Paweł Zarzeczny: Zostaję trenerem

Jak większość z kibiców jestem w szoku, bo kadra wygrała jakiś ważny turniej w Kijowie, co w konsekwencji urodziło mnóstwo rozmaitych teorii.

Na przykład taką, że Rasiak, Frankowski i Reszta osiągnęli już doskonałość. Ja też mam oczywiście teorie własne. Oto na przykład odkryłem, że Kijów to - wbrew informacjom z encyklopedii - miasto kompletnie niezamieszkane. A po wtóre, że ma dokładnie to czego potrzeba polskim graczom - Kijów.

Reklama

No, ale dość, wracam do ligi, bo za nią mi tu płacą. Nie sposób być oryginalnym - wyniki świadczą o tym, że każdy może dziś wygrać z każdym. Pod warunkiem jednak takowym, że nie Legia z Groclinem oraz Arka (tudzież Łęczna Old Boys) - z nikim.

Sezon się rozkręca, a to powoduje spory ruch na rynku. Także i na moim. Oto ostatnio dostałem parę ciekawych ofert. Od prezesa Listkiewicza, żebym został jego doradcą (przyjąłem, ludzi po chrześcijańsku trzeba w biedzie wspierać). I od młodego Dziurowicza, żebyśmy razem napisali książkę o życiu zwierząt we współczesnej Polsce (przyjąłem tę ofertę również, ale będą jaja!). Ale najciekawszy, niepowtarzalny strzał dostałem przed paroma dniami. Oto właściciel ligowego klubu zaproponował mi, żebym... został trenerem!

Eureka! Całe życie o tym marzyłem! Wprawdzie zaproponował jak na tak odpowiedzialne stanowisko dość niską pensję (10 tys. zł netto plus premie), ale też wolną rękę na sezon i pełne zaufanie. Nie, nie pomyślałem nawet przez chwilę, że zwariował. Bo było tak: rozmawialiśmy sobie o lidze po raz chyba setny i doszliśmy do wniosku, że każdy trener to poniekąd kanciarz. Wymyśla jakieś niestworzone koncepcje, gdy wiadomo że piłka to prosta gra i kombinować nie ma sensu. Że wygrywa nie taktyka, a zawodnicy. Że nie gra się 4-3-2-1 na 3-5-2, tylko jedenastu na jedenastu. I że badanie magnezu plus wapnia jeśli wpłynie na cokolwiek, to nie na poziom gry, tylko na dochody pobliskiego laboratorium...

Powiedziałem prezesowi, że nie wymyślił nic nowego, a tylko oprzytomniał. Dziennikarzem był na przykład trener reprezentacji Brazylii (z Pele w składzie) Saldanha. I że skoro chodziarz Koprzeniowski może być szefem dziennikarzy w TVP, to i ja mogę poszefować piłkarzom w mieście X. Zatrudnię sobie preparadora tecnico i preparadora fizico, ale na to nałożę własną fantazję i własną selekcję, na Bełchatów wystarczy. Będę jak magazynier Marek Hłasko, który po przeczytaniu socrealistycznej powieści o kierowcach niejakiego Rybakowa zakrzyknął: "Tak głupio to i ja potrafię!" Po czym został jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy.

Mogłem zespół objąć od zaraz. Chodziło głównie o względy marketingowe, ale decyzję wstrzymałem do 10. kolejki. Popatrzę sobie i pomyślę. Wiem jednak, że żaden polski piłkarz nie może grać gorzej i nie może biegać wolniej. I wiem też, że nie ma co filozofować. Jak mawiał swym piłkarzom Kazio Górski - "Wy macie grać piłką, a przeciwnik ma biegać. I żeby mi przypadkiem nie było na odwrót!".

Kompleksów nie mam żadnych. Od Engela jestem młodszy, od Beszka i Radolskiego lepiej mówię po polsku, a w przeciwieństwie do Bobo Kaczmarka - zamiast starych chłopów wolę młode dziewuchy. Mam tak samo ładne staropolskie nazwisko jak Stawowy i najbardziej lubię to co trener Kolportera - znaczy się Wieczorek. I w przeciwieństwie do Zielińskiego od dawna wiem, że w dzisiejszej Legii talentu ani jednego! I nie potrzeba do tego ani teleskopu Hubble'a, ani nawet okularów od babci.

Aha, no i jestem wrogiem obecnego stylu światowej trenerki, czyli: ogłuszyć, skopać, wykartkować, dobić (przewidywany scenariusz rewanżu Panathinaikos - Wisła). Wolę ładnie przegrać, niż po chamsku zwyciężyć. Bo piłka to zabawa, heca, a my właśnie, nienormalni fani, jesteśmy jej najweselszą i najnormalniejszą częścią.

Więc może przyjmę tę ofertę. Właśnie dla wspólnej zabawy.

Żeby jednak ktoś nie pomyślał, że zewsząd mam tylko same dobre oferty - otóż mam też oferty bardzo niedobre. Wielu gości chciałoby, żebym tak na dobre gdzieś zniknął. Więc na wszelki wypadek już sobie załatwiłem robotę na budowie. I niby wszystko cacy. Tyle że tak naprawdę nie radziłbym nikomu zamieszkać w chacie, którą kiedyś, jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, zdołałbym wybudować.

Więc zatem, jakby to powiedzieć, zostanę chyba przy tym, no, dziennikarstwie.

Paweł Zarzeczny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje