi usiąść na ławie, żeby inni mogli grać. Staram się jednak ze wszystkimi graczami dobrze żyć, pomagać im. Bardzo cenię u piłkarza chęć do pracy oraz ambicję, to że wyznacza sobie wysokie cele.

- Jest pan dla piłkarzy jak ojciec?

- Można zapytać choćby w Wodzisławiu - Rockiego, Wosia, Grzyba, obojętnie kogo. Taki Muszalik u żadnego trenera nie mógł "zapalić", a u mnie osiągnął naprawdę wysoką dyspozycję, w niektórych meczach był reżyserem gry.

- Na kim się pan wzoruje, kto panu najbardziej pomógł?

- Niesamowicie umotywował mnie i wręcz "wepchał" do kariery trenerskiej Niemiec, który prowadził mnie w Ameryce. Nazywał się Kramer. Inny szkoleniowiec, któremu wiele zawdzięczam, to Schellscheid. Dyskutowałem z nimi wiele na temat piłki. Pamiętam, że jeden z nich powiedział mi: "Będziesz kiedyś świetnym trenerem. Masz niesamowity talent". Oni wiedzieli, że Smuda poradzi sobie w trenerce. Z czasem stałem się jeszcze bardziej pazerny, żeby zostać szkoleniowcem. Tak to się zaczęło.

- Ile nocy nie przespał pan w swojej karierze trenerskiej? Które z nich pan pamięta?

- Bardzo przeżywałem barażowe mecze Odry w minionym sezonie - z Widzewem. A wcześniej nie spałem przed spotkaniami Widzew - Legia, czy Broendby - Widzew w Kopenhadze - tam nie zmrużyłem oka ani na sekundę.

- A po takich ważnych meczach?

- Po spotkaniu długo trzyma mnie napięcie, agresja. Już tak po prostu mam i myślę, że to mi jest potrzebne. Bez tej agresji w trakcie spotkań, bym nie istniał. Nie wiem jak inni reagują, ale trener ma bez tego ciężko. Gdybym w ten sposób nie reagował, nie wygralibyśmy wielu meczów.

- Strasznie przeżywa pan mecze na ławce rezerwowych...

- Tak, ale piłkarze tego potrzebują. Muszą widzieć, że ich trener chce tak samo mocno jak oni. Wtedy starają się grać lepiej, żyją na boisku, tak jak ja na ławce. A gdy zawodnik spogląda w stronę szkoleniowca i widzi go podpartego łokciem, zniechęconego, to myśli sobie: Jemu nie zależy na wygranej. Po co się starać? Albo inaczej: Ten nasz trener to chyba ciągle na nas nadaje, albo w ogóle nas olewa. Różnie ludzie myślą.

- A czy podpowiedzi z ławki dają coś piłkarzom? Oglądając niektóre mecze można odnieść wrażenie, że zawodnicy czasem ich nie słyszą.

- Mnie słyszą, bo mam taki głos, że ho ho ho. Jak się zdenerwuję, to w moich słowach "leci" dosłownie wszystko. W trakcie spotkań staram się jednak uważać na to, co mówię. Choć czasami reaguję tak spontanicznie, że "wyleci" mi coś za szybko.

- Jak to się stało, że trener z takim głosem, najlepszy szkoleniowiec ligowy ostatnich piętnastu lat, nie był selekcjonerem kadry narodowej?

- Sam to sobie zawaliłem! Nie walczyłem łokciami o tę posadę. Gdybym to robił, to może nie Engel, a Smuda byłby selekcjonerem. Wtedy była jednak taka kwestia, że aby objąć kadrę, musiałbym rozwiązać kontrakt z Legią. A ja mam ambicje, nie lubię się poddawać, czy tym bardziej - zostawiać kogoś na lodzie. Chciałem jakoś z tego wybrnąć, ale kulturalnie. I prawie mi się udało, jednak w ostatnim momencie gdzieś chyba "z wody wypłynął", albo "spadł z samolotu" Jerzy Engel. I to jego wybrali, choć wcześniej nie był znaczącym trenerem.

- Janusz Wójcik nazwał go "sprzedawcą cytrusów".

- Ja też słyszałem o nim różne historie na Cyprze, ale mniejsza z tym. Wracając do posady selekcjonera: nie walczyłem o nią na śmierć i życie, tak jak niektórzy. Myślałem: "spokojnie, im więcej zdobędę doświadczenia, tym będę lepszy, mam jeszcze czas". W pracy z kadrą ważna jest wizja trenera, połączona z nowinkami taktycznymi - tym, co jest na topie na świecie. Niesamowicie ważne jest rozróżnienie materiału ludzkiego i dobranie taktyki do posiadanych piłkarzy. Należy umiejętnie dobierać "cegiełki", by drużyna dobrze funkcjonowała.

- Myśli pan jeszcze o kadrze?

- Naturalnie. Teraz jestem bardziej dojrzałym trenerem, doświadczonym. Popatrzmy na Hiszpanię - czym starszy trener, tym lepiej. Kiedyś jakiś młody dotknął się tej drużyny raz, drugi - i już go nie było, spalił się. A ten doświadczony, z zimną krwią, nadal pracuje. I ma wyniki.

- A może doświadczeni szkoleniowcy popadają w rutynę i nie poświęcają się już w całości swojej pracy?

- Nieprawda! Widzę to sam po sobie. Ostatnio Zbigniew Koźmiński powiedział mi w rozmowie w cztery oczy: "Ty, jak patrzę na ciebie, to tak jakbyś się narodził na nowo. Nie wiem skąd w tobie bierze się tyle siły i zapału do pracy". A ja mu odpowiedziałem: Ten kto taki był, będzie już do końca. A ten, kto był leserem i wykorzystywał klub, będzie to robił zawsze. Ten kto się opie***la, będzie się opie***lał. Moja krew cały czas szaleje. Można mieć krótki kryzys, przestój. Ale krew ciągle szaleje...

- Miał pan taki przestój?

- Nie. Choć trudno było mi przejść z góry na dół - czyli z prowadzenia drużyn walczących o mistrzostwo Polski do Widzewa, broniącego się przed spadkiem. Pracowałem tam wtedy w trudnych warunkach, bez pieniędzy. Piłkarze mają w tak funkcjonującym klubie inną mentalność, inaczej reagują. Teraz już nie sprawia mi to jednak problemu. Gdybym wcześniej miał schemat na to wszystko, to nigdy nie byłoby problemu.

- Może pan przybliżyć swoją filozofię pracy?

- Trzeba dostosować się do warunków w klubie, do charakterów i umiejętności piłkarzy. Wiedzieć, kiedy powinno się być dyktatorem, a kiedy demokratą. Psychologia ma ogromne znaczenie. Piłkarza nie wolno zrazić do walki, do treningów. Musi zawsze czuć, że trener chce z nim pracować, dostrzega jego zalety i wady.

- W wielu wywiadach podkreślał pan, że lubi zadziornych piłkarzy. Grzeczni nie nadają się do gry w piłkę, mogą zrezygnować?

- Nie, nigdy nie wolno rezygnować! Piłkarzami z krwi i kości są takie "bandziorki", jak np.: Tomasz Hajto, czy Piotrek Świerczewski. To są górale, którzy idą do walki, gdy krew się leje wokół. Wtedy dostają gazu.

- Podobno nie przychodzi pan na mecze z notesem.

- U mnie notatki z popełnionych błędów zawodników robi asystent. Czasem widzę pierwszego trenera, który notuje w trakcie meczu, tak jak np. Werner Liczka. To bez sensu! Bo gdy on notuje jeden błąd, to w tym momencie jego zespół może stracić bramkę. I nie będzie nawet wiedział, jak to się stało. Z tym notowaniem to jest tylko udawanie, pokazywanie jak to się jest zaangażowanym w pracę.

- Czy jest pan nadal niechętny nowinkom naukowym, np.: w trakcie przedsezonowych przygotowań?

- Akceptuję to, co jest potrzebne. Czyli np. waga czy badanie krwi. To są podstawowe rzeczy. Natomiast badania szybkościowe, czy wytrzymałościowe można robić nowym zawodnikom, gdy chce się wiedzieć, co potrafią. Na dodatkowe badania tych co się już zna, szkoda pieniędzy.

- Kiedyś zarzucano panu, że nie potrafi przygotować drużyny do sezonu.

- To była złośliwość niektórych ludzi. Teraz ci sami mówią coś zupełnie odwrotnego - że super potrafię przygotować zespół do rozgrywek. Wystarczyło, że zobaczyli, jak biegali chłopcy z Odry Wodzisław - rywale, grając z nami, mieli czasem problemy, żeby w ogóle wyjść ze swojej połowy!

- A jak pan motywuje swoich zawodników? Kaczmarek puszcza patriotyczne filmy, a Michniewicz np. "Gladiatora".

- To są bajki dobre dla przedszkola. Metody motywowania zawodników przed meczem są różne. Mam swoją, ale nie zdradzę jej.

- Jak ważna jest taktyka?

- Trzeba grać takim systemem, jaki jest na topie. Żeby osiągać dobre rezultaty, trzeba się wzorować na najlepszych, podążać za trendami. Teraz gra się 4-4-2, 4-1-4-1, 4-3-3. Zawsze staram się dopasować taktykę do materiału ludzkiego, jaki posiadam. Nigdy odwrotnie.

- Można powiedzieć, że całe pańskie życie związane jest z piłką?

- Tak, zdecydowanie. Piłka nożna jest dla mnie jak narkotyk.

- Wygrał pan w naszym rankingu. A komu przyznałby pan drugie miejsce?

- Pawłowi Janasowi lub Heńkowi Kasperczakowi.

Rozmawiał: Wojciech Szaniawski

10 przykazań Franciszka Smudy

Dziesięć aspektów, na które zwraca uwagę w swojej pracy:

1. Zanim zajmiesz się trenerką, dokładnie poznaj zasady przygotowania fizycznego piłkarzy.

2. Pamiętaj, byś dążył ku jak najszybszej aklimatyzacji w nowym środowisku i dostosowaniu się do nowych warunków pracy.

3. Znajdź wspólny język z piłkarzami i działaczami.

4. Uczyń wszystko co możesz, by wytworzyć przyjazną atmosferę w drużynie.

5. Zrób dokładne rozeznanie w umiejętnościach swoich zawodników. Poznaj ich charaktery.

6. Dokształcaj się ciągle w dziedzinie taktyki, bądź otwarty na nowinki, które stosowane są na świecie.

7. Dobieraj taktykę do piłkarzy, nie piłkarzy do taktyki.

8. Nigdy nie odpuszczaj, miej charyzmę.

9. Korzystaj z wrodzonego talentu trenerskiego.

10. Bądź konsekwentny w wykonywaniu wszystkich tych punktów.

Dowiedz się więcej na temat: wywiady | krew | mecze | myśli | narkotyk | Franciszek Smuda | piłka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy