Messi i spółka polegli na "Cmentarzysku Słoni"

Copa America miała być dla Argentyny i Leo Messiego idealną okazją do rehabilitacji za mundial w RPA. Zamieniła się jednak w kolejną katastrofę.

Opaska kapitańska, którą zostawił Messiemu ukarany czerwoną kartkę Javier Mascherano, była ostatnim aktem pojednania najlepszego piłkarza świata z jego rodzinnym krajem. Od początku ćwierćfinałowego spotkania z Urugwajem fani z Santa Fe, za pomocą transparentów i okrzyków poparcia, przepraszali gracza Barcelony za gwizdy żegnające go po meczu grupowym z Kolumbią. Kibice nie żałowali gardeł, Messi nie żałował nóg, wszystko to nie starczyło jednak do uniknięcia kolejnej klęski - równie bolesnej jak ta 0-4 z Niemcami w ćwierćfinale mundialu w RPA.

Reklama

Tym razem katem Argentyny stał się jeszcze bardziej tradycyjny rywal - Urugwaj broniący się przez 43 minuty w dziesiątkę. Od czerwonej kartki dla Diego Pereza (39. min) do czerwonej kartki dla Mascherano w 87. W dogrywce i podczas przegranych rzutów karnych (pudło Carlosa Teveza) kapitanem Argentyńczyków był Messi. Dziś jest już na przymusowych wakacjach, a jego trzy asysty w Copa America na czele z tą z wczoraj przy wyrównującym golu Gonzalo Higuaina, zamienią się szybko w cyfrę bez znaczenia. W głowach i sercach fanów "Albicelestes" pozostanie kolejna porażka reprezentacji, nielogiczna zważywszy na renomę grających w niej piłkarzy.

Tej porażki Sergio Batista nie chce jednak nazywać "klęską". Ma nadzieję pracować z kadrą Argentyny do mundialu w Brazylii. Plany rehabilitacji za RPA legły jednak w gruzach. Gospodarze Copa America potrafili wygrać zaledwie jeden mecz - z reprezentacją Kostaryki U22! To bezdyskusyjnie gorszy bilans, niż drużyny Diego Maradony, która przed klęską z Niemcami, wygrała w Afryce cztery spotkania.

Światowe media gremialnie wyśmiewały Maradonę za złą selekcję i fatalne ustawienie drużyny, oceniając, że dotarła ona do ćwierćfinału dzięki sile swoich gwiazd, ale nigdy nie stała się spójną całością. Jedność miał zaprowadzić opanowany, inteligentny i pragmatyczny Batista - bez gwiazdorskich fochów, za to z głową pełną pomysłów. Kiedy tuż po mistrzostwach w RPA postawił na pomijanych przez "boskiego" Diego pomocników Estebana Cambiasso i Javiera Banegę, a drużyna pokonała w meczach towarzyskich Hiszpanię i Brazylię, Argentyńczycy poczuli, że odnaleźli właściwy kierunek.

Okazja do rewanżu narzucała się sama. Na Copa America w Argentynie Messi - przed odebraniem trzeciej z kolei "Złotej Piłki" - chciał spełnić swoje marzenia. Tymczasem następny wielki turniej zakończył bez gola, a dyskusja: dlaczego w kadrze nie jest tym samym graczem, co w klubie, staje się jeszcze bardziej gorąca. Przed ćwierćfinałem z Urugwajem kataloński "Sport" poświęcił swoją okładkę na życzenia przekazywane Leo przez Xaviego, Iniestę, Puyola i innych zatroskanych jego losem kolegów z Barcelony. Nie pomogło, bo też pomóc nie mogło. Cambiasso i Banega (obaj w słabiutkiej formie) nie wyszli wczoraj na boisko, Leo znów szarpał się samotnie, a kiedy już wymyślił coś genialnego, na przeszkodzie stawały ręce Fernando Muslery.

Bramkarz Urugwaju, wybrany na najlepszego gracza wczorajszego meczu, urodził się w Buenos Aires, podczas mundialu Mexico'86, dokładnie w dniu, kiedy drużyna Diego Maradony wysłała "Urusów" do domu zwyciężając ich w 1/8 finału. Kilka miesięcy później jego rodzice wrócili do ojczyzny, gdzie Fernando zaczynał karierę w mniej znanym Wanderers Montevideo. Wczoraj przeciw "Albicelestes" grał genialnie, broniąc strzały Messiego oraz po dwa Higuaina i Teveza. Ten ostatni, w serii rzutów karnych, uczynił go narodowym bohaterem. Dla Muslery to rodzaj rehabilitacji, był krytykowany za grę w RPA, rodacy twierdzili, że gdyby drużyna Diego Forlana i Luisa Suareza miała lepszego bramkarza, nie skończyłaby na półfinale.

Mieli w swojej historii Urugwajczycy "Maracanazo" - legendarny finał mundialu w Brazylii, kiedy zwyciężając 2-1 doprowadzili do rozpaczy 200 tys ludzi na największym stadionie świata w Rio de Janeiro. Wczoraj, dokładnie w 61. rocznicę uciszenia Maracany, zrobili to samo z 47 tysiącami fanów gospodarzy na stadionie Brigadiera Lopeza. Obiekt ma przydomek "Cmentarza Słoni" nadany mu po zwycięstwach skromnego Atletico Colon nad znacznie większymi rywalami. Tym razem rolę słoni odegrali Messi i Argentyna. Być może miejscowym fanom nie pozostanie wkrótce nic innego, niż modły za powrotem z Emiratów pewnego bardzo sławnego banity?

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: Copa America | Lionel Messi

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje