Marek Jóźwiak: Bóg czuwał

Marek Jóźwiak był bliski śmierci z powodu zatoru tętnicy płucnej. - Gdyby zakrzep trafił do głównej, w ciągu trzech sekund mógłbym przenieść się na tamten świat. Bóg jednak nade mną czuwał. W miarę wcześnie wykryto dolegliwość i dzięki temu dziś żyję - powiedział "Życiu Warszawy" 38-letni piłkarz Legii.

Popularny "Beret", który wciąż wierzy w powrót do gry w tym sezonie, 8 grudnia ubiegłego roku przeszedł operację mięśnia przywodziciela. - Po zabiegu przez tydzień bolały mnie plecy. Myślałem, że to od kręgosłupa. Odwiedziłem siedmiu lekarzy. Każdy stawiał inną diagnozę - wyjaśnił Jóźwiak. - W końcu skierowano mnie na tomografię komputerową. Diagnoza zabrzmiała dla mnie niczym wyrok - zator tętnicy płucnej.

Reklama

Jóźwiak czuje się lekko rozżalony postawą Legii. - Nikt się mną w klubie nie interesował. Wszystko sam sobie załatwiałem. Konsultowałem się jedynie z legijnym doktorem Stanisławem Machowskim - wyjaśnił. - Z piłkarzy w szpitalu odwiedzał mnie jedynie Darek Dudek. Telefonowali do mnie Andrzej Krzyształowicz i Tomek Kiełbowicz. Cóż, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie - stwierdził Jóźwiak.

A co dalej z karierą tego doświadczonego obrońcy? - W czerwcu kończy mi się kontrakt i nie wiem, czy klub jeszcze mnie będzie potrzebować. Chcę skończyć kurs instruktora piłkarskiego i uczyć się w szkole trenerskiej PZPN. Mam zamiar zdawać egzaminy na menedżera FIFA - powiedział "Życiu Warszawy". - Mam propozycję z Guingamp, by zostać ich menedżerem na Europę Wschodnią. Już otrzymałem zapotrzebowanie na czterech piłkarzy. Oby tylko zdrowie dopisało - zakończył Jóźwiak.

INTERIA.PL/Życie Warszawy
Dowiedz się więcej na temat: Bóg

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama